Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów

Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów

Zbyt szybko chcemy zbudować relację, która w codzienności budowana byłaby latami. Zbyt wiele i za szybko mówimy o sobie innym ludziom - również o bardzo intymnych sprawach - nie myśląc o tym, że w zasadzie to zupełnie obcy człowiek. Z tęsknoty za relacjami karmimy się ich namiastką. Znaczna część ludzkich relacji tka się obecnie w social mediach. To jest bardzo kuszące, bo łatwiej jest posiedzieć i pogadać na Insta z followersami niż z człowiekiem, z którym mieszkasz. Sama widzę, że ciągnie mnie do internetu, gdy relacje w życiu codziennym rodzą napięcia i trudności. Od trudu chcę się odciąć, oderwać, zapomnieć - mówi Magda Urbańska w rozmowie z Agatą Rusek w kolejnym odcinku serii "Katoliczka w sieci". 

Dobre relacje też mogą się zacząć w sieci

Magda Urbańska: Agato, a może na początku tego odcinka zdradzimy, jak się poznałyśmy? To przecież mocno pasuje do naszego dzisiejszego tematu.

Agata Rusek: Tak, między innymi przez ciebie musiałam zweryfikować mój zdecydowany i nieprzejednany pogląd, że w internetach nie da się utkać żadnej sensownej relacji [śmiech]. A tu proszę!

Magda Urbańska: To jak to było? Najpierw był Instagram, później rozmowy przez komunikatory, spotkanie na żywo, a teraz też wiele różnych wspólnych działań. Zaczęło się jednak od „spotkania” w sieci, wszak na co dzień dzieli nas jakieś 520 kilometrów przez Polskę... Czuję, że takie relacje jak nasza nie zdarzają się w świecie wirtualnym zbyt często.

DEON.PL POLECA



Agata Rusek: A dla mnie ta nasza - ośmielę się powiedzieć - przyjaźń, która zaczęła się rzeczywiście kompletnie wirtualnie i przez długie miesiące była zwykłym “obserwowaniem się” na Instagramie, to jest taki pstryczek w nos od Pana Boga dla mnie; wiesz, taki z kuksańcem w bok od dobrego Ojca i hasłem: “ej, weź, córcia, zluzuj”. Bo choć ja naprawdę nadal nie wierzę w dialog w internecie i uważam, że za epidemię dzisiejszej samotności jest w dużej mierze odpowiedzialna źle zaprojektowana technologia, to jednak ta moja, nieco wymuszona, przygoda z social mediami i choćby z naszą relacją pokazała mi, że podejście “social media to zło” jest niechrześcijańskie.

Gdybym mogła, bez mrugnięcia okiem zlikwidowałabym social media

Magda Urbańska: Niechrześcijańskie?!! No nie rób mi tu teraz samobiczowania!

Agata Rusek: To nie samobiczowanie, to efekt tego, że mnie jezuickim rozeznawaniem skaziłaś i to w realu! [śmiech]. A to moje nieprzejednane stanowisko, że social media to zło, można nazwać niechrześcijańskim, bo jest to stwierdzenie wykluczające i zamykające w wierze. Z jednej strony zamyka na Pana Boga (no bo jest podszyte przekonaniem, że oto technologia jest większa niż moc Pana Boga) i zamyka na bogactwo ludzkich historii, możliwości, dróg, rozeznania, wolności. Często powtarzam, że gdybym miała taką moc, to zlikwidowałabym bez mrugnięcia okiem social media, bo uważam, że w obecnym kształcie przynoszą społeczeństwom więcej szkody niż pożytku. Ale jednocześnie dobitnie się przekonałam, że twierdzenie, iż w internetach nie da się zawrzeć sensownych relacji, jest błędne. Więc ten twój ukochany św. Ignacy i jego “o tyle, o ile” idealnie się tutaj sprawdza. Dzisiaj nie ośmieliłabym się stwierdzić, że nie da się zawrzeć przyjaźni czy znaleźć miłości przez internet, ale jednocześnie uważam, że relacje budowane tylko w sferze online pozostają obarczone pewną ułomnością.

