Niech zapłonie Ogień Miłości!

Niech zapłonie Ogień Miłości!
Fot. Kimson Doan / unsplash.com

Dość złowrogo brzmią słowa wypowiedziane przez Jezusa w czytanym dziś fragmencie Łukaszowej Ewangelii: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął” (Łk 12,49). Jak je rozumieć? Czyżby Chrystus chciał, żeby świat z Jego powodu pogrążył się w wojnie? Ogień, o którym mówi Jezus, to Ogień Ducha Świętego. Nie jest to ogień zniszczenia i unicestwienia, ale oczyszczenia.

To ogień niosący śmierć temu, co złe, a dający życie ludziom ufającym Bogu. Ogień, jako żywioł, wzbudza u człowieka szacunek. Z ogniem nie można igrać. Gdy wymknie się spod kontroli, trudno go opanować. Jezus pragnie, by Ogień Ducha Świętego, czyli Ogień Miłości, wymknął się spod kontroli naszego „ale”, czyli granic stawianych przez nas Bogu z obawy, żeby nie zawładnął naszym życiem.

Przejście przez Ogień Miłości wiąże się ze śmiercią dla tego świata. Jezus pragnie tego Ognia, lecz wie, że zetknięcie z nim wiąże się z bólem. Stąd Jego słowa: „Chrzest mam przyjąć, i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie” (Łk 12,50). Chrystus mówi o chrzcie swojej Męki i Śmierci. Jego lęki i obawy są bardzo ludzkie. Wie jednak, że ta Jego Pascha jest konieczna, by mogło zatryumfować Życie.

Widać w Chrystusie determinację do tego, by wola Jego Ojca została wypełniona od początku do końca. W tym kontekście łatwiej zrozumieć nam słowa, które z wielką mocą padają z ust Mistrza z Nazaretu: „Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam” (Łk 12,51). Już sam dźwięk tych słów przeszywa nas na wskroś, sprawiając, że od razu zaczynamy odczuwać w sercu rozłam pomiędzy tym, co nazwalibyśmy przyziemnymi dążeniami, a tym, co jest w nas wzniosłym pragnieniem życia w bliskości Boga i dostąpienia zbawienia.

Można jednak wysnuć z tych słów trochę inny wniosek i pytać o to, czy może Jezusowi marzy się coś na wzór świętej wojny… To jednak byłaby z pewnością zbyt daleko idąca interpretacja. Tu należałoby zadać raczej pytanie o to, jakie miejsce w moim życiu zajmuje Jezus i Jego Ewangelia. Czy potrafię się o Niego z innymi ludźmi pokłócić? Nie namawiam do wzniecania awantur – broń, Boże! Nie chodzi o to, żeby się kłócić, ale o to, czy Jezus jest dla mnie na tyle ważną osobą, żeby nie odpuścić i nie machnąć ręką, gdy jest okazja do tego, by dać o Nim świadectwo. Niestety, niektórzy Boga traktują trochę jak… darmowe frytki do złożonego zamówienia – fajnie, że są, zjemy ze smakiem, ale kiedy ich nie ma, to też z głodu nie umrzemy.

Rozłam, o którym mówi Jezus, że przynosi go na ten świat, ma być dla nas wezwaniem do duchowej walki przeciwko złu i grzechowi. I ta walka powinna być z naszej strony bardzo radykalna. Nie mamy pertraktować z grzechem, nie mamy szukać kompromisów. To, co złe, ma zostać przez nas odcięte i odrzucone. Jasne, że to nie jest takie łatwe. Bóg nigdy jednak nie stawia wymagań, jeśli jednocześnie nie wspomaga człowieka swoją łaską: „Z nadzieją czekałem na Pana, a On pochylił się nade mną i wysłuchał mego wołania. Wydobył mnie z dołu zagłady, z błotnego grzęzawiska, stopy moje postawił na skale i umocnił moje kroki” (Ps 40,2-3).

