Toniemy w sosie z memów i szyderstw. Społeczna debata jest coraz bardziej frustrująca
Pomysł o wprowadzeniu w Polsce zakazu mediów społecznościowych dla dzieci i pojawienie się w naszych skrzynkach "Poradnika bezpieczeństwa" - czy jest coś, co łączy te dwa wydarzenia? Pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, jest raczej smutna, bo efektem pojawienia się obu tych wątków w tzw. debacie publicznej jest wysyp krytyki, szyderstwa i kpin.
Teoretycznie jest to normalny efekt wolności słowa, tyle że w spolaryzowanym społeczeństwie nie ma miejsca na pokazywanie "szarości", "środka", "niuansów" i efektów spokojnego namysłu. Krytyka ma pokazać tylko to, co fatalne, a jeśli nawet eksperci w danym temacie zaprezentują konstruktywne, alternatywne rozwiązania, to ich głos tonie zalany w toni heheszków i ubitej na emocjach społecznych piany. Nie chcę w żaden sposób odnosić się w tym felietonie do naszych decydentów, ale chciałabym zachęcić do spuszczenia wzroku z wyżyn politycznych i rozejrzenia się wokół siebie.
Prosta, papierowa broszura to jasny komunikat: bądź czujny
Kiedy wyjęłam ze skrzynki rządowy "Poradnik bezpieczeństwa", moją pierwszą myślą było: "Dobrze, że takie coś powstało! Ciekawe, co jest w środku?". W świecie przepełnionym treściami o żywotności muszki owoców i naszych rozkojarzonych mózgów, papier wciąż pozostaje czymś, co może zatrzymać uwagę. Pozwala też dotrzeć do ludzi wykluczonych cyfrowo, a tych wciąż nie brakuje. I wcale nie chodzi o to, że teoretycznie wszyscy Polacy mają smartfony (bo nie mają) i spokojnie można zakładać, że jakakolwiek alarmowa wiadomość z RCB na pewno dotrze do każdego (nie dotrze). Chodzi o to, że jesteśmy wszyscy bardzo, bardzo różni, a nasz kapitał społeczny (w ogromnym uproszczeniu wiedza, umiejętności i doświadczenia, które kumulują się z wiekiem) dobrze to ilustruje. Są więc Polacy, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem, są tacy, którzy nie potrafią obsługiwać urządzeń elektronicznych, są ci, którzy z racji rozmaitych deficytów potrzebują bardzo prostych instrukcji. Banalnie prostych. W tym kontekście papierowa, prosta broszura daje nam wszystkim choćby jasny komunikat: bądź czujny - i jest jedną z wielu niteczek komunikacji, którą można do drugiego docierać.
Poradnik bezpieczeństwa wyśmiany w mediach. Mało odpowiedzialnie
Czy z lektury broszury bezpieczeństwa dowiedziałam się czegokolwiek, czego bym do tej pory nie wiedziała? Nie. Ale to przecież nie znaczy, że taki materiał nie jest potrzebny. I nie chcę w żaden sposób podejmować tu dyskusji szczegółowych - co zawarto w tym tekście, jaki był koszt jego wykonania, kto jest za to odpowiedzialny i co mogłoby być lepiej. Ani się na tym nie znam, ani nie mam bezpośredniego wpływu na decyzje podejmowane przez naszych decydentów. Widzę jednak bardzo realne zagrożenia i dostrzegam wokół siebie ludzi, którzy wcale nie śledzą z wypiekami internetowych dyskusji specjalistów, a przeczytanie półtora stronicowego tekstu jest dla nich zbyt nużące. Ich ta broszura zatrzymała. Papierowa książeczka jest czymś, co są w stanie sobie przyswoić. Pokazała im też coś, o czym w ogóle do tej pory nie myśleli i (być może!) skonfrontowała ze smutną prawdą, że niebezpieczeństwo jest bardzo blisko.
