Don't "kocia łapa"

Don't "kocia łapa"
(fot. Annouk/flickr.com/CC)
5 lat temu
Logo źródła: TakRodzinie Anna Chodyka

14 lutego na zaproszenie papieża Franciszka pojechali do Rzymu zakochani, narzeczeni z Polski i wręczyli mu koszulkę z napisem "Keep calm don’t kocia łapa" - z ks. Przemysławem Drągiem, pomysłodawcą akcji, rozmawia Anna Chodyka.

Anna Chodyka: Jaki jest cel kampanii "Keep calm don’t kocia łapa"?

Ks. Przemysław Drąg: Mówi się: "Wypróbujcie się, to będzie wam lepiej w małżeństwie". Jest to nieprawda.

Warto uwrażliwić młodych na to, że życie w konkubinacie nie zapewnia szczęścia. Według badań, które przeprowadzono w Stanach, Szwecji, Kanadzie, ale też w Polsce, okazuje się, że związki ludzi, którzy żyli w konkubinatach, a dopiero po jakimś czasie się pobrali, nie przetrwały długo. Chcemy zwrócić uwagę rodziców, że przyzwolenie, jakie dają swoim dzieciom na życie bez ślubu, nie jest dobre. Tylko normalna rodzina jest gwarancją, że będzie rosło zdrowe społeczeństwo, które będzie tworzyło silne państwo. Zależy nam na tym, by młodzi zrozumieli, iż żyjąc w konkubinacie, blokują sobie drogę do prawdziwego szczęścia - miłości odpowiedzialnej, radosnej, zaangażowanej do końca i na zawsze.

Zdarza się, gdy rozmawiam z młodymi ludźmi, którzy współżyją przed ślubem, że mówią: "Nie mogę pójść do spowiedzi, bo nie żałuję tego grzechu". Co można doradzić takim osobom?

To, że człowiek poczeka, ma sens, to, że się zaangażuje, ma sens. Uważam, że trzeba mniej mówić o potępieniu, że to jest złe, że to zagrożenie, a zamiast tego pokazywać, że miłość jest piękna. Myślę, że trzeba zwrócić uwagę na to, że ten grzech nie przynosi dobrych owoców, jeśli spojrzy się na niego długofalowo. Sądzę, że warto w roku kanonizacji Jana Pawła II pokazywać to, co on już dawno odkrył: piękno ludzkiej miłości. Trzeba głośno powiedzieć, że obecnie młodzi ludzie boją się wziąć odpowiedzialność za siebie i za drugą osobą.

Czy Ksiądz uważa, że to wina mediów, które lansują bycie singlem i związki partnerskie, że coraz mniej ludzi bierze ślub?

Myślę, że to zjawisko ma szerszy kontekst, nie można powiedzieć, że to tylko wina mediów. Najgorsze jest to, że rodzice zaakceptowali taki stan rzeczy, mówią: "Trudno, teraz tak wszyscy żyją, może coś z tego wyjdzie".  Sądzę, że największym problemem jest przyzwolenie rodziców i społeczeństwa na konkubinaty.

Jakie są skutki życia na kocią łapę?

Najczęściej, gdy z takimi parami rozmawiam, mówił o braku pewności wobec siebie nawzajem. Często zdarza się, że ktoś się znudzi, trzaska drzwiami i wychodzi. Bardzo ęsto okazuje się, że kobieta chciałaby żyć w małżeństwie, bo wtedy będzie się czuła bezpieczniej, będzie jakaś gwarancja, dzieci będą mogły wychowywać się w normalnej rodzinie. Mężczyźni zazwyczaj odpowiadają na propozycję małżeństwa: "Nie jestem jeszcze gotowy. Poczekajmy. Musimy jeszcze nazbierać pieniędzy, żeby wesele było piękne". To wymijające odpowiedzi. Często w nieformalnych związkach dominuje niepewność: "Czy mnie jeszcze kocha? Co będzie dalej? Czy on/ona się mną nie znudzi?". To psuje atmosferę, nawet gdy już został małżeństwem. W konkubinacie ludzie nie do końca się angażują, trochę się ukrywają ze swoimi opiniami: "Muszę uważać, by jej/go nie zranić, bo ode mnie odejdzie". To jest, mówiąc brzydko, życie "na pół gazu".

To mężczyzna zazwyczaj odkłada ślub na później, jeśli para zaczyna ze sobą mieszkać przed pobraniem się i rozpoczyna współżycie. 

