Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
- Nie każda mama w sieci celowo "robi content:" na dziecku, a już na pewno nie każda ma świadomość tego, jak się może skończyć publikowanie jego zdjęć. W internecie nie ma czegoś takiego jak “bezpieczne miejsce” i “prywatność”. Jeśli chcesz mieć dziś naprawdę prywatne życie, to ono musi być odcięte od technologii. Każde zdjęcie można albo ściągnąć, albo zrobić screen. Przerobić je, wykorzystać dla swoich celów. Nie zawsze dobrych. Tworzymy cyfrową historię życia naszych pociech, ale wrzucając ją do sieci, zupełnie tracimy kontrolę - mówią Magdalena Urbańska i Agata Rusek w kolejnej rozmowie z cyklu "Katoliczka w sieci".
Agata Rusek: To jak, Magda? Ile obstawiasz dziś świadectw z paskiem, które wyświetlą się na Twoim feedzie?
Magda Urbańska: Paski na świadectwie to jeszcze nic! (śmiech). Zaczynamy wakacje, więc spodziewam się raczej festiwalu dzieciaków kąpiących się w morzach i zwiedzających świat. Tydzień temu delikatnie dotknęłyśmy już tego tematu, obie jednak czujemy, że to studnia bez dna. Bo to, że warto być świadomym, co nasze dzieci robią w sieci, to jedno. Drugą rzeczą jest to, co w tej sieci robimy my - matki.
Powiem coś, co może oburzyć nasze koleżanki, które dzielą się swoją wiarą w internecie i które wykorzystują wizerunek dziecka na przykład do reklamy produktów - nawet tych najbardziej katolickich. Mimo że w jakiś sposób szerzą treści (albo towary i usługi) z naszego katolickiego podwórka, uważam, że często (nie zawsze!) robienie contentu z dziecka może być niechrześcijańskie. Czy nie dochodzi tutaj do sytuacji w stylu: lajk za wizerunek? Śmiech dziecka się klika, więc wrzucę jeszcze jedną rolkę, dla zasięgów… Czy nie zaczynamy wtedy traktować dziecka jak swojej własności, a nie jak oddzielnej jednostki, która ma prawo nie chcieć być pokazywana publicznie? Czy dziecko nie staje się monetą przetargową, czasem bardzo dosłownie? Gdzie jest granica?
Czy wiesz, co się stanie ze zdjęciem twojego dziecka w sieci?
Agata Rusek: Wiesz, jest tu kilka linii napięć. Nie każda katolicka mama w sieci celowo robi content na dziecku, a już na pewno nie każda ma świadomość tego, że pokazywanie własnego dziecka może być odebrane jako przedmiotowe, więc niechrześcijańskie, traktowanie człowieka. Myślę, że zdecydowana większość mam, które są mniej lub bardziej zadeklarowanymi katoliczkami, ma konto na którejś platformie społecznościowej. Te mamy nie prowadzą żadnej działalności ewangelizacyjnej, nie mają publicznych kanałów, po prostu, jak miliony innych osób na świecie, są zwykłymi użytkowniczkami internetu, są “w sieci”. Pytanie, jakie treści i w jaki sposób tam udostępniają. Czy są tam zdjęcia dzieci, wspólnie przeżyte rodzinne chwile, wartościowe wspomnienia? Jeśli mamy takie konto, warto spróbować na te wszystkie rzeczy spojrzeć oczami dziecka, które teraz może ma roczek, ale za piętnaście lat jako nastolatek może nie być zachwycone tym, koledzy odgrzebią w sieci zdjęcie upaćkanej lodami buzi. Tu nasza wiara może bardzo pomóc choćby w dogłębnym rachunku sumienia: czy widzę w moim dziecku człowieka, czy wystarczająco chronię jego godność i dobrostan (także przyszły), co mną kieruje, gdy dzielę się scenami z naszego życia z innymi?
Magda Urbańska: To prawda. Zawsze warto patrzeć na swoje motywacje, bo one mogą być bardzo różne, choć efekt naszych działań jest podobny. Myślę, że wciąż za mało mówimy i myślimy o tym, czy to, co pokazujemy w internecie, na pewno powinno się tam znaleźć…
Agata Rusek: To dotyczy nie tylko matek, ale także babć, cioć, koleżanek z pracy (i na tej samej zasadzie mężczyzn). Oczywiście, że mi się nie podoba etyczna mizeria, jaka się objawia w rozwoju technologii, ale zmontowaliśmy sobie taki świat, w którym jeśli idzie o internet, nie ma czegoś takiego jak “bezpieczne miejsce” i “prywatność”. Nie ma. Możemy biadolić na ten temat, ale nie zmieni to faktu, że jeśli chcesz mieć dziś naprawdę prywatne życie, to ono musi być odcięte od technologii. Wiem, że to jest dość radykalne stwierdzenie, ale przecież nawet przy wybitnie rozwiniętej świadomości bezpieczeństwa cyfrowego nie masz wpływu na to, jak inni się zachowują w sieci.