Tymczasem w ciągu tygodnia kanały społecznościowe zostały zalane rozmaitymi satyrycznymi filmikami pokazującymi, jak bezużyteczne dla obywatela są rady zawarte w poradniku. Dziennikarze i publicyści też nie omieszkali pokazywać na różnych forach wad tego przedsięwzięcia oraz marnotrawstwa pieniędzy publicznych. Niewiele przebijało się głosów, które przeciętnemu Kowalskiemu dałyby jakiekolwiek sensowniejsze rozwiązania. W efekcie narasta jednak społeczne wrażenie: ten poradnik to kolejna hucpa, bubel, chała. Tylko, czy naprawdę to ośmieszanie i krytykowanie prowadzi nas do bezpieczniejszego społeczeństwa? Trudno oczekiwać, że taka broszura stanie się realnym narzędziem pomocy w sytuacji ekstremalnego zagrożenia i że będzie przydatna dla każdego. Ale też chyba nie taki jest jej cel. Może to tylko jeden z wielu kroczków ("tip-topów") przybliżający nas do lepszego przygotowania na wyzwania, które niesie ze sobą dynamicznie zmieniająca się otoczenie?
Szyderstwo nie przybliża do rozwiązania problemu
Te okołobroszurowe heheszki i głosy krytyki stanęły mi przed oczami, gdy zaczęłam czytać - mniej więcej równolegle - rozmaite materiały związane z rządowymi planami dotyczącymi pójścia w ślady Australii i wprowadzenia zakazu mediów społecznościowych dla dzieci. Niemal z miejsca pojawiło się szydzenie z polityków zaangażowanych w ten projekt i gros opinii pokazujących jałowość tego pomysłu. Bo przecież "wszyscy wiemy", że chociaż w Australii odtrąbiono sukces, to dzieci i tak znajdują obejście "problemu" weryfikacji wieku (np. zakładając konta swoim zwierzakom), a ustanowiony system weryfikacji nie jest ani tak szczelny jakby sobie mocodawcy życzyli, ani przystosowany do szybkości procesów zachodzących we współczesnej technologii. No cóż. Rzeczywiście. Ja to wiem, że tak jest, bo mnie ten temat żywotnie (zawodowo, naukowo i osobiście) dotyczy, ale czy naprawdę wszyscy obywatele Polski to wiedzą? Nie sądzę. I czy totalna krytyka podlana sosem z kpiny i szydery przybliży nas do jakiegokolwiek konstruktywnego rozwiązania tego problemu? Też mi się nie wydaje.
Wielki plus australijskiego zakazu mediów społecznościowych
Osobiście uważam, że ruch Australii spowodował przynajmniej dwie niezwykle istotne rzeczy. Po pierwsze, nagłośnił problem. Nie zliczę raportów i badań naukowych, które przeczytałam w ostatnich latach, dotyczących negatywnego wpływu social mediów na dobrostan psychiczny dzieci i młodzieży. I co? I nic. Rzetelne, poparte solidną metodologią teksty czy prowadzone badania ani się nie przebijają do świadomości społecznej, ani dobrze nie sprzedają w rolkach, shortach i innych krótkich newsach, do których tak skrzętnie przyzwyczaja nas współczesna produkcja medialna. Ruch australijskich polityków pomógł jednak to wyzwanie odpowiednio nagłośnić i dzięki temu przebić się do różnych ludzi. Tak, wiem, że nie do wszystkich, ale jednak dziś dyskutuje o tym więcej rodziców niż trzy lata temu.
Po drugie, pokazał też, że da się na potężnych big-techach wyegzekwować jakieś rozwiązania, które do tej pory wydawały się niemożliwe do wdrożenia. Zasygnalizował też, że państwo nie abdykowało w zderzeniu z mocarstwami, które ani granic, ani rządów nie mają, ale mają realny wpływ na zwykłych ludzi wszystkich kontynentów. Co więcej, Australia dała dobry przykład, wskazując w prawnym systemie, że odpowiedzialność za dobrostan dzieci nie jest zależna tylko od rodziców. Wręcz przeciwnie, że w tym wypadku bez systemowych działań, sytuacja będzie się tylko pogarszać. Zatem, czy australijskie ustawodawstwo rozwiązało problem? Nie. Ale na pewno zbliżyło nas o kolejnego "tip-topa" do "ciut-ciut" bezpieczniejszego świata.