Ludzie, którzy zaczynają ze sobą współżyć przed ślubem, wpadają w pułapkę. Kiedy on miał pięć, sześć partnerek, a ona podobną liczbę partnerów, to nabierają przekonania, że wierność jest niemożliwa. I mówią: "Nie wierzę, e on wytrwa, jeœli przed nim stanie piękna kobieta", "Nie wierzę, że ona wytrwa, jeœli spotka przystojnego mężczyznę". Pojawia się też porównywanie do poprzedniego partnera, partnerki, co prowadzi do dzielenia: lepszy, gorszy. Przedwczesnym współżyciem budzi się niewłaściwy apetyt, pewne żądze, których się nie da się tak łatwo ugasić.

Ale spotkałem się i z takim stwierdzeniem: "żyję w małżeństwie, mam dwójkę dzieci, a nagle się okazuje, że gdybym był sam, to bym dostał kredyt na mieszkanie, a ponieważ mam rodzinę, nie dostanę, bo mnie na to nie stać". To są bardzo skomplikowane historie i nie dziwię się ludziom, gdy mówił: "Jak będziemy małżeństwem, to nie dostaniemy kredytu".

My chcemy powiedzieć, że prawdziwa, szczęśliwa miłość to nie jest coś abstrakcyjnego i że ten, kto zawiera sakrament małżeństwa, otrzymuje od Jezusa specjalne dary, które pomagają małżonkom przetrwać kryzysy, cieszyć się wspólnie radościami, budować razem relację odpowiedzialności. Jest to zupełnie inny poziom.

Czyli zawarcie sakramentu małżeństwa poprawia naszą relację z Bogiem?

Nie tylko z Bogiem, ale też między sobą, bo stajemy w modlitwie przed Panem i mówimy o tym, co nas boli i cieszy, ale też rozumiemy, że trzeba wcześniej pogodzić się z mężem czy z żoną.

Jakie inicjatywy będą organizowane w ramach kampanii?

