Ks. Tosza: wierzę w siłę wspólnoty, w której ludzie uczą się od siebie nawzajem

Ks. Tosza: wierzę w siłę wspólnoty, w której ludzie uczą się od siebie nawzajem
(fot. archiwum wspólnoty Betlejem)
3 miesiące temu
ks. Mirosław Tosza / Piotr Zworski

Pokutuje takie myślenie o domu dla bezdomnych, że tutaj nikt nie pracuje, więc można ich zatrudnić za półdarmo albo za paczkę papierosów. W takich sytuacjach odpowiadam, że mamy dużo pracy i nie wiem, czy jesteśmy w stanie podjąć się zlecenia. Czasami też, kiedy mam podejrzenie, że ktoś próbuje wykorzystać mieszkańców, pytam wprost: „Ile pan płaci za godzinę?” - mówi ks. Mirosław Tosza ze wspólnoty Betlejem.

Piotr Zworski: Święty Ignacy Loyola mówił: „Pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie, a módl się, jakby wszystko zależało od Boga”. Bardzo bliskie są mi wydarzenia w Kanie Galilejskiej, gdzie Maryja mówi do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Trzeba było się solidnie napracować, żeby wypełnić stągwie wodą. W sumie to jakieś sześćset–siedemset litrów. Sam łańcuch wydarzeń jest dość ciekawy. Maryja dostrzega brak wina, mówi o tym Jezu‑ sowi. Jezus każe napełnić stągwie, dokonuje cudu przemiany wody w wino, a wszelkie pochwały zgarnia pan młody. Gdy słucham twojej opowieści o Betlejem, widzę służących napełniających stągwie i Jezusa działającego cuda. Współpraca z łaską. Każdemu w równym stopniu się chce?

ks. Mirosław Tosza: W Kanie Galilejskiej sprawa była jasna: słudzy byli posłuszni i nikt nie dyskutował ani z Maryją, ani z panem młodym. Otrzymali polecenie, by przynieść wodę. Nie rozumieli tego. Maryja nie miała nad nimi prawnego autorytetu, była jedną z zaproszonych osób, nie mogła wydawać poleceń – więc moment, kiedy słudzy podejmują się Jej posłuchać, jest aktem wiary. Jedni może byli bardziej przekonani, drudzy mniej. Jedni coś przeczuwali, inni się buntowali. Podobnie jest w strukturze wspólnoty. Istnieje realne niebezpieczeństwo pseudojedności. Taki dom można prowadzić w sposób autorytarny i wielu ludzi zdesperowanych, biednych i bezdomnych jest w stanie się podporządkować. Mówię to też w sensie religijnym: można stworzyć quasi­‑klasztor dla ubogich. Znam miejsca, w których obowiązkowy jest udział we wszystkich modlitwach, nabożeństwach, codziennej Mszy Świętej. Ludzie zapłacą taką cenę za łóżko do spania, nawet jeśli wewnętrznie nie będą do tego przekonani. Moim zdaniem efekt końcowy będzie fatalny

Pytanie o motywacje. Czy robię coś, dlatego że muszę, czy robię, bo chcę?

Wierzę w siłę wspólnoty, w której ludzie uczą się od siebie nawzajem. Kiedy przychodzi do nas nowa osoba, dołącza do mieszkańców z dłuższym stażem. Niektórzy są bardziej zaangażowani, chętni, z wizją, ale są też tacy, których wołami trzeba ciągnąć, bo nie mają ochoty lub ograniczają się do niezbędnego minimum, które muszą wypełnić z racji tego, że tu mieszkają. Potrzebujemy wzajemnej motywacji – suche drewno zapali się tylko od płonącej żagwi.