Ignorujemy technologię dewastującą uważność i czas naszych dzieci
Jako mama czwórki dzieci, z których obecnie wszystkie uczą się w polskim publicznym systemie, uważam, że każde rozwiązanie prawne wspierające rodziców i nauczycieli w ochronie dzieci przed negatywnym wpływem dynamicznego rozwoju technologii jest lepsze niż żadne. Nie mam wątpliwości, że wszelkie ustawy czy rozporządzenia w tym kierunku są obarczone wadami, wiążą się z błędami i brakami. I że żadne prawo nie zwolni mnie jako mamy z czuwania nad dobrem moich dzieci i wychowywania ich zgodnie z moim systemem wartości. Jednocześnie od kilku lat przysłuchując się szkolnym, rodzicielskim debatom na temat ograniczenia dostępności telefonów w szkole, jestem głęboko przekonana, że jasne ustawodawstwo w tej materii mogłoby pomóc i nauczycielom, i rodzicom, i dzieciom, którzy w praktyce codzienności doświadczają negatywnych skutków obcowania z technologią dewastującą ich uważność i czas. W zwykłych, publicznych szkołach nie brakuje bowiem rodziców, których postawa pośrednio wpływa na całą społeczność szkolną. Są ludzie, dla których posiadanie smartfona jest równoznaczne z konstytucyjnym prawem własności albo których nijak nie interesuje negatywny wpływ social mediów na młodych ludzi, póki dzieci - wpatrzone w ekrany - siedzą cicho i nie przeszkadzają w życiu. Argumentowanie "nie, bo nie", hejtowanie i szydzenie z każdej kolejnej próby zdziałania czegokolwiek w tym temacie ostatecznie szkodzi więc całemu społeczeństwu. Dryfowanie z prądem technologicznym bez wątpienia wywiedzie nas na ocean problemów społecznych, których koszty odczuje każdy w wymiarze indywidualnym.
Heheszki i kpiny frustrują i zniechęcają do jakiegokolwiek działania
Ponoć to nasza narodowa przywara - jesteśmy specjalistami we wszystkim i na wszystko mamy najlepsze rozwiązania. Poradnik bezpieczeństwa i ten (dopiero potencjalny!!!) zakaz jak w soczewce pokazują jednak słabość naszych dyskusji - napędzanych emocjami, skrajnościami i mądrościami nie popartymi rzetelną metodologią czy wiedzą, które zamiast przybliżać nas do poznania jakiegoś zagadnienia i rozwiązania konkretnego problemu, wciągają nas w wir jałowego deliberowania. Boli mnie to zamknięcie na inne perspektywy - ignorowanie słabszych, mniej obytych w temacie, pomijanie głosów pozostających w mniejszości i generalnie ignorowanie wiedzy w naszej debacie. Choć wiem, że poczucie humoru jest darem Bożym i potraktowanie śmiechem rzeczy, na które nie mam wpływu, wielokrotnie ratowało moje zdrowie psychiczne, to jednocześnie widzę, jak sos z memów i krytyki dla samej krytyki umacnia w zwykłym obywatelu poczucie bezsilności i frustracji.
Obawiam się, że do licznych wyzwań, z jakimi musimy się borykać, żyjąc w niespokojnym świecie i w spolaryzowanym społeczeństwie, dochodzi także i to - anomia społeczna. Bo te wszystkie heheszki, kpiny i nastawianie na poszukiwanie świętego Gralla (czyli rozwiązania idealnego dla danego problemu) sprawiają, że koniec końców przeciętny człowiek stwierdza, że tak właściwie, to lepiej nie robić nic. Bo i tak nic nie ma sensu. A bezpieczeństwo narodowe czy bezpieczeństwo cyfrowe jak tlenu potrzebują dziś naszego narodowego konsensusu. Trudno go znaleźć, gdy zamiast dialogu uprawiamy przekrzykiwanie się i totalną krytykę dla samej krytyki.
Może więc jest to zadanie dla nas, ludzi wierzących. By wsłuchując się w Bożego Ducha, dawać przykład doceniania wysiłków prowadzących do wprowadzania dobrych rozwiązań. By z empatią uwzględniać różnorodność społeczeństwa. I pokazywać, że można z pokorą zamilknąć, gdy nie mamy do powiedzenia nic budującego i wspierającego.


Skomentuj artykuł