Bez trudu jestem w stanie wyobrazić sobie na przykład sytuację, w której robię zdjęcie na akademii na zakończenie roku moim dzieciom. Przy okazji na tym zdjęciu siłą rzeczy są inne koleżanki i koledzy z klasy, ale przecież wiem, że babcia moich dzieci będzie patrzeć tylko na moje dziecko. Wysyłam więc na rodzinnym komunikatorze zdjęcie wnuków do niej i oznajmiam radośnie: “mamy wakacje, zobacz, jakie piękne świadectwa!”. Dumna babcia bardzo się cieszy i - dajmy na to - dzieli się tym zdjęciem na swoim prywatnym koncie na Fb, by pochwalić się swoim koleżankom z klubu literackiego, jak pięknie wnuki wyglądały na akademii na zakończeniu roku. Pani Józia, która obserwuje babcię, zerka przy porannej kawie na to zdjęcie, robi screen (tak, wbrew obiegowym opiniom babcie potrafią takie rzeczy) i wysyła go swojej synowej z komentarzem: “Patrz, jakie wnuczki od Kryśki mają ładne bluzeczki. Może zapytam, gdzie takie można kupić, co?”. Zdjęcie zaczyna krążyć, a ty nie masz nawet świadomości, gdzie koniec końców wyląduje. Każdy z nas zakłada, że przecież tych zdjęć tyle jest w sieci, nie wpadajmy w histerię, nie dajmy się zwariować. Tylko od kiedy wypuściliśmy w świat technologię AI i daliśmy do niej dostęp każdemu, przeszukiwanie wielkich zbiorów danych jest bardzo proste. A ilu z nas blokuje możliwość trenowania modeli AI na naszych zdjęciach, rozmowach i materiałach wrzucanych do sieci?
"Nie chciałabym zobaczyć twarzy mojego syna w reklamówce u dentysty"
Sama nie chciałabym zobaczyć za rok twarzy mojego syna w folderze z produktami past do zębów w gabinecie naszego dentysty, a przecież tego typu materiały hurtowo wykonuje się teraz przy użyciu AI. Skąd takie ustrojstwo jak chatGPT bierze dane, na podstawie których proponuje te piękne grafiki w odpowiedzi na prompt: “wygeneruj mi zdjęcie uśmiechniętego dziecka w łazience przy szczotkowaniu zębów”? Obawiam się, że skoro domyślne ustawienia w social mediach i komunikatorach są takie, że użytkownik zgadza się na to, żeby model AI uczył się na jego danych, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że to moje malutkie, prywatne zdjęcie zostanie w jakiś sposób wykorzystane. I oczywiście tutaj opisałam zupełnie niewinną ścieżkę życia takiego zdjęcia, ale przecież ona może być dużo gorsza. W szkole naszych dzieci coraz częściej wybuchają afery, w których klasowe łobuzy dokopują się do prywatnych zdjęć opublikowanych kilkanaście lat temu (!) na prywatnych kontach mam. Tak, na prywatnych! Skoro mama X jest znajomą mamy Y, to syn albo córka X bez trudu może sobie w tych zdjęciach mamy Y pokopać. Jeśli więc ma jakąś kosę z dzieckiem pani Y, to przy odrobinie determinacji pobierze z jej konta zdjęcie koleżanki, a potem przy pomocy groków i chatów przerobi twarz, ośmieszy i boleśnie wyszydzi.
Takie zachowania były zawsze, ale dzisiejsza technologia w niebywały sposób poszerzyła skalę ich oddziaływania i łatwość, z jaką można wykorzystać czyjś wizerunek. Dlatego tym bardziej uważam, że warto, byśmy my, katoliczki, użytkowniczki technologii, patrzyły przez pryzmat wiary i bardzo szeroko na nasze zachowania w sieci. Czy one nie krzywdzą tego małego człowieka, czy są na tyle na ile to możliwe rozsądne, motywowane miłością bliźniego, a nie własną.
Magda Urbańska: Ktoś może powiedzieć, że przesadzasz, Agato, ale sama mam takie doświadczenie: moje dziecko było kiedyś ofiarą klasowego hejtu. “Koledzy” zrobili synowi kilka zdjęć, gdy na przykład stał przy tablicy, obrobili tak, że z człowieka stał się małpą i gnębili… Potwornie gnębili. Wiem, że nie jesteśmy jedynymi, którym zrobiono takie świństwo i wiem też, że dziś niewiele trzeba, by zacząć tak kogoś torturować. A narzędzie zła wciskamy innym do ręki, choć całkiem nieświadomie. W naszym przypadku zdjęcia zrobili sami oprawcy, ale często dajemy im do ręki broń.