Jeden z naszych mieszkańców nie miał nóg. Część mieszkalna jest na pierwszym piętrze i nie mamy windy, więc zaproponowaliśmy, że będziemy go znosić i wnosić. Myślałem, że nas wszystkich pozabija, tak bardzo się wkurzył. Zamiast tego zrobił sobie specjalne drewniane ochraniacze na ręce, dzięki którym sam się przemieszczał. To był gość, który czyścił własnoręcznie ikony przed wejściem do domu. Kiedy pojawiał się ktoś nowy i narzekał, że nie jest w stanie czegoś zrobić, mówiłem mu, żeby poszedł do człowieka przed domem i mu to powiedział. Myślę, że bardzo ważne jest zachęcanie ubogich, by pracowali na swoje utrzymanie, jeśli tylko mają możliwość. Często powtarzamy: nie chodzi tylko o sprawiedliwość. Chodzi przede wszystkim o honor.

Można też zrobić bilans ekonomiczny…

Tak, podliczyć, ile nas kosztuje roczne utrzymanie domu łącznie z zatrudnieniem osób, księgowością, samochodami – paliwem, przeglądami, naprawami. Potem przeliczyć to na liczbę mieszkańców i ustalić miesięczną kwotę, którą każdy miałby spłacić, bo zaciąga dług w Betlejem. Można by zastosować bezwzględną ekonomię, ale bardziej zależy nam na budzeniu wspólnej odpowiedzialności. To naprawdę nie jest udawane: praca, którą wykonują mieszkańcy, nie jest po to, by ich zająć, żeby się nie nudzili i nie myśleli o głupotach. My naprawdę chcemy pracą i jej owocami uczciwie zarabiać na życie! Czasami zjawiają się ludzie, którzy proponują pracę do wykonania, mówiąc: „Pewnie panowie chętnie zarobią, siedzą i nic nie robią”. Ciśnie mi się wtedy na usta odpowiedź: „To nieprawda! My nie siedzimy! My leżymy, ale w godzinach od dwudziestej trzeciej do szóstej”. Pokutuje takie myślenie o domu dla bezdomnych, że tutaj nikt nie pracuje, więc można ich zatrudnić za półdarmo albo za paczkę papierosów. W takich sytuacjach odpowiadam, że mamy dużo pracy i nie wiem, czy jesteśmy w stanie podjąć się zlecenia. Czasami też, kiedy mam podejrzenie, że ktoś próbuje wykorzystać mieszkańców, pytam wprost: „Ile pan płaci za godzinę?”.

Jaka jest reakcja?

Oburzenie. A w domu? Teoretycznie można wszystko wyliczyć, ale nie chcemy, żeby mieszkańcy mieli poczucie wstydu, którego i tak zaznali. Ktoś, kto przychodzi z deficytem, po stracie niemal wszystkiego, nie ma się przecież czym pochwalić, prawda? Że się rozpił, był w więzieniu, stracił dom, rozwiódł się, córka go nienawidzi? To nie są powody do dumy. Tutaj jednak może się sensownie zaangażować w pracę, tworzyć dzieła, które podobają się innym, jak sztuka w stylu Hundertwassera.

Grzegorz, który tnie na pile elementy ceramiczne, czasami już nie ma chęci całymi dniami się tym zajmować, stać w pomarańczowym kurzu. Ale w momencie, gdy przekona się, czemu służyła jego praca, czyli gdy zobaczy całą mozaikę, spojrzy na fasadę ze świadomością, że to wszystko jest pracą jego rąk, będzie mógł posmakować owoców swojego trudu.

O co chodzi z Hundertwasserem?

Najlepiej opowiedziałby o tym Janek, odpowiedzialny za naszą spółkę Tabga psycholog z pasją do nauki i rękodzieła. Sporo na ten temat przeczytał i dobrze to przemyślał. Właściwie od 2011 roku w naszej pracowni rękodzieła, w ceramice, którą wyrabiamy, w wystroju domu wewnątrz i na zewnątrz inspirujemy się twórczością Friedensreicha Hundertwassera. Był to wybitny austriacki malarz, nazywany też doktorem architektury, filozof i ekolog. Zmarł w 2000 roku. Tworzył bardzo kolorowe, zjawiskowe domy. Bardzo nam odpowiada jego filozofia, którą wdrożył dopiero w wieku pięćdziesięciu trzech lat. Jako oryginał i ekscentryk irytował się bardzo na linię prostą, która – jak twierdził – „jest bezbożna i niemoralna”. Uważał, że przez wprowadzenie linii prostej świat zdominowały bezduszne blokowiska. Przyroda nie zna linii prostej: wszystko się pnie, wije, a człowiek wszystko ułatwia, ujednolica, wkłada w kratki. Oddaje budowę domu specjalistom, wystrój też, a Hundertwasser nigdy nie rozumiał takiego zawodu jak dekorator wnętrz. Według niego dobór mebli i kolorów ścian powinien wynikać z naszych marzeń, przeżyć, drogi, doświadczenia. Najlepiej gdybyśmy tworzyli wszystko sami. Sadził drzewa na dachach domów z przekonaniem, że ziemia zabrana drzewom pod budowę domu powinna im być oddana na dachu…

