Zanim znowu zaczniesz narzekać na swoje dziecko

Zanim znowu zaczniesz narzekać na swoje dziecko
Fot. Depositphotos.com

Możesz być zadeklarowaną fanką rodzicielstwa tak, jak ja, ale fakty są takie, że dzieci w domu i praca zawodowa to jednocześnie ekwilibrystyka koncentracji, rodzinnej logistyki i deficytów cierpliwości wszystkich stron. Dodajmy do tego skwary i upały - i jakże naturalnie człowiekowi się ciśnie na usta warkot irytacji. Nie zmienia to jednak faktu, że to, co ten mały człowiek słyszy od nas, dorosłych, na co dzień, kształtuje jego poczucie wartości. Więc zanim w żartach pożalimy się znowu koleżance przez telefon, że „teraz wakacje, dzieciaki w domu, więc wiesz, mam ochotę ich wsadzić do szafy i wyrzucić kluczyk”, zatrzymajmy się chociaż na sekundę. 

W piątek podczas zakończenia roku szkolnego szczególnie ujęło mnie zachowanie wychowawczyni naszego pierwszoklasisty. Wręczając swoim wychowankom świadectwo i książkę, miała dla każdego dziecka indywidualny przekaz - dlaczego właśnie taką, a nie inną lekturę dla niego wybrała. Wszystko było związane z konkretnym dzieckiem, z tym, co w nim dobrego zauważyła przez cały rok. Niby drobiazg, ale aż nadto dobrze wiem, że to jeden z tych gestów, które kosztują więcej uwagi i determinacji, niż się wydaje!

DEON.PL POLECA


Wiem, bo przecież od kilku lat naszym szkolniakom wręczamy na zakończenie roku coś co nazywamy Świadectwem Rodzicielskiego Uznania i jest to jeden z tych małych (co nie znaczy, że niepracochłonnych) gestów, które – jak wierzę – bardzo wzmacniają w naszych dzieciach poczucie własnej wartości i świadomość, że ich wysiłki - niekoniecznie te, które da się zmierzyć wymiernie jakimiś ocenami - są zauważane. Zatem także w tym roku na dwóch kartkach A4 wypisaliśmy maczkiem każdemu z naszych dzieci, z czego konkretnie jesteśmy dumni. A że wychowawczyni naszego pierwszoklasisty (a właściwie już drugoklasisty) w swoim słowie skierowanym do niego doceniła coś, czego my akurat w nim nie zauważyliśmy, to w efekcie całość - jak widzieliśmy po jego twarzy - wyjątkowo go podbudowała.

To wspomnienie z końca roku szkolnego wraca do mnie jeszcze mocniej teraz, gdy wakacje powoli nabierają rozpędu. Dlaczego? Ano dlatego, że rozpoczął się dla nas, rodziców, dość trudny czas, kiedy musimy odstawiać naprawdę karkołomne hołubce, próbując łączyć pracę zawodową z obecnością dzieci w wieku szkolnym na wakacjach w domu. I właściwie w każdym wariancie - czy pracujesz na etacie, czy na home office - jest to wyzwanie. Kropka.

Możesz być zadeklarowaną fanką rodzicielstwa jak ja, ale fakty są takie, że dzieci w domu i praca zawodowa to jednocześnie ekwilibrystyka koncentracji, rodzinnej logistyki i deficytów cierpliwości wszystkich stron. Dodajmy do tego skwary i upały i, och, jakże kusząca nagle okazuje się pokusa pojojczenia na dziatwę, ach, jakże naturalnie człowiekowi się ciśnie na usta warkot irytacji, auć, jak łatwo zacząć mnie, rodzicowi, biadolić, jaki to z tymi dziećmi mam kłopot przez wakacje. Bo całe dnie nic nie robią, bo marudzą, bo nic im się nie podoba, bo tyle pieniędzy na kolonie trzeba, bo się ciągle kłócą, są absorbujące albo wręcz przeciwnie – w ogóle ich w domu nie ma! I właśnie dlatego stoi mi przed oczami wychowawczyni mówiąca dobre słowa swoim uczniom i my, klikający po nocach Świadectwa Rodzicielskiego Uznania, próbujący skoncentrować się i wyrazić to, co dobre, a nie to, co tak łatwo ciśnie się na język: narzekanie, wytykanie, psioczenie. Dobre słowo to za każdym razem decyzja, by kogoś zbudować, umocnić, podnieść na duchu. Jak to zrobić, żeby właśnie to się stało moim nawykiem i nie wymagało specjalnego wysiłku i skupiania przy każdej okazji?