Razem z duszpasterstwem akademickim będziemy promować akcję przez noszenie T-shirtów z napisem: "Keep calm don’t kocia łapa". Jest strona internetowa: nakociolape.pl, będą plakaty i audycje radiowe. Planujemy organizowanie konferencji, pierwsza odbyła się w siedzibie Konferencji Episkopatu Polski.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Don't "kocia łapa"
Komentarze (36)
P
Pytający
16 czerwca 2014, 21:12
Uwielbiam was, nawiedzeni katolicy ! W Polsce jest m.in.: ponad 1mln alkoholików  10 mln osób z zaburzeniami psychicznymi, emocjonalnymi  3 mln głodnych dzieci 13-15% bezrobocia 2-3mln Polaków MŁODYCH (!), którzy wyjechali za granicą w sotatnich 4 latach za chlebem 2,5-3 mln tzw "seniorów" z eksmisją lada moment z powodu zacięgniętych długów. naprawde duże pole do popisu i pracy dla "pasterzy".  A tymczasem, jaki jest wasz najważniejszy problem? Kto komu gdzie włóżył i gdzie miał wytrysk.... ŻAŁOŚNI, ZAŁGANI HIPOKRYCI MIENIĄCY SIĘ LUDZMI "WIERZĄCYMI".  Z takim podejściem do życia jesteście parodią chrześcijan, a nie chrześcijanami. 
P
P
16 czerwca 2014, 23:37
Jeśli nie wierzysz to to nie ma sensu. Byłam ateistką, nawróciłam się. Seks jest najcudowniejszą rzeczą na świecie, dlatego warto czekać żeby był dązeniem do jedności a nie egoizmem. Szkoda, że nie spotkałam wcześniej nikogo kto by mi to wytłumaczył. Kościół nigdy nie nauczał, że seks jest zły. Jest super i dlatego warto tego nie schrzanić. Czasu nie cofnę, ale mogę walczyć o to co mam i na nowo żyć w coraz większej czystości.
P
Pytający
17 czerwca 2014, 00:13
"Kościół nigdy nie nauczał, że seks jest zły." - poszepraj sobie w historii kościoła co jego przedstawiciele mówili oficjalnie o seksie. Zabraniano go uprawiać np w określone dni czy święta kościelne w przeszłości. Dziś też nie jest lepiej - jak sobie wyoobrażasz bowiem owo "dążenie" do jedności gdy w łóżku spotyka się dwoje rozdygotanych dewotów, którzy zamiast na dawaniu sobie przyjemności drżą ze strachu o to żeby nie dotknąć się tam gdzie im KRK nie pozwala?  jak sobie wyobrażasz owo "dążenie do jedności" kiedy żona mówi mężowi po ślubie że z seksem jej "matka Boska kazała jeszcze poczekać? jak sobie wyobrażasz małżeństwo z sekem 1 w miesiącu bo żona tak uwaza żę to "po bożemu" a mąż potrzebuje 2-3 w tygodniu? ŻYCIE W TAKIM KATOLICKIM MAŁŻEŃSTWIE TO KATORGA. TO WŁAŚNIE DLATEGO JEST TYLE ROZWODÓW.  Z powodu niedopasowania na tym tle. 
P
P
17 czerwca 2014, 14:21
ale seks jest super nie mam zamiaru mówić mojemu facetowi takich rzeczy mogę to robić zawsze i wszedzie tylko to musi się operać na szacunku poczytaj sobie komentarze orygenesa albo grzegorza z nysy do pieśni nad pieśniami. Człowieku seks jest zajebisty tylko jęśli pojawia się wcześniej to staje się wyłącznym spoiwem związku bo każdy to potarfi a nie być egoistą każdy się uczy całe życie. Tak jestem egoistką i jeśli zacznę związek od seksu to nie nauczę się kochać mojego faceta tak jak na to zasługuje. Nię bedę potafiła radzić sobie z jego wadami które ma jak każdy i nię bedę go kochać całego jaki jest. a chcę go kochać caaaałego kurde a nie tylko za zajebisty orgazm
P
P
17 czerwca 2014, 14:40
poza tym zadnemu księdzu i  nikomu innemu nic do mojego seksu małżeńskiego i do tego jak  gdzie i kiedy to robię nie mam prawa tylko mojego małżonka do niczego zmuszać, oboje mamy chcieć takiej czy innej bliskości tylko szacunek jest ważny a to jakie pozycje stoisujesz twoja sprawa i nikt nie ma prawa cię o to pytać bo tylko dla ciebie i twojej żony/ twojego męża ta bliskość i zjednoczenie jest możliwe to wy je budujecie. Poczytaj komentarze Orygenesa albo Grzegorza z nysy do Pieśni nad Pieśniami- W Biblii jest wszystko nawet poradnik seksualny i jak dobrze gon zrozumiesz twoje małżeństwo bedzie tak zajebiste że nawet nie jesteś sobie tego w stanie wyobrazić
P
Pytajacy
17 czerwca 2014, 16:34
dziekuje za opowiedź i wyjaśnienie. chetnie porozmawiam na ten temat bo widze ze nie jestes "nawiedzona" ale madze piszesz. odezwij sie moj mail: apolin@wp.pl
L
Lenka
31 lipca 2014, 04:35