Magda Urbańska: Wszyscy potrzebujemy relacji. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo. Często – zupełnie nieświadomie – zaczynamy budować je tam, gdzie wydaje się to najłatwiejsze, czyli w świecie wirtualnym. Łatwo tutaj pokazać się tylko z tej najlepszej strony – albo chociaż z tej, z której chcemy dać się poznać. Czy ta relacja nie jest szczera? Niekoniecznie, przecież w codziennym życiu też inaczej postrzega nas mąż, a inaczej pani w osiedlowym sklepie. Każdy widzi nas w jakimś konkretnym kontekście, nawet my sami nie znamy siebie jako całości. Jednak te wirtualne znajomości są w pewien sposób inne… W moim odczuciu często budzą w nas, internetowych odbiorcach, złudne poczucie przynależności. Na przykład, dołączając do jakiejś internetowej akcji, zapychamy brak wspólnoty w Kościele. Zbyt szybko chcemy zbudować relację, która w codzienności budowana byłaby latami. Zbyt wiele i za szybko mówimy o sobie innym ludziom - również o bardzo intymnych sprawach - nie myśląc o tym, że w zasadzie to zupełnie obcy człowiek. Z tęsknoty za relacjami karmimy się ich namiastką.

DEON.PL POLECA

 

 

Żyjemy w kulturze przymusu bycia online i natychmiastowych odpowiedzi

Agata Rusek: Tak, pełna zgoda, ale wiesz, ja bym w ogóle spojrzała na to zagadnienie szerzej, nie tylko przez pryzmat social mediów, ale technologii w ogóle. Zobacz, jak przez upowszechnienie komunikatorów zmienił się sposób naszego komunikowania się ze sobą, wyrażania naszych myśli, prowadzenia rozmów. Jaką mamy dziś rozwiniętą infrastrukturę “przymusu obecności online” i pseudo-konieczności natychmiastowych odpowiedzi. Kiedy tak zerkniemy z dystansu na historię cywilizacji, to jednak relacje międzyludzkie tkały się powoli. Kontakt bezpośredni miałaś z ograniczonym kręgiem ludzi, których znałaś i widywałaś w sąsiedztwie. To byli ludzie z krwi i kości, z którymi - czy ci się to podobało czy nie - musiałaś nauczyć się koegzystować, a przez to siłą rzeczy poznawałaś ich głębiej.

Ja nie twierdzę, że to było zawsze super i ćwierkały ptaszki, ale nie mam wątpliwości, że ówczesne warunki sprzyjały temu, żeby z ludźmi budować silne więzi. Silne, bo oparte na prawdzie, na rzeczywistości. Relacje na odległość też budowały się znacznie wolniej i z przestrzenią na tęsknotę, a samo pisanie listu czy oczekiwanie na telefon pomagało wyrazić siebie, uporządkować własne myśli, skupić się na tym, co istotne. Oczywiście nie gloryfikuję minionych czasów, ale widzę, jak technologia przez presję szybkości komunikacji i oparcia jej na emocjach, sprawia, że w relacjach coraz częściej nie potrafimy w głęboki dialog, który prowadzi do dobrego poznania. Przy czym - anegdotycznie - przypomina mi się dzieciństwo i mój list wysłany do wakacyjnej sympatii z kolonii, w którym deklarowałam mu swoje “wieczne zakochanie”. Wysłałam go w sierpniu, odpowiedź od chłopaka przyszła w październiku, ale ja już zdążyłam się we wrześniu odkochać [śmiech]. Dziś jest inaczej: wysyłasz tweeta, że kochasz, a jeśli on ci nie odpowie natychmiast, to znak, że nie kocha. Usuwasz człowieka z listy obserwujących i już.

