Przeorać, nie zaorać. O co chodzi w synodzie? Dlaczego budzi tyle emocji?

Przeorać, nie zaorać. O co chodzi w synodzie? Dlaczego budzi tyle emocji?
Fot. Deposithotos.com

Czym tak właściwie jest synod? Choć z synodalnością oswajamy się od ładnych kilku lat, wciąż nie dla wszystkich jest jasne, co to właściwie jest. Ni pies, ni wydra. Zmiany, po których nie wiadomo, czego się spodziewać. Jakieś majstrowanie przy Kościele – takie podejrzliwe spojrzenia często można zaobserwować. A jak do tego kardynał dorzuca słowa, że trzeba przeorać, to już w ogóle strach się bać. 

Głównym założeniem synodu jest rozmowa. Rozmowa, ale inna niż zazwyczaj; być może dla wielu osób zupełnie inna, niż do tej pory doświadczały jej w Kościele, zwłaszcza gdy drugą stroną rozmowy były osoby duchowne. Bo to ma być szczera i otwarta wymiana zdań między ludźmi Kościoła: wszystkimi ludźmi Kościoła, którzy chcą rozmawiać. Bez dzielenia ich na mniej lub bardziej wybranych i mniej lub bardziej mających prawo głosu. Rozmowa o tym, jak jest, jak było, a jak mogłoby być: czego brakuje, a czego jest za dużo. Jakie ścieżki widzimy przed sobą jako wierni. Gdzie prowadzi nas serce, w którym cicho szepcze Duch Święty i w które dyskretnie wlewa pragnienia zgodne ze swoim pomysłem na Kościół.

Więc synodalność to jest dla mnie najpierw słuchanie się wzajemnie. W skupieniu. W szacunku. Bez manipulacji. Z dawaniem przestrzeni drugiemu, bez mówienia, że się myli, bez argumentowania za swoją racją (albo swoją świętą racją). Słuchanie, uważne słuchanie – takie, jakie na naszej modlitwie praktykuje… Bóg. A gdy już się nawzajem wysłuchamy – odnoszenie się do swoich wypowiedzi: co słyszę, co biorę, co mnie dotknęło, zatrzymało, zwróciło moją uwagę.

Z tych rozmów wynika rzecz piękna i dla Kościoła kluczowa: nawrócenie relacyjne. Czyli: budowanie więzi, przemienianie się w Kościół-wspólnotę w sensie faktycznym, a nie tylko w dokumentach i wzniosłej teologicznej rozkminie. Chodzi o bycie nawzajem swoją ekipą, a nie o ładne słowa nie mające pokrycia w rzeczywistości. Chodzi o to, żeby pan Grzegorz z parafii N. wiedział, że tam w jego parafialnym kościele to jego ludzie są, jego ekipa, że z nimi da się gadać i robić rzeczy, że można w rozmowie zejść głębiej niż pogoda, polityka, podatki. Że jest ważny i może mówić, co myśli, a inni są ważni dla niego i może słuchać, co mówią, bez kłótni, fochów i hodowania urazy.

Dla wielu osób w Kościele to jest niewyobrażalne. Bardzo mi w tym kontekście zostały  w głowie słowa kard. Rysia o podejściu do nowego w niektórych miejscach: że odpowiedzi na nie są dwie. Pierwsza brzmi: „ale tak nigdy nie było”, a druga „ale zawsze tak było”. I do tego jest druga rzecz: jakieś takie lękowe przekonanie tej części Kościoła, która żyje wyidealizowanym obrazem powołania kapłańskiego, że synod coś księżom odbierze.

Niektórzy boją się, że synodalność odbierze księżom decyzyjność; jakby nie było ważnej synodalnej zasady, która mówi, że jest czas decision making – czyli wspólnego wypracowywania wizji działania naszego Kościoła na najbliższy czas, i że jest potem czas na decision taking, czyli decydowania przez osoby do tego wyznaczone (np. ordynariuszy czy proboszczów) o tym, jak ta wspólna wizja będzie realizowana w konkretnych działaniach, w konkretnych wspólnotach.

Ci, którzy tego rozróżnienia na decision making i decision taking nie rozumieją, boją się, że synodalność ma na celu przegłosowanie głosami wszystkich wiernych takich zasad wiary, które akurat im się spodobają i że to prosta droga do święceń kobiet, zniesienia celibatu, uznania antykoncepcji, przejęcia władzy w Kościele przez świeckich i co tam jeszcze się w gorących kłótniach pojawia.