A ciekawe co Ty takiego wielkiego robisz dla ludzkości, dla tych głodnych dzieci i alkoholików, że tak wrzucasz na Kościół? Jesteś ateistą i co, uważasz, że jesteś z tego zwolnionyi tylko katole mają pomagać innym? Sprawdź sobie ile jest w Twoim mieście/wsi organizacji charytatywnych i ile z nich prowadzi Kościół lub środowiska/wspólnoty kościelne - zdziwisz się.
GN
grzegorz nG
16 czerwca 2014, 19:37
1/Mój pogląd: kto się żeni nie grzeszy, lepiej jednak będzie tym co pozostają bezżenni. 2/A tekst bardzo dobry - autorzy nie grzęzną  w dogmatach tylko szukają praktycznego podejścia.
P
pit
16 czerwca 2014, 19:16
Słaby artykuł i jeszcze słabsza wypowiedź rozmówcy. Zero konkretów, dziwne stwierdzenia typu „kobieta by chciała, ale mężczyzna woli poczekać”. Po pierwsze, kobieta ma zmienne nastroje i wiele pomysłów na minutę, mężczyzna pewniej i jednoznaczniej wypowiada to czego chce, dlatego ‘ankieterzy’ wysnuwają błędne wnioski. Każdy ma swój rozum, a skończyły się czasy, gdy ludzie byli zmuszami do bycia z kimś. Przy tego rodzaju dyskusjach mało kto bierze pod uwagę rolę społeczną mężczyzn i kobiet w kontekście sytuacji gospodarczo-obyczajowej….ehhh..słabiutko….a problem jest poważny.
O
O.
16 czerwca 2014, 17:17
Mnie ciekawi, jak to jest, że istnieją (i jest ich sporo) ludzie (nie - katolicy akurat w tym przypadku), którzy nie boją się brać odpowiedzialności za drugą osobę, a jednak ślubu również nie mają. Ja nie łapię tendencyjności niektórych wypowiedzi. Co do wątpliwości - no uwierzcie, że małżeństwo nie jest lekiem na całe zło i magicznie nie sprawia, że nagle mąż i żona są siebie pewni i "na pewno się kochają". Osobiście mam naprawdę złe doświadczenia z obserwowanymi małżeństwami, znam zaledwie kilka szczęśliwych małżeństw, a mnóstwo nieszczęśliwych. Próbuję się wydostać z tego stereotypu i sposobu myślenia, naprawdę, wiem, że jest błędny i że z kolei małżeństwo nie równa się "nieszczęśliwy związek". Ale takie artykuły pokazują tylko, że autorzy myślą tak bardzo szablonowo i czarno - biało i to odpycha i we mnie budzi kolejne wątpliwości.  "Ludzie, którzy zaczynają ze sobą współżyć przed ślubem, wpadają w pułapkę. Kiedy on miał pięć, sześć partnerek, a ona podobną liczbę partnerów, to nabierają przekonania, że wierność jest niemożliwa" - dobiło mnie to. Jak ktoś miał jakąś tam ilość partnerów, ale nie NA RAZ, to skąd przekonanie, że wierność jest niemożliwa?  Ja naprawdę rozumiem, jakie są pozytywne strony ślubu i życia zgodnie z nauką KK, wiarą, etc. Ale tutaj jest potężne dorabianie sobie teorii do praktyki. Chciałabym zobaczyć na jakich (mam nadzieję, że przeprowadzanych przez niezależne instytucje) statystykach oparł się ksiądz, mówiąc że <<W konkubinacie ludzie nie do końca się angażują, trochę się ukrywają ze swoimi opiniami: "Muszę uważać, by jej/go nie zranić, bo ode mnie odejdzie">> No a moim zdaniem, takie rzeczy dzieją się w ZWIĄZKACH, niezależnie od tego, jakich. 
A
anonim
16 czerwca 2014, 18:04
Mnie ciekawi, jak to jest, że istnieją (i jest ich sporo) ludzie (nie - katolicy akurat w tym przypadku), którzy nie boją się brać odpowiedzialności za drugą osobę, a jednak ślubu również nie mają. --- Odpowiedź jest trywialnie prosta: nie-katolicy nie mają możliwości tzw. wzięcia ślubu, czyli zawarcia sakramentalnego małżeństwa, składając uroczyste ślubowanie miłości, wierności oraz uczciwości małżeńskiej oraz że nie opuszczą aż do śmierci. Nie-katolicy mogą jedynie zawrzeć małżeństwo jako kontrakt cywilno-prawny, składając jedynie oświadczenie, że uczynią wszystko aby małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe. Co do wątpliwości - no uwierzcie, że małżeństwo nie jest lekiem na całe zło i magicznie nie sprawia, że nagle mąż i żona są siebie pewni i "na pewno się kochają". --- Nikt nie twierdzi, że małżeństwo jest lekiem na całe zło i cokolwiek magicznie sprawia. Siła sakramentalnego małżeństwa polega na tym, że małżonkowie na poważnie traktują złożone sobie wzajemnie przed Bogiem ślubowania. I nie kalkulują sobie, że w razie czego rozejdą się. Ale takie artykuły pokazują tylko, że autorzy myślą tak bardzo szablonowo i czarno - biało i to odpycha i we mnie budzi kolejne wątpliwości. --- To co piszesz świadczy jedynie o tym, że sama myślisz szablonowo, szablonami wpajanymi przez świat, i nie masz pojęcia o czym piszesz.
