Odrzucony kamień, na którym mogę budować. Kościół to także ja i ty
O tym, co jest nie tak z Kościołem, potrafię rozmawiać długo. Przykłady, nazwiska, pomysły na zmiany. Zdaje mi się niekiedy, że dobrze wiem, kto powinien się nawrócić i co powinno być inaczej. Dzisiejsze słowo też pyta o Kościół. Ale nie pozwala mi zatrzymać się wyłącznie na cudzym życiu, lecz pyta o moje. Co zrobiłem z tym, co Bóg mi powierzył? Co stało się ze słowami Jezusa, którego tyle razy słuchałem? Czy cokolwiek się we mnie zmieniło?
Kościół to także ja. Kościół to także ty. Nie jest czymś, przed czym jak klienci przed firmą, której wystawiamy ocenę. Należymy do niego. Jesteśmy nim. Nasze decyzje, słowa, sposób traktowania ludzi nadają mu konkretną twarz. Ktoś może spotkać Boga dzięki naszej cierpliwości. Ktoś może przestać Go szukać, bo zobaczy w nas pogardę. Dlatego pytanie o Kościół prowadzi dzisiaj do rachunku mojego sumienia. Cudzy grzech nie usprawiedliwia mojego. A cudze nawrócenie nie zastąpi mojej odpowiedzi na miłość Boga.
Prorok Izajasz opowiada o winnicy, której właściciel poświęcił wiele uwagi. Przygotował ziemię, usunął kamienie, zasadził szlachetną winorośl. Zanim zaczął oczekiwać owoców, zatroszczył się o wszystko, co potrzebne do wzrostu. Tak działa Bóg. Pierwsza jest Jego miłość. Moje życie to nie egzamin, który mam zdać, żeby zasłużyć na Jego łaskę. Już jestem dla Niego ważny. Już zostałem obdarowany. Pytanie brzmi: co z tym darem robię? „Co jeszcze miałem uczynić winnicy mojej, a nie uczyniłem w niej?” (Iz 5,4). Trudno przejść obojętnie obok tego pytania. Izajasz mówi o Izraelu, ale w tej troskliwie pielęgnowanej winnicy mogę rozpoznać również siebie. Otrzymałem życie, zdolności, ludzi, którzy mnie kochają. W chrzcie zostałem włączony w życie Chrystusa i do Kościoła. Mam dostęp do słowa, Eucharystii i przebaczenia w sakramencie pokuty. Ileż to razy miłosierny Bóg pomagał mi zacząć od nowa! Czy te dary stają się we mnie dobrym owocem, którym ktoś może się nakarmić?
Przecież można regularnie chodzić do kościoła, ale innych karmić cierpkimi jagodami: modlić się, a potem upokarzać; przystępować do spowiedzi i jednocześnie unikać rozmowy z człowiekiem, którego się zraniło; wiedzieć dużo o miłości Boga, a nie dawać innym czasu ani uwagi. Nie chodzi o to, że powinienem natychmiast stać się doskonały. Chodzi o zgodę na wzrost. Czy pozwalam Bogu dotknąć tego, co we mnie niedojrzałe? Czy raczej pilnuję, żeby Go do tych spraw nie dopuścić? W ewangelicznej przypowieści ten opór ukazany jest bardzo wyraźnie. Rolnicy zachowują się tak, jakby powierzona im winnica była ich własnością. Nie chcą oddać owoców. Odrzucają sługi, w końcu zabijają syna właściciela. Jezus odsłania pokusę, którą dobrze znamy: urządzić życie po swojemu, a Boga dopuścić tylko tam, gdzie nam odpowiada. Korzystać z Jego darów, lecz nie uznawać Jego prawa do stawiania nam niewygodnych pytań. Czy Jezus mi zawadza? Dopóki mnie pociesza, chętnie Go słucham. Kiedy jednak dotyka mojego przywiązania do rzeczy materialnych, niechęci do kogoś albo potrzeby postawienia na swoim, zaczynam tłumaczyć, że życie jest bardziej skomplikowane. Oczywiście, że jest. Tylko czy naprawdę szukam sposobu, by żyć Ewangelią w tych komplikacjach, czy szukam wymówki, żeby uspokoić sumienie i się nią nie przejmować? Przyjmę czy odrzucę Jezusa?
