W świecie pełnym chaosu Kościół daje mi trzy rzeczy, których wszystkim dziś bardzo brakuje
W rzeczywistości pełnej niepewności, kryzysów i ciągłego przebodźcowania coraz więcej osób szuka sposobu, by odzyskać równowagę i życiowy spokój. Nie mamy się dobrze; mówi o tym rosnące zainteresowanie wszystkim, co może przynieść regenerację i wzmocnić odporność psychiczną. I właśnie tutaj katolicki Kościół, traktowany jak przeżytek daje mi coś niezwykle współczesnego: poczucie stabilności, narzędzia na czas kryzysu i wewnętrzny spokój. Skąd to się bierze?
Zakotwiczenie. To jedna z tych oczywistych rzeczy, które łatwo przegapić: Kościół daje mi pewną stabilizację, poczucie stałości, coraz cenniejsze w bardzo zmiennym świecie. Galopujący rozwój sztucznej inteligencji, pędzący za nim w przepaść rozwój mediów społecznościowych, gwałtowne zmiany w globalnej polityce - konflikty, wojny, przepisy utrudniające życie (wszyscy kochamy np. system kaucyjny), zmiany "na ostatnią chwilę" w systemie edukacji, a to tylko początek listy. W ostatnich kilku latach ilość i tempo podawania informacji znacząco już przekracza możliwości ludzkich mózgów; psychologowie mówią o tym non stop, a fala zwolnień spowodowanych kryzysem psychicznym narasta. Podobnie jak poczucie, że dryfujemy w oceanie chaosu, w którym nic już nie jest pewne.
I tu wchodzi Kościół ze swoją cudowną rutyną. Z kluczowymi zasadami, które się nie zmieniają. Z poczuciem, że jest system, który nie jest idealny, ale wystarczająco dobry, by dać poczucie stabilności. Z liturgią, która zawsze wygląda (a przynajmniej powinna wyglądać) tak samo i dzięki temu uziemia psychicznie i stabilizuje układ nerwowy. Można oczywiście powiedzieć, że nie to jest jej celem – ale coraz częściej zastanawiam się, czy msza nie została przez Stwórcę zaprojektowana tak, by (poza wszystkim innym) wyciszyć, zregenerować, ukoić i pocieszyć zmęczonego człowieka. Zaprosić go do skupienia się na tym, co tu i teraz. Do odkrycia, że komuś na nim zależy. Że w całym tym chaosie i kulturze niepokoju nie jest sam. Że wśród upadających autorytetów nadal istnieje Ktoś mądry, Kto może podpowiedzieć najlepsze wyjście z trudnej sytuacji.
Narzędzia na czas kryzysu. Skuteczne, sprawdzone przez wielu ludzi w ciężkim życiowym kryzysie. I tu mój Kościół przychodzi po pierwsze ze wszystkimi dobrymi nawykami, mało przystępnie zwanymi praktykowaniem cnót. One w dużej mierze sprowadzają się do wskazówek, jak na co dzień dbać o siebie i swoje relacje, by w krytycznym momencie nie dać się pokonać wątpliwościom, nie zwariować i nie stracić gruntu pod nogami. Przychodzi też z uporządkowaniem rzeczy według jasnych reguł. Z listą sprawdzonych rad: gdy będziesz robić to i tamto, w konsekwencji będzie ci źle, za to wysiłek włożony tutaj i tam przyniesie efekt. Jaki? Najbardziej chyba efekt w postaci życiowego spokoju, ogarnięcia, gdy przyjdą problemy, umiejętności podejmowania dobrych decyzji, odporności psychicznej, która się bierze z przekonania, że nigdy z niczym nie zostajesz całkiem sam. A po drugie Kościół przychodzi tu z pocieszeniem: z historiami ludzi, którzy byli w czarnym miejscu życia i zostali uratowani. Z podnoszącymi na duchu obietnicami Boga, które są jak skrojone pod ciebie i twój kryzys. Ze Słowami z Pisma Świętego, które trafiają prosto w serce i pozwalają przetrwać kolejny dzień.
Poczucie spokoju. Mam jedną z ulubionych gier komputerowych, w której gdy prowadzący ciągłe walki i potyczki z wrogami bohater schroni się w świątyni, ogarnia go poczucie spokoju i nikt nie może go zaatakować. Trochę podobnie jest w życiu, gdy się jest człowiekiem wierzącym i ma się relację z Bogiem, a nie tylko zasady do przestrzegania i zadania do spełnienia. Bo relacja z Nim zakłada coś bardzo mocnego: że jeśli On jest ważny dla mnie, to ja jestem ważna dla Niego. Jeśli ja angażuję się w relację z Nim z całą energią i przekonaniem tylko dlatego, że jest dla mnie ważny – mocno wtedy doświadczam, że On robi dla mnie to samo, tylko na swoją, wszechmocną skalę. Wykorzystując przestrzeń, jaką jest Kościół, poprzez sakramenty Bóg daje mi głębokie poczucie spokoju mimo wszystko. Gdy się z Nim dłużej pobędzie w relacji, wyrasta w człowieku przekonanie, że choćby się waliło i paliło, śmierć wyciągała ramiona, a każdy świt zwiastował kolejne grube problemy – wszystko jednak będzie dobrze, a niepokój nie będzie z przytupem rządzić życiem. Obiektywnie takie podejście wygląda czasem na czyste wariactwo - bo jak można się nie martwić, gdy wszystko idzie źle? Tymczasem to właśnie dzieje się z ludźmi dbającymi o życie w łasce uświecającej, przyjmującymi Komunię, spędzającymi czas z Jezusem na adoracji, regularnie rozmawiającymi z Bogiem na modlitwie i czytającymi w dużych ilościach Pismo Święte. Mają w sobie spokój nie do ogarnięcia. Taki, który bardzo trudno osiągnąć innymi technikami, nawykami czy substancjami.
I to mi właśnie daje Kościół; ten chłopiec do bicia ostatnich czasów, przestrzeń wiary ciągle zawstydzana i traktowana jak skrzyżowanie skansenu i obciachu. Jasne, dużo rzeczy po ludzku idzie w nim nie tak. Ale te „zaprojektowane” przez Boga zasady i wskazówki dla wiernych mu ludzi dają po prostu siłę, by nie tylko przetrwać, ale mimo wszystkich nieprzychylnych okoliczności naprawdę cieszyć się życiem. A to zaczyna być bardzo rzadka umiejętność.
.webp)
.webp)
Skomentuj artykuł