Magda Urbańska: Tak, czasy się zmieniły i nasze relacje również… Pamiętam, jak wyjeżdżając na obozy harcerskie nie miałam przez dwa tygodnie żadnego kontaktu z rodziną. Jeśli ktoś bardzo tęsknił, mógł wysłać pocztówkę z Lubiatowa, która doszła już po jego powrocie do domu [śmiech]. Dziś dzieci dostają w rękę smartfona i ten kontakt jest non stop - niestety… Z drugiej strony jest tak, jak mówisz: jeśli nie dostaniesz natychmiastowej odpowiedzi, to blokujesz gościa. Nie ma otwartości na to, że ktoś może nie chcieć korzystać ze swojego telefonu 24 godziny na dobę. Że nie żyje z telefonem jak ze smyczą na szyi. I że może chcieć przemyśleć odpowiedź, zanim ją wyśle.

Widzisz człowieka na Instagramie i nie wiesz, czy wygenerowała go AI, czy nie

Agata Rusek: Jest jeszcze jedna rzecz, która też dobrze pokazuje, jaki wpływ na nasze więzi międzyludzkie ma dynamika rozwoju współczesnej technologii. Mam na myśli wszechobecność awatarów, rozmaitych AI-sposobów na fałszowanie lub podkręcanie rzeczywistości i budowanie swojej wirtualnej tożsamości, co dramatycznie dewastuje fundament ludzkich relacji, czyli wzajemne zaufanie. I właśnie w social mediach najbardziej jaskrawo zaczyna to być widać. Niby VLOP-y [Very Large Online Platform, czyli Bardzo Duża Platforma Internetowa, podlegająca surowym regulacjom - przyp.red] oczekują, że każdy będzie oznaczał materiały wygenerowane przez AI, ale oczywiście - i mówię to z ogromnym smutkiem - weryfikacja tego praktycznie nie istnieje. W efekcie rośnie w social mediach ilość kont, za którymi nie wiadomo, kto stoi. Nie wiesz, czy to wygenerowany bot, czy tylko czyjeś “podrasowane” zdjęcie prawdziwej osoby, która chce się w internecie pokazać. Nie wiesz, czy napisane lub wypowiadane przez nią słowa są rzeczywiście jej własne, czy może wyplute przez chataGPT. Tych wątpliwości jest bardzo dużo i lawinowo redefiniują wartość zaufania i wiarygodności w naszych społeczeństwach. Swoją drogą, mam nadzieję, że jeszcze za mojego życia będę świadkiem wielkiego powrotu ludzkości z wirtualu do realu, bo na dłuższą metę człowiek bez relacji nie jest w stanie szczęśliwie funkcjonować. A jeśli nie będzie widział w social mediach przestrzeni na bezpieczne relacje oparte na wzajemnym zaufaniu, relacje, to koniec końców wróci tam, gdzie może ich naprawdę doświadczyć, gdzie może spotkać człowieka z krwi i kości.

Magda Urbańska: Znaczna część ludzkich relacji tka się obecnie w social mediach. I z autopsji wiem, że budowanie takich wirtualnych więzi jest bardzo kuszące. Bo łatwiej jest posiedzieć i pogadać na Insta z followersami niż w kuchni z nastoletnim dzieckiem, które od rana działa na twój układ nerwowy, prawda?

Ciągnie mnie do internetu, gdy relacje w życiu codziennym rodzą napięcia i trudności

Sama tego mocno doświadczam, że ciągnie mnie do internetu, gdy relacje w życiu codziennym rodzą napięcia i trudności. Od trudu chcę się odciąć, oderwać, zapomnieć. Wyciszyć zawiedzione oczekiwania i ból. Gdy na Instagramie masz ludzi, którzy zawsze cię chwalą, czekają na twoje kolejne wpisy, czujesz się dla nich ważny, potrzebny, w jakiś sposób doceniony - łatwo wtedy wpaść w pułapkę myślenia, że te internetowe relacje są lepsze. Owszem: one nie budzą napięć i dają pozytywnego kopa - jednak w moim odczuciu nie są lepsze. I mogą być ogromną pułapką, bo rodzi się w nas - twórcach - coś w rodzaju pychy. Nie idę do przodu, nie walczę o relacje z najbliższymi. Mam swój internetowy świat, który zapycha moje braki. Stoję więc w miejscu, zamiast zawalczyć o to, co jest najbardziej życiodajne.