A
anonim
16 czerwca 2014, 18:15
"Ludzie, którzy zaczynają ze sobą współżyć przed ślubem, wpadają w pułapkę. Kiedy on miał pięć, sześć partnerek, a ona podobną liczbę partnerów, to nabierają przekonania, że wierność jest niemożliwa" - dobiło mnie to. Jak ktoś miał jakąś tam ilość partnerów, ale nie NA RAZ, to skąd przekonanie, że wierność jest niemożliwa? --- Najzwyczajniej nie rozumiesz pojęcia wierności skoro wyobrażasz sobie, że można zmieniać partnerów i mówić o zachowywaniu wierności jeśli w danej chwili jest tylko jeden partner. Nie mieści Ci się w głowie, że można mówić o zachowaniu wierności przyszłemu małżonkowi jeszcze przed ślubem, a nie tylko po? Jeżeli ktoś nie potrafił przed ślubem zaczekać ze współżyciem na swojego ślubnego małżonka, to czy wiarygodne jest to, że nie będzie robił skoków w bok?
O
O.
16 czerwca 2014, 18:18
Chyba źle zrozumiałeś. Chodziło mi o to, że BYĆ MOŻE, nie od razu spotyka się swojego przyszłego małżonka, więc to, że się wcześniej miało partnerów, nie przeszkadza być wiernym (czy to przed, czy po ślubie) a zależy wyłącznie od mentalności drugiej osoby.
O
O.
16 czerwca 2014, 18:22
1. No właśnie - więc SKĄD stwierdzenie, że jeśli ktoś żyje bez ślubu, to dlatego, że nie chce brać odpowiedzialności za drugą osobę? Czy to nie bez sensu? Nie każdy musi chcieć brać ślub i tyle.  2. "Siła sakramentalnego małżeństwa" - znam tak samo trwałe konkubinaty, jak i rozwodzące się małżeństwa. Na odwrót, oczywiście, również. Nie widzę jakiejś tendencji, według której przytłaczająca większość małżeństw "na pewno się nie rozejdzie" a konkubinaty owszem. Chyba, że ktoś ma rzetelne statystyki. 3. Ja, mówiąc szczerze, po prostu obserwuję ludzi w swoim otoczeniu i moje wnioski nie zbiegają się z wnioskami przedstawionymi powyżej, nijak. Rozumiem, że mam uwierzyć na słowo, widząc, że jest inaczej?
A
anonim
16 czerwca 2014, 18:26
Ja naprawdę rozumiem, jakie są pozytywne strony ślubu i życia zgodnie z nauką KK, wiarą, etc. Ale tutaj jest potężne dorabianie sobie teorii do praktyki. --- Nie. Ty nie masz o tym pojęcia. To co piszesz świadczy o tym, że tak naprawdę to NIC z tego nie rozumiesz. Chciałabym zobaczyć na jakich (mam nadzieję, że przeprowadzanych przez niezależne instytucje) statystykach oparł się ksiądz, mówiąc że <<W konkubinacie ludzie nie do końca się angażują, trochę się ukrywają ze swoimi opiniami: "Muszę uważać, by jej/go nie zranić, bo ode mnie odejdzie">> --- Takie są elementarne mechanizmy psychiczne! Jeżeli ktoś żyje w konkubinacie to całkowicie naturalne jest rodzące się podejrzenie, że zapewne nie chce się wiązać bo chce zostawić sobie furtkę. I całkiem naturalnymi są wówczas opory przed pełnym zaangażowaniem by za bardzo nie cierpieć w razie porzucenia. Całkiem naturalnymi są wóczas również opory przez zbyt odkrywaniem się, ze względu na obawy, że można zostać niezaakceptowanym i odrzuconym oraz porzuconym. No a moim zdaniem, takie rzeczy dzieją się w ZWIĄZKACH, niezależnie od tego, jakich. --- TWOIM  zdaniem?!? No to tym razem ja chciałbym zobaczyć na jakich (mam nadzieję, że przeprowadzanych przez niezależne instytucje) statystykach opierasz te swoje zdanie. Czy może te Twoje zdanie to jedynie Twoje widzi-mi-się.
O
O.
16 czerwca 2014, 18:26
Prawda jest taka, że ja chciałabym, żeby ktoś mnie przekonał, poważnie. Tylko wchodzę, widzę tendencyjność, mnóstwo "nigdy" "zawsze", "tylko" i to nie jest w stanie przekonać, jeśli dla mnie coś nie ma odbicia w rzeczywistości, którą obserwuję. 
A
anonim
16 czerwca 2014, 18:28
Ja zrozumiałem dobrze. To Ty najwyraźniej nie zrozumiałaś tego co napisałem: Nie mieści Ci się w głowie, że można mówić o zachowaniu wierności przyszłemu małżonkowi jeszcze przed ślubem, a nie tylko po?
O
O.
16 czerwca 2014, 18:29
No chyba, że ograniczamy wierność do seksu tylko i wyłącznie. Bo dla mnie, związek (również małżeński) to są uczucia i "związek dusz", które są w takim samym (jak nie większym) stopniu ważne, jak kwestie fizyczne. To co, można mieć paru chłopaków w przeszłości i kochać ich, a potem poznać swojego męża, czy jednak nie?