Widzę też dwa inne lęki. Pierwszy to lęk osób świeckich, że to, co powiedzą przy jakimś duchownym w szczerości i w odruchu serca, zostanie później użyte przeciwko nim i wykorzystane, by utrudnić im życie (na przykład wyznaczyć termin na mszę pogrzebową o 7 rano we wtorek). Drugi to lęk duchownych, że gdy świeccy będą mieli coś więcej do powiedzenia, nagle wyjdzie na jaw jakaś księżowska niekompetencja lub duchowni okażą się zastępowalni tam, gdzie czuli się dotąd niezastąpieni (pozasakramentalnie, czyli na przykład na kościelnych budowach, w prowadzeniu finansów parafii lub w zarządzaniu gruntami). Oba mają swoje oczywiste źródła, ale nie jest naiwnością uważać, że naprawdę, realnie może się to zmienić i mówię to mimo wszystkich moich trudnych doświadczeń w Kościele, zwłaszcza tych z duchownymi, a było ich sporo. Wiem też jednak, że w rzeczywistości Kościoła nie trzeba wszystkiego ogarniać po ludzku i że nawet minimalny wysiłek w kierunku otwarcia siebie, otwarcia serca, słuchania drugiej osoby jest z delikatnością wzmocniony przez Tego, Który może wszystko. A Jemu na nas zależy; na nas, na tym, żebyśmy byli ze sobą, a nie przeciw sobie, po dwóch stronach.   

Po obejrzeniu trzeciej części "Avatara" mam na efekt synodalności w parafiach jeszcze lepsze określenie: plemię. Synodalność sprawia, że wiem mocno jedną rzecz: tu, w mojej parafii, w mojej wspólnocie formacyjnej jest moje plemię. Nie wszyscy będziemy się bardzo lubić, nie wszyscy będziemy się zgadzać, ale jeśli coś się dzieje, stoimy za sobą. Wspieramy się. Jesteśmy. Również dlatego, że wiemy, co myśli, do czego dąży i o czym marzy ten drugi.  Przestajemy być zbiorem przelotnie znajomych twarzy bez nazwisk: zaczynamy być ze sobą po imieniu, jak w tej reklamie znanej czekolady odpalonej na autobusowych przystankach. Już nie ruda z szóstego, tylko Kaśka. Już nie tamta babcia z kulą, tylko Marysia, co zna psalmy na pamięć…

W zaproszeniu na krakowski synod kard. Ryś mówi: „potrzebujemy przeorać ziemię krakowskiego Kościoła, aby stała się na nowo pulchna, żeby w nią od nowa siać i żeby Boże Słowo rosło w nas, w naszych wspólnotach, w naszym Kościele”. I to słowo „przeorać”, nie wybrane przypadkiem, bo kardynał jest mistrzem dobierania słów naświetlających sens, mocno mnie zatrzymuje. Właśnie taką potrzebę od dawna widzę w mojej diecezji: ziemia tu miejscami zaschła, zaskorupiała, wyrosły jakieś chwasty, poziom jest nierówny, tu i tam zrobił się ugór, ale idzie nowy sezon i trzeba to wszystko spokojnie ogarnąć, przyszykować ziemię na siew.

Przeorać, a nie zaorać: otworzyć, nie zamykać, spotkać się, a nie oddzielać, słuchać, a nie wiedzieć lepiej, służyć, a nie dominować, słuchać Ducha, a nie swoich doświadczeń, zranień i wyobrażeń. Przeorać, by wszystko tu było gotowe na Słowo, które przychodzi i zmienia życie: konkretnie, zaskakująco i z mocą. Doświadczam tego mocno we własnym życiu i nie mogę się doczekać, by doświadczyć tej mocy także w mojej krakowskiej wspólnocie Kościoła.  

DEON.PL POLECA


DEON.PL POLECA


Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Marta Łysek

Zło jest bliżej niż ci się wydaje…

Sokółka, mała urokliwa miejscowość na Podlasiu. Spokojne życie mieszkańców przerywa zagadkowe zaginięcie proboszcza. Strach i napięcie potęguje wiadomość, że w okolicy doszło do brutalnej zbrodni.

Grzegorz Sobal, kiedyś...

Skomentuj artykuł

Przeorać, nie zaorać. O co chodzi w synodzie? Dlaczego budzi tyle emocji?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.