Nie chodzi o nagły przełom, ale o to, by do życia wniknęło światło

Nie chodzi o nagły przełom, ale o to, by do życia wniknęło światło
Fot. Depositphotos.com

Zmartwychwstanie nie zmieniło świata w jednej chwili w taki sposób, żebyśmy nie mieli już żadnych pytań i żadnych trudności. Nie chodzi o nagły przełom, który wszystko ustawia na swoim miejscu, tylko o drogę światła, które potrzebuje czasu. Światła, które nie omija naszych słabości, tylko wchodzi w nie bardzo cierpliwie. I czasem tak dyskretnie, że łatwo je przeoczyć.

Zmartwychwstanie nic nie zmienia? A przynajmniej nic w tym, co na ogół rzeczywiście chcielibyśmy zmienić w swoim życiu. Po świętach nadal trzeba wstawać do tej samej trudnej pracy. Dno w koszu na pranie też nie chce się na trwałe objawić. Dzieci wciąż się kłócą o rzeczy, które w Wielkim Poście tak przykładnie sobie wybaczyły. Irytujący sąsiad nie zaczyna być sympatyczniejszy tylko dlatego, że Chrystus pokonał śmierć, a zmęczenie - to samo, które towarzyszyło nam przez ostatnie czterdzieści parę dni - nie znika w niedzielny poranek razem z gromkim „Alleluja”.

I może właśnie to jest jedno z największych wyzwań w roku liturgicznym - bo przez czterdzieści dni próbowaliśmy bardziej kochać, mniej krzyczeć, więcej się modlić, potem przyszło Triduum, które - choć krótkie - potrafi poruszyć w człowieku bardzo głębokie struny, a teraz wracamy do zwyczajności i okazuje się, że ona wcale nie została cudownie przemieniona. Zatem: zmartwychwstanie nic nie zmienia… dopóki nie zmieni ciebie. Taką myśl niosę w każdym razie w sercu, z coraz większym skupieniem, starając się nie przegapić paschalnych rekolekcji. To wzmożone pragnienie przejścia świadomie "via lucis" bierze się zapewne z tego, że w tym roku ze szczególnym wzruszeniem obserwowałam liturgię światła podczas Wielkiej Nocy.

Odkąd mam dzieci i nie bywam na najpóźniejszych liturgiach paschalnych, należę do grona parafian, którzy - jak to się nieco z sarkazmem punktuje w kręgach osób konsekrowanych - "muszą sobie wyobrazić, że jest ciemno". Po raz pierwszy jednak wcale nie skupiałam się na tym "wyobrażaniu", że ten delikatny płomyk rozświetla ciemność, tylko na samym procesie rozchodzenia się światła. Przyglądałam się dzieciom - jak każde z nich inaczej próbowało odpalić świece: jedno (to "wyrywne") zapuściło się szybko między ławki, by jako pierwsze przynieść ogień. To usposobione melancholicznie z namaszczeniem oskubywało knot i cierpliwie czekało, aż ktoś podejdzie do kącika, w którym staliśmy. Inne z irytacją, bo głośnik trzaskał i nie rozumiało wypowiadanych przez kapłana słów, stało obok naburmuszone. Jakiś maluch spał, jakaś starsza pani przepychała się przez dwie ławki, a inna z kolei z serdecznym uśmiechem rozdawała płomień komu popadnie, nie ruszając się z miejsca. Jaki to jest piękny, niezwykle adekwatny obraz dynamiki objawienia! W tym momencie uświadomiłam sobie naprawdę dogłębnie, jak niezwykłe jest to, iż wieść o zmartwychwstaniu rozchodziła się stopniowo po świecie i do dziś ma moc docierać w najciemniejsze zakamarki ludzkich serc. Poczułam też ogromny pokój w sercu, zupełnie "nie z tej ziemi". Otoczona wspólnotą Kościoła myślałam o wszystkich trudnościach i rozczarowaniach, jakie przyniósł Wielki Post. O tym, ile nam, jako rodzinie, mnie jako mamie w szczególności, nie wyszło w tym czasie pokuty. A jednak ten promyk dotarł i do mnie! I przyniósł otuchę.

DEON.PL POLECA


Może więc właśnie o to chodzi, bardziej niż chcielibyśmy przyznać. Nie o nagły przełom, który wszystko ustawia na swoim miejscu, tylko o drogę światła, które potrzebuje czasu. Światła, które nie omija naszych słabości, tylko wchodzi w nie bardzo cierpliwie i czasem tak dyskretnie, że łatwo je przeoczyć. Zmartwychwstanie nie jest wydarzeniem, które zmieniło świat w jednej chwili w taki sposób, żebyśmy nie mieli już żadnych pytań i żadnych trudności. Ono sączy się w ludzkość od wieków, ale każdorazowo zaczyna od serca człowieka. Wnika w tkankę społeczeństw bez pośpiechu, z szacunkiem dla wolności każdej i każdego z nas, z uwzględnieniem ludzkiej historii, z całą kruchością, którą w sobie wszyscy niesiemy.

Dlatego tak łatwo przeoczyć ten moment, w którym coś naprawdę zaczyna się zmieniać. To raczej chwila, w której nie odpowiadam dziecku złością, choć jeszcze wczoraj bym to zrobiła. To jest moment, w którym zamiast zamknąć się w sobie po kolejnym rozczarowaniu, jednak zostawiam uchylone drzwi. To jest bardzo ciche „dobrze, spróbuję jeszcze raz”, wypowiedziane bardziej w głąb siebie, niż na głos. Tak. Może właśnie wtedy Zmartwychwstanie zaczyna być do krwi i kości realne. Nie wtedy, gdy wszystko się układa, tylko wtedy, gdy coś we mnie zaczyna żyć inaczej.

Bo można bardzo dobrze znać historię pustego grobu, można ją co roku przeżywać, słuchać tych samych czytań, śpiewać te same pieśni, ba!, nawet szczerze się wzruszać. A jednak zatrzymać się na poziomie wiedzy, która nie przenika życia. Dlatego właściwie kluczowe pytanie, gdy wchodzimy w okres wielkanocny, może brzmieć: czy naprawdę wierzysz, że Jezus żyje, czy tylko wiesz, że żył?

DEON.PL POLECA


Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Wojciech Czuba

Kim naprawdę jesteś i jak możesz to odkryć?
Skąd bierze się w tobie poczucie pustki i nienasycenia?
Jak możesz zmienić swoją codzienność, by czuć się szczęśliwym?
Co stracisz, a co zyskasz, idąc...

Skomentuj artykuł

Nie chodzi o nagły przełom, ale o to, by do życia wniknęło światło
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.