A
anonim
16 czerwca 2014, 18:50
1. No właśnie - więc SKĄD stwierdzenie, że jeśli ktoś żyje bez ślubu, to dlatego, że nie chce brać odpowiedzialności za drugą osobę? Czy to nie bez sensu? Nie każdy musi chcieć brać ślub i tyle. --- Ze ślepym o kolorach nie pogadasz :-( Zawarcie małżeństwa jest właśnie wyrazem brania odpowiedzialności za drugą osobę. Więc jak ktoś nie chce brać ślubu to jest to wyrazem tego że  nie chce brać odpowiedzialności. I tyle. 2. "Siła sakramentalnego małżeństwa" - znam tak samo trwałe konkubinaty, jak i rozwodzące się małżeństwa. Na odwrót, oczywiście, również. Nie widzę jakiejś tendencji, według której przytłaczająca większość małżeństw "na pewno się nie rozejdzie" a konkubinaty owszem. Chyba, że ktoś ma rzetelne statystyki. --- Wypisujesz swoje widzi-mi-się. Ale co znamienne, choć sama nie podajesz żadnych rzetelnych statystyk dowodzących Twojego widzi-mi-się, to domagasz się rzetelnych statystyk mających potwierdzać to czego nie akceptujesz. 3. Ja, mówiąc szczerze, po prostu obserwuję ludzi w swoim otoczeniu i moje wnioski nie zbiegają się z wnioskami przedstawionymi powyżej, nijak. Rozumiem, że mam uwierzyć na słowo, widząc, że jest inaczej? --- No popatrz :-) Wyobraź sobie że ja również, po prostu obserwuję ludzi w swoim otoczeniu i wyciągam wnioski. Tyle że czubka własnego nosa nie rzutuję na cały świat, lecz staram się jeszcze czytać ze zrozumieniem. I domyślam się, że skoro nie jesteś w stanie podać żadnychwiarygodnych danych statystycznych to mam uwierzyć w oznajmiane przez Ciebie Twoje orzeczenia dogmatyczne? Nawet widząc że jest inaczej?
A
anonim
16 czerwca 2014, 22:09
Związek (również małżeński) to oczywiście nie tylko seks. W małżeństwie ważna jest więc nie tylko wierność seksualna. Czym innym jest jednak obdarzanie kogoś uczuciem, a zupełnie czym innym jest sypianie z kimś. Więc jak najbardziej możliwym jest zakochanie się i chodzenie z kimś jeszcze zanim pozna się swojego małżonka.
A
anonim
16 czerwca 2014, 22:39
Prawda jest taka, że przy takim Twoim podejściu to NIKT i NIC Ciebie NIGDY nie przekona. Prawda jest taka, że wybierasz sobie z rzeczywistości to co chcesz i widzisz tylko to co chcesz widzieć. Prawda jest taka, że odrzucasz niewygodne dla siebie argumenty i domagasz się wiarygodnych (oczywiście dla Ciebie wiarygodnych) badań, ale jednocześnie nie przeszkadza Ci to, by jako kontrargumenty podawać wyssane z palca stwierdzenia. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że są dwie zasadnicze kategorie ludzi. W jednej z nich ludzie starają się żyć tak jak myślą, tzn. najpierw pytają się jak powinno być, a potem starają się tak żyć - z mniejszym lub większym sukcesem. W drugiej kategorii ludzie myślą tak jak żyją, tzn. że nie zastanawiają się nad tym jak powinno być, ale uznają że włąsnie to co robią jest tym co powinni robić. I nauka Kościoła właśnie mówi o tym co jest dobre a co złe, i jak powinno być. I część ludzi stara się tak żyć - choć większość to olewa bo im tak łatwiej. A Ty patrzysz na to i oznajmiasz że dobro nie jest dobrem... bo nie ma odbicia w rzeczywistości.
.
.
16 czerwca 2014, 23:42
żeby wytrwać do ślubu trzeba wiedzieć dlaczego się to robi posłuchaj sobie szustaka albo napisz olinek013@interia.pl mogę wytłumaczyć
S
saba
16 czerwca 2014, 12:10
"Chcemy zwrócić uwagę rodziców, że przyzwolenie, jakie dają swoim dzieciom na życie bez ślubu, nie jest dobre." Czy rodzice mają nie akceptować stylu życia swoich 20, 30, czy 40-letnich dzieci? W jaki sposób mają nie przyzwalać na ich dorosły wybór? Znam takie rodziny, nikomu nie życzę takich rodziców, jest to stały konflikt lub udawanie przed rodzicami innego stylu życia, żeby ich nie martwić. Rodzice powinni kochać swoje dzieci i je akceptować nawet jak wberają inną drogę, na tym polega miłość, a podobno Bóg jest miłościa.
A
anonim
16 czerwca 2014, 13:06
