Co nas czeka po epidemii?

Co nas czeka po epidemii?
(fot. Clay Banks / Unsplash)

Takie pytanie wcale nie jest na wyrost. Już dziś widać oznaki kryzysu, ale przetrwanie jest możliwe. Bardzo konkretna rada znajduje się w Dziejach Apostolskich.

Nietrudno dziś o panikę albo nieco bardziej emocjonalnie zdystansowany, lecz wciąż dojmujący lęk. Czy moi bliscy są zdrowi? Czy sam nie jestem nosicielem niewidzialnego, śmiertelnego zagrożenia? Jak głęboki kryzys nas czeka: czy to będzie porażająca nędza, czy też jakoś przetrzymamy? Ile gałęzi gospodarki już upadło, a ile jeszcze czeka upadek? Czy służba zdrowia da radę i czy jesteśmy w stanie jakkolwiek zminimalizować umieralność: nie tylko na koronawirusa, bo przecież również chodzi o osoby starsze, z grup podwyższonego ryzyka, albo osoby niepełnosprawne czy wrażliwe psychicznie, które na co dzień, a nie tylko w trakcie pandemii, potrzebują pomocy lekarzy? Co z ofiarami przemocy domowej? Świat, który obserwuję z wygodnej przestrzeni mieszkania, naprawdę wygląda coraz bardziej niepokojąco i nie zazdroszczę tym, których wrażliwość przerasta obecna sytuacja. Rzeczywistość też wygląda nienormalnie. Patrzę, jak mój przyjaciel wrzuca na Instagrama filmik z opuszczonego Rynku, gdzie widać już tylko gołębie, z komentarzem „co by to było, gdyby to była prawda... kurde, to jest zajebiście prawdziwa prawda”. Niewiarygodne, a jednak prawdziwe!

Czytam w tych dniach ogromnie dużo analiz wokół epidemii może właśnie dlatego, że pragnę jakoś opanować własny stres. Większość tekstów nawet nie dotyczy samej choroby, co raczej konsekwencji, które czekają ludzkość po niej. Pojawiają się diagnozy, scenariusze, rysowanie możliwych sytuacji i to zrozumiałe, bo stoimy przed nieznanym. Niedawno skończyłem pewien krótki esej, którego autor podzielił się taką oto obserwacją: „Wątpię, aby epidemia uczyniła nas cokolwiek mądrzejszymi. Pewne jest tylko to, że wirus skruszy fundamenty naszego życia, powodując nie tylko ogromną ilość cierpienia, lecz również gospodarcze spustoszenie prawdopodobnie większe niż to po kryzysie finansowym z lat 2007–2009. Nie ma powrotu do normalności. Nowa »normalność« będzie musiała zostać postawiona na ruinach starego życia albo popadniemy w nowe barbarzyństwo, którego przejawy coraz wyraźniej malują się na horyzoncie. Nie wystarczy, że potraktujemy epidemię jako nieszczęśliwy wypadek, aby pozbyć się jej konsekwencji i powrócić do płynnego funkcjonowania na stary sposób, być może z dokonaniem niewielkiej korekty w zakresie opieki zdrowotnej. Będziemy musieli zadać sobie podstawowe pytanie: co jest złego z naszym systemem, który pozwolił, żebyśmy nie przygotowali się na katastrofę, o której naukowcy przestrzegali od lat?”.

Można powiedzieć, że nikt tu nie odkrywa Ameryki, to dość zdroworozsądkowy punkt widzenia. Świat, który znamy, jest już za plecami, bo idziemy drogą bez powrotu. Ktokolwiek myśli inaczej, pada ofiarą naiwności. Bo już teraz należy myśleć o kryzysie, który albo już nas goni, albo zaraz złapie. Z perspektywy wygód i znojów domowej kwarantanny może go jeszcze nie być widać, ale tylko ćwierć społeczeństwa tak doświadcza epidemii. Większość nadal pracuje, ale jest też trzecia grupa, która znajduje się w koszmarnym położeniu. Podzwońcie do znajomych prowadzących gastronomię, pracujących w hotelach, usługach czy rolnictwie – tu wszędzie kryzys już uderzył, już się zaczęły zwolnienia pracowników i zaleganie z czynszami. A przecież jeszcze dojdzie susza! To nie tylko Polska, bo w Stanach padł historyczny rekord ilości złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Obserwuję też świat sportu, no i transfery takie jak 200 milionów za piłkarza, które jeszcze niedawno uzasadniało się „bo takie to są wydatki w piłce”, tym bardziej wyglądają na wariactwo. Mnie jest wygodnie na #zostańwdomu, ale moją branżę też dotkną cięcia. Nietrudno się bać, świat nie będzie taki sam i nie ma powrotu to tego, co rozumieliśmy przez „normalność”.

W cytowanym przeze mnie tekście jest jeszcze druga ważna obserwacja. Nie tylko nie wrócimy do świata, który znaliśmy przed miesiącem, bo czekają nas zupełnie nowe, prawdopodobnie bardziej okrutne realia. Potrzebny jest plan przetrwania: nie tylko choroby, ale tej całej fali biedy, która dotknie wszystkich. Znając życie, będzie jak z Titanikiem: jedni płyną w szalupach, gdzie jeszcze dużo miejsca, inni na połowie drzwi, ale żeby nie było tych, co zamarzną w wodzie, trzeba zadziałać razem. Nie można się bawić w partykularyzm i dbanie o egoistyczny interes własnej grupy. Należy porzucić myślenie w kategoriach zwulgaryzowanego „ordo caritatis”, gdzie wpierw jestem ja i moja rodzina, a o resztę się nie martwię. To wymaga przewartościowania własnych potrzeb, ale też jakiejś wizji świata, którego tak naprawdę potrzebowaliśmy od zawsze, ale się o nim nie myślało, czy odrzucało. Problem uchodźców był i jest dla wielu abstrakcyjny i opowiada się o nim różne bajki właśnie dlatego, że mało kto tego uchodźctwa doświadczył. Tak samo z bezdomnością – każdy, kto powtarza bzdurę o bezdomności z wyboru, nigdy nie mieszkał na ulicy. Epidemia wymaga budowy innego, bardziej sprawiedliwego świata, w którym odrzuci się założenie o tym, że już trudno – są ci na marginesie i trzeba się z tym pogodzić. Dzisiaj wyraźnie widać, że potrzeba nam świata, który do tej pory był przedmiotem marzeń. Pewnie nie uda się go zbudować, ale jeśli nie weźmie się na agendę właśnie takiej wizji, która pociągałaby konkretne działania polityczne i gospodarcze, których wdrożenia powinniśmy wymagać od decydentów, to możemy nie przetrwać.