(fot. archiwum wspólnoty Betlejem)(fot. archiwum wspólnoty Betlejem)

Nie każdy ma smak i poczucie estetyki, nie każdy się tego podejmie, nie każdy ma pomysły.

On występował przeciwko takiemu myśleniu. Uważał, że każdy może być twórcą. Kiedy go podejrzewano o kicz, nie protestował. Mówił, że to cena za przywrócenie kolorów ludziom i domom. Oprócz tego tworzył z materiałów recyklingowych, co nam bardzo odpowiada. Widzimy w nich parabolę losu ubogich – ubodzy są jak resztki. Potwierdził to sam papież Franciszek. Na zakończenie naszej pieszej pielgrzymki do Rzymu śladami św. Franciszka 1 października 2016 roku wręczyliśmy mu na placu św. Piotra Manifest Resztek, który został podpisany przez ponad tysiąc osób ubogich, bezdomnych, niepełnosprawnych. A w programowej encyklice Franciszka Evangelii Gaudium papież pisał: "Daliśmy początek kulturze »odrzucenia«, którą wprost się promuje. Nie chodzi już po prostu o zjawisko wyzysku i ucisku, ale o coś nowego: przez wykluczenie dotyka się samego korzenia przynależności do społeczeństwa, w którym człowiek żyje, jako że nie jest w nim na samym dole, na peryferiach, lub bez władzy, ale jest poza nim. Wykluczeni nie są »wyzyskiwani«, ale są odrzuceni, są »niepotrzebnymi resztkami«" (nr 53).

W naszym Manifeście napisaliśmy, że ludzie bezdomni i uzależnieni często są traktowani jak takie kłopotliwe resztki, ale jeśli się te resztki umiejętnie pozbiera, skomponuje, powstaje z nich nowa jakość, mozaika. Resztki same w sobie wydają się nie mieć żadnej wartości, ale złożone w nową całość dają nową jakość, bogactwo. Pierwszą wersję Manifestu Resztek odczytaliśmy w 2013 roku, kiedy w święto Trzech Króli odsłanialiśmy hundertwasserowską łazienkę. Dwa miesiące później kard. Bergolio został papieżem. Dla nas to było prorocze, że napisaliśmy ten manifest tuż przed ogłoszeniem adhortacji Evangelii Gaudium, w której Ojciec Święty użył tego sformułowania po raz pierwszy. Ale nie będziemy prosić o ujęcie nas w materiałach źródłowych, bo zakładam, że papież już wcześniej mógł to gdzieś powiedzieć.

Wracając do Hundertwassera: co do poglądów i filozofii życia trochę się różnimy, ale bardzo go cenimy za idee i konsekwencję. Wpasowały się one idealnie w filozofię życia Betlejem i jesteśmy mu za nie bardzo wdzięczni.

Fragment książki "Dzisiaj w Betlejem" (Wydawnictwo Esprit)

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Mirosław Tosza, Piotr Zworski
32,90 zł

Betlejem. Nie to, z którego Bóg wybrał niepozornego Dawida na króla, nie to, w którym przyszedł na świat Mesjasz. Inne. Położone w Jaworznie. W ponadstuletnim budynku po zrujnowanej szkole.

Ksiądz Mirosław Tosza, założyciel wspólnoty Betlejem,...

Skomentuj artykuł

Ks. Tosza: wierzę w siłę wspólnoty, w której ludzie uczą się od siebie nawzajem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.