Agata Rusek: To, o czym mówisz, dotyczy zarówno twórców publicznych, jak i tych, którzy dzielą się sobą zupełnie prywatnie, czy to w social mediach, czy na rozmaitych komunikatorach. Przestrzeń wirtualna sprzyja temu, by pokazywać najlepszą wersję siebie, unikać dyskomfortu wpisanego w naturalny kontakt, wyrażać, co tylko chcesz i jak tylko chcesz bez konsekwencji w realu. Dlaczego mamy dziś tak wiele hejtu i podziałów społecznych? Bo wszyscy mówią, a niewielu słucha, a skoro każdy może mówić, co mu się podoba i nie bardzo się musi obawiać odpowiedzialności za słowo, to i autorefleksji w ludziach brak.

Mamy niezbite dowody naukowe na to, że współczesna technologia dzieli nas i polaryzuje. I jeszcze do tego dochodzi kwestia skali: to, że masz tysiąc, dziesięć czy sto tysięcy obserwujących nie znaczy, że tych wszystkich ludzi rzeczywiście znasz. Niedawno rozmawiałam z pewną nastolatką, która na swoim prywatnym koncie ma blisko 3000 osób obserwujących. Zapytałam, skąd tyle znajomości, a ona zaczęła się śmiać i stwierdziła, że nie ma pojęcia, kim jest większość tych ludzi, bo na przestrzeni kilkunastu lat było dla niej naturalne wymienianie się obserwacjami z ludźmi, którzy uczestniczyli w tych samych wydarzeniach, byli w tej samej szkole, jeździli w te same miejsca na wakacje. No i ona nie zastanawia się dziś nad tym, że w ten sposób umożliwia zupełnie obcym ludziom podglądanie jej bardzo prywatnego życia.

Obcy ludzie potrafią się obrazić za to, że nie przyjęłam ich do grona znajomych

Magda Urbańska: To jest bardzo ciekawe, co mówisz o tej nastolatce. Mam dwa konta na Facebooku. Jedno prywatne, drugie związane z moją działalnością w sieci. I wiesz co? Ludzie, których nigdy nie poznałam osobiście i których nie przyjmuję do grona “znajomych” na moim prywatnym Facebooku potrafią się za to obrazić… Mają takie wyobrażenie, że jeśli rozmawialiśmy 3-4 razy przez Messenger, to mogą mnie traktować jako swoją bliską znajomą, wręcz przyjaciółkę. Dostaję masę takich zaproszeń na prywatnym koncie od osób, których często nawet nie kojarzę. Nie przyjmuję ich, bo to moje prywatne konto, założone prawie 20 lat temu dla rodziny i bliskich znajomych. To prawda, że prawie nic tam nie ma, ale mimo to wpuszczam tam tylko ludzi, do których mi po prostu emocjonalnie bliżej.

Agata Rusek: Myślę, że warto pamiętać o tym, że trochę inny charakter mają wirtualne relacje między ludźmi, którzy naprawdę się znają, a inny w przypadku budowania społeczności internetowej wokół jakiejś idei czy osoby. Często uwrażliwiam moje dzieci, które bardzo ufnie podchodzą do drugiego człowieka na to, że gdy ich ulubiony muzyk “odpowie” im na komentarz pod filmikiem,  wcale nie oznacza, że to rzeczywiście ta osoba realnie ich słowa przeczytała i na nie zareagowała. Im większe gwiazdy, tym większy sztab social media managerów z mandatem do odpowiadania w pierwszej osobie na komentarze fanów. A jeszcze jak dorzucimy do tego możliwość obudowania takiego publicznego konta “agentami AI” i rozmaitymi  automatyzacjami, które znacznie poszerzają skalę i możliwości toczenia “konwersacji” danej gwiazdy, polityka czy dowolnego guru z jego fanami, to obraz się robi coraz bardziej skomplikowany. Dlatego sama od wielu lat mam jeden osobisty patent na relacje w internecie.