Kiedyś pokazywałam więcej, dziś nie chcę udostępniać wizerunku dzieci
Agata Rusek: Inną grupą katoliczek w sieci, na której ciąży jeszcze większa odpowiedzialność, są te z nas, które prowadzą publiczne kanały. I tu pojawia się pytanie, jak wyważyć zachowanie prywatności, gdy rozeznajesz, że jesteś wezwana do opowiadania światu o pięknie życia rodzinnego. To jest przecież ważna misja! Bardzo dziś potrzebna. Tylko jak pogodzić to z wymogami algorytmów, które - jak zauważyłaś na początku - premiują “dziecięce uśmiechy”, a naturalny kontent rzekomo najlepiej się niesie i jest dużo bardziej wiarygodny niż ten oparty na wygenerowanych grafikach?
Magda Urbańska: Sama podjęłam świadomą decyzję, że nie pokazuję twarzy moich dzieci. Kiedyś pokazywałam więcej, dziś nie chcę udostępniać ich wizerunku, bo ciągle rośnie moja świadomość w temacie różnych zagrożeń, o których wspominasz. To generuje pewien koszt, bo moje zdjęcia nie mają oszałamiających wyświetleń czy reakcji. To jest jednak świadoma decyzja i ponoszę ten “koszt” z pełną odpowiedzialnością. Nie uważam jednak, że moja droga jest jedyną słuszną. Po prostu nie widzę na dziś lepszego rozwiązania dla mnie i mojej działalności w sieci, a przede wszystkim - dla moich dorastających dzieci.
Agata Rusek: Dorzućmy do tego jeszcze jeden wątek. Czy coś ci mówi skrót “UGC”, czyli User Generated Content? Przecież to się robi całkiem powszechny sposób zarabiania mam, które robią rozmaite materiały dla firm jako użytkowniczki pieluch, kosmetyków czy książek. Ostatnio trafiłam na materiał pewnej kobiety, która na instagramie chwaliła się, uwaga, ile jej dziecko zarobiło od poczęcia. Tak, tak. To dzieciątko funkcjonowało w sieci już od momentu pierwszego zdjęcia USG i “zarabiało”. Świat widział też jego narodziny, a od kilku lat przygląda się jego rozwojowi - kąpielom, pierwszym krokom, pierwszym słowom, zabawie. Przedsiębiorcza mama (i to wcale nie twarz z pierwszych stron gazet!) rozsyła jego i swoje zdjęcia oraz filmiki do rozmaitych firm z branży dziecięcej i sprzedając swój i dziecka wizerunek jako twórczyni UGC, zarabia na tym pieniądze. “Zarobiło już na swoją edukację!” - chwali się. A ja łapię się za głowę, jak bardzo etycznie i moralnie oraz pedagogicznie jest to pokręcona sytuacja. I jednocześnie pytam siebie, jako katoliczkę-użytkowniczkę technologii, jaka jest moja postawa wobec tej mamy i tego dziecka. Czy potrafię z miłością zwrócić jej uwagę, że z dużą dozą prawdopodobieństwa krzywdzi swoje dziecko? Czy z szacunkiem umiem skomentować tego typu materiał? A może macham na niego ręką, bo cóż ja tu mogę zrobić, nie znam kobiety, lepiej milczeć, to jej dziecko... Oczywiście jest to skrajny przykład, ale wcale nie taki rzadki - i pokazuje, że internetowy content to wcale nie jest biało-czarny obraz.
Każde zdjęcie można wykorzystać do swoich celów. Nie zawsze dobrych
Magda Urbańska: No tak, takie materiały UGC się klikają, można na tym coś zarobić (albo nawiązać jakieś współprace barterowe, reklamując produkty), a dziecko niestety w jakiś sposób staje się naszym pracownikiem. Myślę jednak, że celem są tutaj nie tylko korzyści materialne… Konta, na których wykorzystujemy wizerunek dzieci szybko zyskują wielu obserwatorów. Można powiedzieć: no i fajnie! Tylko czy postawiłabym na scenie wielkiego teatru moje dziecko, by inni je podziwiali? Przecież nie wiem, kto siedzi na widowni. Jeszcze bardziej nie mam wiedzy o tym, kto ogląda moje zdjęcia czy filmiki w sieci. Przecież każde zdjęcie można albo ściągnąć, albo zrobić screen. Przerobić je, wykorzystać dla swoich celów. Nie zawsze dobrych. Tworzymy pewną cyfrową historię życia naszych pociech, ale wrzucając ją do sieci, zupełnie tracimy nad nią kontrolę. Dziś jakiś filmik może wydawać nam się słodki i śmieszny, ale co będzie za pięć-dziesięć lat, gdy rówieśnicy naszej pociechy trafią na to nagranie i nasza latorośl stanie się celem drwin?
