Kryzys wiary nie musi oznaczać jej końca

Kryzys wiary nie musi oznaczać jej końca
(fot. depositphotos.com)

Zrozumiałam coś, co być może dla wielu osób jest oczywiste, ale dla mnie długo takie nie było - że mam prawo do pytań, do wątpliwości, do krytykowania wypowiedzi biskupów, które są dziwne. I że wcale nie oznacza to dla mnie ekskomuniki.

Kiedy zobaczyłam, że najnowszym tematem dla blogosfery Deonu jest opisanie swojej przemiany (oczywiście w ujęciu duchowym), pomyślałam sobie, że właściwie to odpadam w przedbiegach.

Moje życie religijne nie obfituje w mistyczne uniesienia - czegoś "nie z tej ziemi" doświadczyłam właściwie tylko raz. Nigdy nie byłam też typem fanki pielgrzymek na Jasną Górę czy stadionowych spotkań ze znanymi charyzmatykami, więc siłą rzeczy, nie mogłam wrócić z nich odmieniona. Kiedy jednak myślę o tym, jak wyglądało moje życie duchowe paręnaście lat temu i jak wygląda teraz, to dostrzegam istotną różnicę.

Doszłam do wniosku, że tym, co pomogło mi ogarnąć kościelną rzeczywistość i zbudować relację z Bogiem, był mój kryzys wiary, charakteryzujący się swego czasu dość ostrym przebiegiem. Ponieważ sama opuściłam już duchowy OIOM, a mój stan jest raczej stabilny, postanowiłam podzielić się tym, jak żyło mi się w obliczu zagrożenia duchowego życia i jak wyglądała religijna rekonwalescencja.

"A mój ksiądz ma dziecko!!!"

Choć nie wywodzę się z ortodoksyjnej rodziny, to jednak sprawy religijne dla mnie i osób w moim otoczeniu zawsze były istotne. W szkole podstawowej pilnie uczęszczałam na katechezę i wygrywałam religijne konkursy (serio!). Wszystko zmieniło się, gdy weszłam w okres burzy i naporu, któremu towarzyszy zwykle (tak było i u mnie) kryzys autorytetów. Na sprawy związane z wątpliwościami i niepewnością typowymi dla wieku dorastania, nałożyło się coś jeszcze - kiepsko prowadzone lekcje religii, uczestnictwo w szkolnych, niezbyt przemyślanych rekolekcjach i kilka księżowsko-obyczajowych skandali w moim rodzinnym mieście.

Konsekwencją tych niefortunnych zdarzeń było to, że moje podejście do Kościoła zaczęło się zmieniać. Zauważyłam to, czego mój dziecinny umysł nie był w stanie zarejestrować - uwikłanie Kościoła w politykę, fiksację wielu duchownych na sprawach seksu, traktowanie niektórych grup wiernych jako katolików drugiej kategorii, którym mówi się, jacy powinni być, przy jednoczesnym odmawianiu prawa głosu.

Kazania w mojej parafii powodowały u mnie wściekłość, z Lednicy, której hasłem było "Kobieta - dar i tajemnica", wróciłam z poczuciem niesprawiedliwości w zakresie traktowania przez Kościół osób różnych płci, a na antyklerykalnych forach znajdowałam wpisy w stylu "Mój proboszcz ma dziecko i nie płaci alimentów!!!". Napotkane autorytety religijne (między innymi katecheci) nie potrafili udzielić odpowiedzi na moje pytania, niekiedy racząc mnie truizmami w stylu "pewne sprawy są trudne".

I wtedy pojawiły się w mojej głowie myśli: a jeśli rację mają luteranie lub agnostycy? A może to wszystko to tylko wymysł mający sprawić, by ludzie oddali stery swojego życia w ręce kogoś, kto z chęci posiadania władzy mami ich życiem wiecznym, którego istnienia nie sposób wykazać ani jednoznacznie odrzucić?

Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest…

W moich duchowych rozterkach nie byłam osamotniona - całkiem sporo osób z mojego otoczenia było targanych różnego rodzaju wątpliwościami. Pamiętam wiele wieczornych (a nawet nocnych) dyskusji na tematy religijne i pokrewne, które kończyły się z jednej strony poczuciem, że dotykamy czegoś ważnego, a z drugiej - niedosytem, ponieważ pewne kwestie nadal pozostawały bez odpowiedzi.

Jednocześnie gdy patrzę na to z perspektywy czasu, to myślę, że tak naprawdę wszyscy, którzy zmagaliśmy się wtedy z poważnymi wątpliwościami co do istnienia Boga, bardzo chcieliśmy Go odnaleźć. Te wszystkie intelektualne rozkminy przybrały u mnie dramatyczny obrót w sytuacji, gdy mierzyłam się z chorobą i śmiercią bardzo ważnej dla mnie osoby. Zaczęłam wówczas przedzierać się przez katolicką (i nie tylko) eschatologię i żywić szczere pragnienie, aby "pogłoska" o istnieniu Boga - nawet surowego i gniewnego - była prawdziwa.

Nic nie wydawało mi się wówczas tak przerażające, jak myśl o tym, że śmierć miałaby być końcem wszystkiego, bramą, za którą rozpościera się nicość. Odczuwałam więc coś w rodzaju głodu istnienia Boga. Nie spowodowało to jednak rzucenia się w wir praktyk religijnych, a raczej przyczyniło się do intensyfikacji poszukiwań. Moją modlitwą (jeśli można to tak nazwać, bo przecież nie byłam przekonana, czy Adresat w ogóle istnieje) stały się słowa jakże bliskiego mi wówczas Kochanowskiego: "Gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, lituj mej żałości"…

"Szuka ten, kto wierzy"

Mój kryzys wiary nie zakończył się w sposób spektakularny - nie spadłam z konia (lub jakiejkolwiek innej wysokości) rażona blaskiem Stwórcy. Było to po prostu ukończenie pewnego procesu, który finalnie okazał się ważny i potrzebny. Przez cały ten czas próbując zrozumieć, dlaczego sprawy mają się tak, a nie inaczej, zaprzęgałam do roboty swój intelekt. Czas poszukiwań był dla mnie czasem intensywnej lektury - i to zarówno forów, na których królowali antyklerykałowie, jak i Ojców Kościoła.

Coś w rodzaju przełomu miało miejsce, gdy babcia mojego obecnego męża dała mi do rąk "Tygodnik Powszechny" (można powiedzieć, że doświadczyłam własnego "Weź, czytaj!"). Był to dla mnie początek nowego etapu - powoli zaczęło docierać do mnie, że w Kościele są ludzie, którym niezbyt po drodze z polską prawicą (która też ma w swoich szeregach wspaniałe osoby!) i dla których wiara to znacznie więcej niż tarcza do obrony światopoglądu. Pomyślałam więc - na początku dość nieśmiało - że skoro w Kościele są ludzie tacy, jak ks. Boniecki, ks. Tischner, Szymon Hołownia czy s. Chmielewska, to może znajdzie się miejsce także i dla mnie.

Zrozumiałam coś, co być może dla wielu osób jest oczywiste, ale dla mnie długo takie nie było - że mam prawo do pytań, do wątpliwości, do krytykowania wypowiedzi biskupów, które są dziwne. I że wcale nie oznacza to dla mnie ekskomuniki. Sądzę też, że dzięki mojemu kryzysowi zbudowałam autentyczną i opartą na zaufaniu relację z Szefem - choć może właściwsze byłoby powiedzenie, że w zbudowałam relację w ogóle, bo w czasach pacholęctwa Bóg był dla mnie bardziej straszliwą figurą, aniżeli żywą Osobą. Nie oznacza to, że sama przyznałabym sobie medal dla Katoliczki Roku - w moim duchowym życiu zdarzają się wzloty i upadki, a w mojej relacji z Najwyższym pojawiają się zgrzyty. Mam jednak poczucie, że wiem, w co wierzę - i tym razem jest to mój świadomy wybór.