Człowiek jednak dość  łatwo się zniechęca, kiedy widzi, ile trudu go czeka, a nagroda tli się jedynie dość blado gdzieś na odległym horyzoncie. Pomyśleć mamy jednak wtedy o Chrystusie, czyli Bogu solidarnym z człowiekiem: „Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala. On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i zasiadł po prawicy na tronie Boga” (Hbr 12,2). Niekiedy czujemy się przez Boga zawiedzeni. Ma to przyczyny różnorakie. Obrażamy się więc na Niego, nie chcąc Mu dać kolejnej szansy. To nasze rozczarowanie wynika jednak zazwyczaj z tego, że inaczej sobie wyobrażaliśmy nasze życie – z Bogiem miało być przecież wszystko takie piękne!

I w tym momencie znowu dane jest nam Słowo z Listu do Hebrajczyków: „Zważcie więc na Tego, który ze strony grzeszników tak wielką wycierpiał wrogość wobec siebie, abyście nie ustawali, załamani na duchu. Jeszcze nie opieraliście się aż do krwi, walcząc przeciw grzechowi” (Hbr 12,3-4). Mogłoby być gorzej, a my już się poddajemy. Dlaczego tak słabą mamy motywację? Dotyczy to walki z grzechem, ale nie tylko. Odnosi się to także do budowania czegokolwiek w naszym życiu – dobrych i głębokich relacji z Bogiem i ludźmi czy też osiągania celów w osobistym rozwoju.

Jedno niepowodzenie i się poddajemy, zmieniamy cele, uznajemy, że to wszystko nie ma sensu. Jedna większa kłótnia czy nieporozumienie – i odcinamy się, żeby się nie męczyć, zapominając, że przyjaźń czy miłość buduje się nie tylko na tym, co łączy, ale również pomimo tego, co dzieli. My natomiast łatwo rezygnujemy, nie licząc się czasami w ogóle z innymi ludźmi. Urywamy kontakt z dnia na dzień bez żadnego wyjaśnienia, nie potrafiąc prosto w oczy wyrazić swojego rozczarowania i powiedzieć o powodach, dla których nie radzimy sobie w tej relacji i chcemy ją zmienić. Przekreślamy całe dobro, jakie się pomiędzy nami wydarzyło. Zapominamy o nim, skupiając uwagę na tym, co w tym momencie nam nie pasuje.

A może sami ze strony innych, uważanych przez nas za bliskich, doświadczamy podobnych sytuacji, które rozbijają nas na kawałki? My natomiast zostajemy sami ze zranionym sercem i burzą uczuć, które trudno opanować… I tylko analizujemy, gdzie popełniliśmy błąd i jak możemy go naprawić, jeśli w ogóle dostaniemy taką szansę.

Dlaczego tak łatwo uciekamy od tego, co trudne? Bo często wiąże się to z tym, że będziemy musieli się skonfrontować z prawdą. A w tym, co prawdziwe, płonie Ogień Ducha Świętego. Dlatego chciano skończyć z prorokiem Jeremiaszem: „Niech umrze ten człowiek, bo naprawdę obezwładnia on ręce żołnierzy, którzy pozostali w tym mieście, i ręce całego ludu, gdy mówi do nich podobne słowa. Człowiek ten nie szuka przecież pomyślności dla tego ludu, lecz nieszczęścia” (Jr 38,4). Uciekamy przed prawdą, bo jest trudna i wymagająca. Zapominamy jednak, że szczęście możliwe jest tam, gdzie jest prawda. Ona wyzwala ze skrępowania fałszu i ułudy. Prawda daje wolność, a wolność jest nieodzowną towarzyszką szczęścia. To Ogień Miłości daje nam wolność. Czy chcemy, żeby już zapłonął?

 

Kapłan archidiecezji gdańskiej. Student teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Współtwórca kanałów "Inny wymiar" i "KatOlizator".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Maria Miduch

Biografia Ducha Świętego?

To niewykonalne. Jak opisać życie Kogoś, kto jest bez początku i bez końca? Jak to zmieścić w książce?

Nie taki jest mój cel. Chcę, by Ten, o którym piszę, stał się bliższy...

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Niech zapłonie Ogień Miłości!
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.