Ale wiesz co, Agato, w tym temacie jest jeszcze inny aspekt. Obie znamy takie miejsca w internecie, gdzie rodzice pokazują swoje niepełnosprawne dzieci. Mają ku temu powód i bardzo jasno określony cel. Nie daliby rady choćby bez 1,5 procenta, który trzeba jakoś nagłośnić. Zbiórki internetowe ratują ich codzienność, często są źródłem nie tylko utrzymania, ale jedynej szansy, by uzbierać na kosztowną, ciągłą rehabilitację ich dzieci. Domyślam się, ile dylematów ma tutaj dojrzały rodzic, który pokazuje trudną codzienność. Co i ile publikować, szczególnie jeśli dziecko jest chore i bardziej narażone na hejt? Dla mnie ci rodzice to bohaterowie i czuję, że warto ich nie wrzucać do naszego dzisiejszego wora internetowych dram, ale powiedzieć im wprost: widzimy wasze starania. Podziwiamy i szanujemy!
Agata Rusek: Absolutnie tak! To nie jest i nigdy nie będzie proste, zerojedynkowe równanie. Ale świadomość, że obraz świata jest skomplikowany i różnobarwny, tym bardziej może nas, chrześcijan, motywować do tego, by swoją wiarę wykorzystywać jako moralny kompas. Albo jako szczepionkę na przedmiotowe traktowanie bliźniego i jako realną pomoc w codziennych dylematach: opublikować, kliknąć, posłać dalej - czy nie?
Czy są w ogóle plusy pokazywania rodzinnego życia w sieci?
Magda Urbańska: No dobra, to zróbmy mały stop. Czy widzisz jakieś plusy tego, że rodzina staje się contentem? Jakiekolwiek?
Agata Rusek: Widzę! Co więcej - uważam, że jest to dziś bardzo potrzebny rodzaj treści. To jest właśnie ten skomplikowany obraz współczesności, w którym bardzo byśmy chcieli, by wszystko było proste i piękne, ale nie jest. Mimo wszystkich zagrożeń i moralnych dylematów nie mam przecież wątpliwości, że jeżeli my, wierzący, nie będziemy w jakiś sposób pokazywać światu, jak to jest budować rodzinę na wartościach chrześcijańskich i nie będziemy wykorzystywać w tym celu technologii, to ta “dobra nowina” nie będzie się niosła i docierała w nowe miejsca. Czasem zaskakują mnie prywatne wiadomości od moich obserwatorów, którzy zainspirowali się czymś, co zobaczyli albo przeczytali na moim koncie. Napisała do mnie kiedyś pewna osoba, która wyznała, że jest z rozbitej rodziny i trudno jej uwierzyć, że katolicki pomysł na małżeństwo i rodzinę jest sensowny. Ale przygląda się temu, co pokazuję i widzi w tym coś spójnego. “Ale cholernie trudnego” - podsumowała [śmiech]. Jako katolicki twórca po tej wiadomości poczułam się spełniona. Za nikogo nie przeżyjemy życia, za nikogo nie dokonamy wyborów. Możemy jednak pokazywać naszą drogę, nie zapominając o tym, że chrześcijaństwo to jest religia, której istotą jest relacja. I że wiara może przenikać każdą płaszczyznę naszego życia - także to, jak się zachowujemy w internecie.
Magda Urbańska: Tak… Serce mamy jedno, czy w domu, czy w pracy, czy w internecie i wszędzie potrzebni są Jego świadkowie. Choć ma to wiele blasków i cieni, to nie da się wszystkiego określić prostymi zasadami: to można i warto robić, a tego nie. Nie ma jednego słusznego szablonu dla wszystkich. Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że tu się znowu kłania ignacjańskie rozeznawanie [śmiech].
Agata Rusek: A zdradzimy jeszcze na koniec, o czym porozmawiamy kolejnym razem?
Magda Urbańska: Możemy! Pracuje we mnie pewien temat: dlaczego "followers" nie oznacza przyjaciela. Będzie trochę o samotności w sieci i ułomności budowania relacji internetowych. A temat ważny, bo, jak słusznie zauważyłaś, w centrum chrześcijaństwa jest właśnie relacja. Więc pogadamy o tym, jak na nasze więzi wpływa technologia. Zapraszamy naszych czytelników już dziś, by przysiąść się do nas z kubkiem ulubionej kawy!
Zobacz poprzednie odcinki cyklu:
1. „Autentyczność się nie niesie”. Katoliczki o presji i sile social mediów
2. Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
3. Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
4. Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
5. Ile swojej wiary można pokazać w sieci? „Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów”
.webp)
.webp)
Skomentuj artykuł