Czy rodzice mają nie akceptować stylu życia swoich 20, 30, czy 40-letnich dzieci? --- Tak jest. Jeżeli ten styl życia jest grzeszny to mają go nie akceptować. I wiek dzieci nie ma tu żadnego znaczenia. Jak syn/córka postanowi codziennie upijać się do nieprzytomności to rodzice mają zaakceptować ten styl życia bo synek/córeczka ma już 20, 30 czy 40 lat? W jaki sposób mają nie przyzwalać na ich dorosły wybór? --- Mają nie przyzwalać w jakikolwiek sposób na ich wybór. I to że jest to "dorosły" wybór nie ma tu nic do rzeczy. Akceptacja lub nieakceptacja nie może zależeć od tego czy jet to wybór dorosły czy niedorosły lecz od tego czy jest to wybór mądry czy głupi, dobry czy zły. Wg Ciebie wybory głupie powinny być akceptowane jeśli są dorosłe, a wybory mądre mogą być niekaceptowane jeśli są niedorosłe? Rodzice powinni kochać swoje dzieci i je akceptować nawet jak wberają inną drogę, na tym polega miłość,. --- Nie rozróżniasz pojęć i w związku z tym nie wiesz o czym piszesz... Owszem, rodzice powinni kochać swoje dzieci i je akceptować nawet jak wybierają inną drogę. Ale zupełnie czym innym jest kochać i akceptować dzieci, a zupełnie czym innym jest akceptować (lub nie) ich wybory. To że syn/córka dokonuje złych wyborów wcale nie oznacza że rodzic przestaje je kochać i ich akceptować. Ale nie może akceptować ich złych wyborów. I na tym m.in. polega miłość, że choć rodzić nie akceptuje ich złych wyborów ale nadal kocha swoje dzieci. Mało tego właśnie dlatego że kocha swoje dzieci, to nie akceptuje ich złych wyborów. a podobno Bóg jest miłościa --- Podobno?!? Masz wątpliwości? Tak, Bóg jest miłością. I pomimo grzeszności człowieka nadal go kocha. Mało tego! Nawet dał się okrutnie zamordować. Ale to że Bóg jest miłością nie oznacza bynajmniej że akceptuje zło czynione przez człowieka.
S
saba
18 czerwca 2014, 12:25
"I na tym m.in. polega miłość, że choć rodzić nie akceptuje ich złych wyborów ale nadal kocha swoje dzieci. " "Mają nie przyzwalać w jakikolwiek sposób na ich wybór." Czyli konkretnie jak mają wyrażać ten brak akceptacji? Wystarczy w duchu, czy mają to wyrażać bezpośrednio, jak często poza powiedzmy jedną romową określają swoje stanowiska. Mają zapraszać na rozmowy, jeśli tak to jak często, raz w tygodniu, miesiąću, w Wigilię, a może straszyć, grozić, obrażać się, nie odzywać, stawiać jakieś ultimatum, szantażować emocjonalnie itp.? Artykuł nie sugeruje żadnych sposobów. Rodzic ma obowiązek wychowania dziecka, ale potem gdzie jest zapisane prawo do dręczenia dorosłego, jeśli ten wybierze inną drogę, nawet zdaniem rodziców złą (oczywiście prównanie do choroby alkoholowej nie trafione, to się leczy, a nie akceptuje).
G
g
15 czerwca 2014, 21:47
Kryzysy przyjdą , tak czy inaczej . Jedna zasadnicza sprawa odróżnia małżeństwo sakramentalne od związku wolnego- właśnie sakrament , zakorzenienie w  , powierzenie się  Bogu , zaproszenie Boga pomiędzy nas . On wtedy ,gdy Go się o to prosi , daje siłę i moc , pomaga realnie iść dalej , szybko wstawać i iść dalej razem. 
A
andrzej
15 czerwca 2014, 14:47
Nie ma lekarstwa na głupotę ludzką. I choć jest wąska ścieżka Mądrości Bożej to niewielu po niej kroczy. Trudno ją dostrzec, szczególnie w swoim egoistycznym życiu i jeszcze trudniej po niej kroczyć nawet, gdy się ją odnajdzie za łaską Boga.
G
gość
15 czerwca 2014, 14:16
Dlaczego młodym ludziom, którzy chcą się pobrać, nie stworzy się możliwości uczestniczenia np. w naukach na temat: jak wybierać osobę na całe życie, jak sprawdzić słodkie deklaracje, do czego się zobowiązujemy w prawie cywilnym i kanonicznym, jakie będą dla nas konsekwencje jak się nam nie uda, dlaczego nie ma możliwości uprzedniego badania psychologicznego (czyż wstyd rozwodu nie jest większy?). Pytam DLACZEGO? Czy to brak pieniędzy (rozwód a tym bardziej unieważnienie bardzo drogo kosztuje), czy brak odpowiednich osób do prowadzenia przygotowań, czy może brak nam dobrych psychologów? To że młodzi ludzie mają „burzę hormonów”, zmienne emocje i niestałe decyzje, to normalne w ich wieku i tak było zawsze. Ale dlaczego osoby związane z tym problemem nie potrafią w mądry sposób przestrzec i przygotować aby nie dochodziło do niszczenia związków, tylko wolą później w roli specjalistów naprawiać problemy (najlepiej w swoich gabinetach, co również nie jest tanie). Pytam DLACZEGO???