Rzecz jasna, bardzo szanuję i podziwiam osoby, których wiara zawsze płonęła "jasnym płomieniem" - ja jednak musiałam stanąć oko w oko z wątpliwościami, aby odkryć katolicyzm dla siebie. Na podstawie własnych doświadczeń mogę więc powiedzieć każdemu, kto zmaga się z kryzysem wiary, by nie starał się go za wszelką cenę "gasić" ani ignorować. Pytania, które kłębią się w naszej głowie, warto wyartykułować, podobnie jak rozczarowanie kościelną rzeczywistością i wszystkie trudne doświadczenia związane z relacją z Szefem.

Kryzys wiary nie musi oznaczać końca - może stać się początkiem czegoś bardziej dojrzałego, trwałego, po prostu naszego. Wciskanie się w pierwszokomunijny garniturek lub sukienkę nie załatwią problemu - nasza pobożność musi podlegać zmianom. Dla ukojenia tych, którzy zastanawiają się, czy takie poszukiwania nie oddalą ich ostatecznie od Boga, chciałabym podzielić się cytatem z ks. Tischnera, który przeczytałam już po nawróceniu i który naprawdę mocno utkwił mi pamięci: "To nie poszukiwanie wiary jest źródłem wiary, ale wiara jest źródłem poszukiwania. Nikt nie szuka, nie wierząc, że znajdzie. Szuka ten, kto wierzy". A zatem, jak mówi młodzież, keep calm. Znajdziesz.

Brać, co dają?

Jasne, Kościół to nie catering dietetyczny - nie mogę wybrać sobie stałego menu według własnych upodobań. Decydując się na bycie we wspólnocie, przyjmuję do wiadomości, że w pobliżu mnie (a już na pewno w zasięgu moich odbiorników radiowych) znajdą się pazerni księża, niekompetentne katechetki i katolickie poradnie małżeńskie, których personel chętnie wytłumaczy młodym dziewczynom, czy kobieta może nie chcieć wyjść za mąż i dlaczego jednak musi chcieć. Mogę - i powinnam - wybierać media czy spowiedników, którzy sprawiają, że wzrastam duchowo, zamiast zapadać się w bagno frustracji.

Przy odrobinie wysiłku naprawdę możliwe jest namierzenie kościołów czy duszpasterstw, gdzie na pierwszym miejscu stawiana jest Ewangelia, a nie polityczne upodobania proboszcza.  Jednocześnie wiem, że będąc w świętym Kościele, na pewno spotkam ludzi, którym (na ten moment) daleko do postawy świętych mężów. Choć czasami czuję wściekłość i ogromny żal wobec ludzi Kościoła (na przykład gdy dowiaduję się o cenzurze wobec s. Olech na EKAI), to jednak nie mam ochoty się stąd zwijać.

W takich sytuacjach bardzo mocno przyklejam się do porównania użytego przez Szymona Hołownię, jakoby poczta nie traciła racji bytu dlatego, że ten czy inny listonosz pije - tak samo Kościół (choć jego personel robi niekiedy rzeczy znacznie od picia gorsze) ma sens i jest mnie (a w teologicznie nam wszystkim) bardzo potrzebny. Nikt nie obiecywał przecież, że moja wspólnota będzie wolna od patologii.

Wierzę natomiast obietnicy samego Szefa, że jeśli będę podążać zgodnie z drogowskazami wytyczonymi przez tę nieidealnie funkcjonującą wspólnotę, to dojadę w miejsce, gdzie złem nie będę musiała się przejmować - bo ono zwyczajnie nie może tam istnieć.

Tekst pochodzi z bloga katolwica.blog.deon.pl.

Psycholog i copywriter. Wierząca i praktykująca. Prowadzi bloga katolwica.blog.deon.pl

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Szymon Żyśko
20,94 zł
29,90 zł

Zostaliśmy stworzeni na podobieństwo Boga, dlatego najbliżej Niego jesteśmy, będąc sobą.

Byli ludźmi takimi jak ty. Żyli intensywnie i kochali to, co robili. Ich historie to dowód na to, że niebo można odnaleźć tu i...

Skomentuj artykuł

Kryzys wiary nie musi oznaczać jej końca
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.