Czy pozwalam Bogu dotknąć tego, co we mnie niedojrzałe?
„Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: «Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach». Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce” (Mt 21,42-43). Jezus zapowiada swoje odrzucenie i zwycięstwo. Jego zmartwychwstanie pokazuje, że zło nie ma ostatniego słowa. Odrzucony Syn nie przestaje być fundamentem. Może właśnie to zdanie, to słowo Jezusa, które od dawna omijam, którego udaję, że nie słyszę, powinno stać się dla mnie punktem wyjścia do nawrócenia? O czym ono mówi? Wzywa mnie do przebaczenia, do uczciwości, do miłości wobec człowieka, którego nie lubię? Trzeba wreszcie przestać wyjaśniać, dlaczego mnie to słowo nie dotyczy, i zapytać, jak mogę nim zacząć żyć.
Pomaga nam w tym św. Franciszek, którego w liturgii wspominamy właśnie 4 października. W tym roku mija 800 lat od jego śmierci. Według przekazu usłyszał przed krzyżem w San Damiano wezwanie do odbudowy Kościoła. Początkowo zajął się naprawą kościółka. Z czasem jego życie stało się odpowiedzią na znacznie głębszą potrzebę odnowy. Kościół potrzebował ludzi, którzy naprawdę uwierzą Jezusowi i pozwolą Jego słowu kształtować swoje decyzje. Franciszek przyjął to wezwanie osobiście. W swoim testamencie wspominał, jak z początku bardzo odpychał go widok trędowatych, a potem napisał: „I Pan sam wprowadził mnie między nich i okazywałem im miłosierdzie”. Poszedł do ludzi, od których wcześniej uciekał. Właśnie w tym doświadczeniu rozpoznał początek swojej pokuty. To, co wcześniej było gorzkie, stało się dla niego słodyczą. Ewangelia może zmienić mój stosunek do drugiego człowieka. Może początek mojej odnowy jest bliżej, niż myślę? W rozmowie, której unikam, lub przy człowieku, którego wygodniej mi nie zauważać.
Dryfowanie na powierzchni wiary nie ma sensu
Paweł Apostoł pomaga nam dzisiaj przyjrzeć się temu, czym karmimy swoje myśli: „(…) wszystko, co jest prawdziwe, co godne, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co zasługuje na uznanie: jeśli jest jakąś cnotą i czynem chwalebnym – to bierzcie pod rozwagę” (Flp 4,8). Co zajmuje moje myśli przez cały dzień? Czy szukam dobra, czy przede wszystkim powodów do oburzenia? A potem Apostoł Narodów dodaje: „Czyńcie to, czego się nauczyliście, co przejęliście, co usłyszeliście i co zobaczyliście u mnie, a Bóg pokoju będzie z wami” (Flp 4,9). Czyńcie, bo wiara musi wejść w życie. O taki rachunek sumienia trzeba mocno zawalczyć, bo zawsze będzie coś pilniejszego do zrobienia. Trzeba odpowiedzieć na wiadomość, skończyć pracę, odpocząć, a w głąb siebie zajrzę później. Tylko jak długo można żyć na powierzchni wiary?
Uczciwa odpowiedź na temat mojej relacji z Panem może mnie zobowiązać: będę musiał przeprosić, coś oddać, z czegoś zrezygnować. Paweł jednak zachęca: „O nic się już nie martwcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem” (Flp 4,6). Mogę stanąć przed Nim z prawdą o sobie, bo On chce mnie ocalić. Jego pokój pozwala zmierzyć się z tym, przed czym uciekam. Oby więc Pan nie dawał nam spokoju, kiedy przyzwyczajamy się do życia bez miłości. Oby wracał z pytaniem, którego nie chcemy usłyszeć. Aż przestaniemy się bronić i pozwolimy Mu nas przemienić: „Odnów nas, Panie, Boże Zastępów, i rozjaśnij nad nami swoje oblicze, a będziemy zbawieni” (Ps 80,20).
Mateusz Tarczyński


Skomentuj artykuł