Przeczytałam kiedyś, że błogosławić to nie tylko przekazywać Boży pokój, lecz także „odsłaniać dobro przed drugim człowiekiem, jego własne dobro” (M. Wałejko, „Listy w butelce”, s. 77). Myślę, że to piękna intuicja. W świecie, w którym zły tak skutecznie fałszuje nam prawdziwy obraz nas samych, nieustannie potrzebujemy wokół siebie ludzi, których spojrzenia będą potrafiły dostrzec w nas prawdziwe piękno i to, co zostało nam podarowane wraz z Bożym zamysłem. Myślę, że rodziny to naturalne środowisko dla tego właśnie rodzaju błogosławienia.

Pokazywać dziecku jego dobro może okazać się jednak szczególnym wyzwaniem, zwłaszcza gdy tkwimy w epicentrum rodzinnych przygotowań do urlopowego wyjazdu, a nasza progenitura akurat postanowiła wejść na drogę eskalacji swoich buntów. Albo gdy po raz setny zaczynasz pisać raport, co to niby miał być dla szefa „na wczoraj”, ale ponieważ dosłownie co pięć minut podchodzi do ciebie dziecko po „jabuśko w kośtkę”, pokazać wieżę z klocków czy w poszukiwaniu sprawiedliwego sędziego, który rozstrzygnie spór o własność w ramach rrelacji rodzeństwa – zaczynasz się obawiać, że będzie "na wieczne nigdy”. Przyznajmy: takie sytuacje nie sprzyjają, by dziecko błogosławić dobrym słowem. 

Nie zmienia to jednak faktu, że właśnie to, co ten mały człowiek słyszy od nas, dorosłych, na co dzień, kształtuje przed wszystkim innym jego poczucie wartości. A dzieci, zwłaszcza te szkolne – słyszą zawsze więcej niż nam się wydaje. Jeśli jeszcze mają dostęp do internetu, to mogą też bez problemu przeczytać rodzicielskie wpisy, komentarze, polubione rolki. Czasami właśnie te śmieszne filmiki o tym, jaki to nastolatek jest trudny, sączą o wiele skuteczniej diabelski jad w potok myśli młodego człowieka (że jestem niepotrzebny, niechciany, bezwartościowy). Więc zanim w żartach pożalimy się znowu koleżance przez telefon, że „teraz wakacje, dzieciaki w domu, więc wiesz, mam ochotę ich wsadzić do szafy i wyrzucić kluczyk” (żeby nie było, to cytat ze mnie, niestety!), zatrzymajmy się chociaż na sekundę na myśli, że Pan Bóg nigdzie na kartach Pisma Świętego nie mówi człowiekowi: „No co ja z tobą mam? Same kłopoty!” (nawet jeśli to jest obiektywnie prawda). Może taka refleksja postawi nam przy języku anioła stróża, który pomoże narzekanie zamienić w błogosławienie?

DEON.PL POLECA

 

 

Z pewnością powiedzenie dzieciom: „Ach, wy to macie kapitalne pomysły!” zamiast warknięcia w ich kierunku: „Dajcież mi wreszcie święty spokój!” - nie sprawi, że przestaną podchodzić do biurka co pięć minut z kolejnym młodzieńczym dramatem czy setną wieżą z klocków, którą trzeba podziwiać już, zaraz, natychmiast. Dobre słowo nie jest zaklęciem, które rozwiązuje problem zmęczenia, deadline'u czy przerwanej po raz kolejny koncentracji. Ono nie likwiduje żadnego trudu. Ono jest trudem! Bo pilnowanie języka, jakim mówimy o własnych dzieciach i do nich, kiedy jesteśmy zniecierpliwieni, zmęczeni i mamy ochotę na nie komuś ponarzekać, to nie jest przywilej zarezerwowany dla herosów cierpliwości, tylko raczej wezwanie dla każdego z nas. Jedna z licznych szans na obdarowanie bliźniego uczynkiem miłosierdzia. Pytanie tylko, czy potrafimy to dostrzec?

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Zanim znowu zaczniesz narzekać na swoje dziecko
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.