Magda Urbańska: O, zdradź proszę, jestem tego bardzo ciekawa!

Agata Rusek: Pilnuję się bardzo, by ani w sercu, ani w głowie nie pomieszać porządków. Mam cudowne grono licznych obserwatorów na instagramowym koncie i dokładam wszelkich starań, by znajdowali u mnie dobre treści. Cieszę się każdorazowo z ich reakcji, staram utrzymywać kontakt i z niektórymi z biegiem czasu zawieram nawet przesympatyczne znajomości. Ale moimi znajomymi są tylko ci, z którymi mam kontakt poza instagramem, na przykład wiem, jaki jest ich adres lub mam do nich numer telefonu, z którego mogę skorzystać, by o coś zapytać czy umówić się na spotkanie w realu.

Taka jest różnica między prawdziwymi znajomymi a followersami

Wciąż noszę w sercu wydarzenie z początków mojej obecności w social mediach. Obserwowałam pewną zakonnicę, która tworzyła bardzo inspirujące dla mnie treści. Z biegiem czasu zaczęłyśmy dość często “rozmawiać” na instagramie. Doszło do tego, że w mojej głowie stała się moją znajomą. W pewnym momencie jednak kontakt się urwał. Szczerze mówiąc, początkowo nawet nie zauważyłam, że od kilku tygodni ta zakonnica nic nie publikuje. Zorientowałam się dopiero wtedy, gdy zaczęłam do niej pisać na Instagramie, ale po raz pierwszy nie miałam od niej żadnych reakcji. Zaniepokoiłam się, ponieważ bardzo ją lubiłam i uważałam się za jej znajomą. Ale ta sytuacja boleśnie mi pokazała, jak złudna była to relacja. Poza Instagramem nie miałam z nią przecież z nią żadnego kontaktu. Wiedziałam, w jakim jest zakonie, ale dotkliwie uświadomiłam sobie, że nawet nie mam odwagi zadzwonić tam i zapytać, czy wszystko w porządku. Bo w moim sercu natychmiast pojawiło się poczucie: “gdyby chciała mieć ze mną kontakt, to by się odezwała”. Więc zostawiłam tę relację i pobiegłam dalej w swoje życie. Emocjonalnie całkiem łatwo mi to przyszło. Po trzech miesiącach okazało się, że ta siostra miała bardzo ciężki wypadek. Na wiele tygodni trafiła do szpitala, a potem na rehabilitację. W tym trudnym dla niej czasie byli przy niej ludzie, którzy byli naprawdę jej znajomymi i przyjaciółmi, a nie, jak ja, obserwatorami tego, co zdecydowała się pokazać światu. Od tamtej pory bardzo pilnuję się, by nie mylić porządku wirtualnego z rzeczywistym.

Magda Urbańska: Mocne jest to, co teraz powiedziałaś… Pomyślałam o tym, jak zachowałabym się na Twoim miejscu. Myślę, że też miałabym problem z tym by zadzwonić do zakonu czy poszukać kontaktu do rodziny kogoś, kto nagle “zniknął” -  w poczuciu, że pewnie zamilkł, bo tego chciał i już. I tu trochę nam się otorzył kolejny temat - o wirtualnych parafiach, kato-celebrytach i wspólnotach błogosławionego Chata z GPT. Ale o  tym, na co zwracać uwagę, karmiąc duchowość online porozmawiamy w następnym odcinku.

Agata Rusek: Zapraszamy! 

Przeczytaj poprzednie rozmowy:

1. „Autentyczność się nie niesie”. Katoliczki o presji i sile social mediów

2. Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci

3. Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom

4. Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki

5. Ile swojej wiary można pokazać w sieci? „Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów”

6. Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"

7. Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?

 

 

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.