E
Emi
15 czerwca 2014, 14:52
Takie zajęcia istnieja i nazywają się "nauki przedmałżeńskie" ;) Owszem są one często bardzo różne, w wielu przypadkach kompletnie bezwartościowe i nie dają nic oprócz załatwienia kościelnych formalności. Jeśli jednak komuś zależy moze znaleźć takie, które naprawdę przygotowują do małżeństwa, trzeba tylko chcieć. Ja w takich uczestniczyłam u dominikanów i jestem bardzo zadowolona z ich przebiegu, mój mąż tak samo. Pomogły nam upewnić się, że chcemy być razem. Myślę, ze gdybyśmy do siebie nie pasowali, to też by to ujawniły. 
jazmig jazmig
jazmig jazmig
15 czerwca 2014, 16:35
Dlaczego młodym ludziom, którzy chcą się pobrać, nie stworzy się możliwości uczestniczenia np. w naukach na temat: jak wybierać osobę na całe życie Dlatego, że nie ma takiej metody, która gwarantuje właściwy wybór. Można oczywiście wskazać, jakich partnerów nie wybierać, ale najczęśćiej młoda zakochana osoba nie widzi wad obiektu swojej miłości i dopiero po ślubie trzeźwieje. Wspólne wytrwanie w związku małżeńskim wymaga od obojga małżonków pracy, umiejętnośći ustępowania drugiej osobie, wybaczania jej błędów i mądrego oddziaływania, aby współmałżonek miał na uwadzie nie tylko swoje potrzeby, ale także inne osoby z rodziny. Można na ten temat pisać księgi, a i tak nadal popełniać błędy. Ale ogólnie rzecz ujmując, im więcej wzajemnej tolerancji i szczerego, wzajemnego uczucia, tym większa szansa na trwałe małżeństwo aż do śmierci. Należy za wszelką cenę unikać zwarć, z których jedynym wyjściem jest rozwód.
A
anonim
16 czerwca 2014, 12:48
Dlaczego młodym ludziom, którzy chcą się pobrać, nie stworzy się możliwości uczestniczenia np. w naukach na temat: [...] --- Wypisujesz głupstwa. Młodym ludziom stwarza się możliwości uczestniczenia w przeróżnych naukach. Niektóre z nich są nawet przymusowe. Ale co z tego, skoro młody człowiek ma na ogół wszelkie nauki w głębokim poważaniu i chce tylko aby mu podpisać papierek.
L
L-ka
15 czerwca 2014, 14:01
Poprawcie te literówki, bo teks wartościowy, ale ciężko się go czyta w tyloma potknięciami.
Monika Tomalik
Monika Tomalik
15 czerwca 2014, 13:51
"Czystość to miłość z najwyższym znakiem jakości i gwarancja, że to, co ludzi łączy, to znacznie więcej niż pożądanie czy emocjonalne zauroczenie. Jeśli człowiek nie zachowa czystości, to jego miłość będzie brudna, mocno okaleczona, splamiona fizycznie, psychicznie i duchowo. Miłość jest darem, a nie kradzieżą. Stąd nieczystość, we wszystkich jej formach, jest okradaniem samego siebie i drugiej osoby z tego, co w człowieku najpiękniejsze: ze zdolności do bycia bezinteresownym i czystym darem. Czystość jest prymatem miłości, troski i wierności nad ciałem, a także umiejętność rezygnacji z przyjemności.Poza miłością czystość jest niezrozumiała i niemożliwa, bo też nie może taką być. Czystość to troska o to, by nie wyrządzić krzywdy sobie oraz innym; i to nie z tytułu lęku, ale z miłości do samego siebie i drugiej osoby. Czystość to najpewniejsza inwestycja w miłość." bp Piotr Greger
S
sowa
15 czerwca 2014, 14:25
co za demagogia. Zejdź na ziemię.
z życia
15 czerwca 2014, 13:02
niestety ale slub kościelny też nie jest gwarantem udanego małżeństwa i szczęścia. Udany związek zależy przede wszystkim od samych zainteresowanych, od ich uczucia, odpowiedzialności i chęci bycia razem. O tym, że mam rację swiadczy ilość rozwodów osób, które zawarły slub koscielny. A ile związków po kościelnym ślubie tkwi razem, ale w wielkiej nienawiści wobec siebie?  A cierpią na tym biedne dzieci. 
jazmig jazmig
jazmig jazmig
15 czerwca 2014, 16:28
Nie ma żadnej gwarancji udanego małżeństwa, jednakże, aby związek dwojga ludzi przetrwał aż do śmierci, to niezbędne jest małżeństwo. Konkubinaty rozpadają się o wiele częściej niż małżeństwa i gdy jedno, najczęściej mężczyzna, znajdzie sobie inną osobę na dalsze pożycie, to drugie, najczęściej kobieta, zostaje samo na lodzie w wieku, gdy trudno znaleźć kolejnego partnera na wspólne życie.

Skomentuj artykuł

Don't "kocia łapa"
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.