Taką właśnie wizję daje drugi tekst, na który trafiłem. „Czy będziemy umieli zachowywać się odpowiedzialnie w obliczu głodu, który dotyka tak wiele osób, wiedząc równocześnie, że pożywienia starczy dla wszystkich? Czy nadal będziemy odwracali wzrok ze współwinnym milczeniem w obliczu wojen napędzanych pragnieniem panowania i władzy? Czy będziemy skłonni zmienić nasz styl życia, który pogrążył wiele osób w ubóstwie, promując i zachęcając nas do prowadzenia bardziej wstrzemięźliwego życia, które umożliwi sprawiedliwy podział dóbr? Czy jako wspólnota międzynarodowa podejmiemy niezbędne środki do ograniczenia dewastacji środowiska, czy też nadal będziemy zaprzeczali oczywistości?”. To też są pytania, które musimy sobie zadać. I odpowiedź jest jedna: „Jeśli jest coś, czego mogliśmy nauczyć przez ten cały czas, to jest nim to, że nikt samotnie się nie uratuje (...). Jeśli zaczniemy działać jako jeden lud, także wobec innych epidemii, które nam zagrażają, będziemy mogli odnieść rzeczywisty sukces”.

Celowo nie podawałem autorów wyżej wymienionych cytatów, bo pochodzą one z dwóch odległych wydawać by się mogło tekstów. Pierwszy z najnowszego eseju Slavoja Žižka, słoweńskiego lewicowego filozofa, który nosi tytuł „Pan(dem)ic!” (można go przełożyć jako „Pan[dem]ika!”). Drugi z artykułu „Un plan para resucitar” („Plan wskrzeszenia”), który papież Franciszek napisał dla „Vida Nueva”. Niechętny bezrefleksyjnie powie: „nic dziwnego, przecież papież lewak”, ale tak tylko podkreśli własną ignorancję. To nie są treści lewicowe czy prawicowe, to są treści trywialnie prawdziwe. To, że ktoś mógłby je traktować jako kontrowersyjne, pokazuje tylko, że zamiast myśleć o ludziach, dał się omamić ideologii egoizmu – nie tylko gospodarczego, lecz przede wszystkim antropologicznego. Obecny kryzys jak żadne inne doświadczenie z życia większości z nas pokazuje wyjątkowo mocno, jakim kłamstwem były opowiastki o tym, że da się przetrwać w pojedynkę. Zapytaj dowolnego przedsiębiorcę, z czego opłaci ZUS na ten miesiąc, i zobacz, ilu miało na to oszczędności. Gwarantuję, że grupa będzie malutka. Nie wspomnę o skuteczności „prywatnej” służby zdrowia w walce z koronawirusem, bo nie ma prywatnych „szpitali zakaźnych”. Zakupy dla samotnej osoby w kwarantannie? Bez ludzi umrze z głodu. Potrzebujemy siebie i potrzebujemy wspólnoty, bo tylko tak jesteśmy w stanie przetrwać. Musimy działać razem, z porzuceniem myślenia, że działam tak, aby wpierw zadbać o siebie, potem, jak mam czas, to o drugiego. Świat nie był przygotowany na kryzys właśnie dlatego, że uparcie broniono prawa do skrajnego indywidualizmu i teraz wyraźnie widać, że tak się nie da. Jak na piłkarskim boisku: sukces jest wtedy, gdy cała drużyna ma wspólne dążenie i ponosi wspólną ofiarę, bo w piłkę się nie gra samemu. Dbanie o drugiego człowieka jest zawsze dbaniem o siebie samego i trzeba to głośno powtarzać, że nie ma różnicy między miłością własną a miłością bliźniego. Przecież Jezus Chrystus dokładnie to przykazał. Ale czy taki wyobrażony plan odbudowy, przywołujący właśnie takie wartości, jest wykonalny? Czy też trzeba go wsadzić między bajki?

W II niedzielę Wielkanocy słyszymy w pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich, że „ci wszyscy, którzy uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali posiłek w radości i prostocie serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś przymnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia”. Te słowa dają nadzieję i pokazują, że życie inne od tego z naszych przyzwyczajeń jest możliwe; że kryzys da się przetrwać. My, chrześcijanie, już nie raz przez niego przechodziliśmy. Wystarczy tylko przestać myśleć o sobie samym.

Redaktor i publicysta DEON.pl, pracuje nad doktoratem z metafizyki na UJ, współpracuje z Magazynem Kontakt, pisze również w "Tygodniku Powszechnym"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Victor Codina SJ
18,39 zł
30,65 zł

Jeśli chcemy znaleźć Jezusa, musimy udać się do Nazaretu

Za sprawą papieża Franciszka w Kościele dokonują się głębokie przemiany. Franciszek wzywa do przekraczania murów kościołów i wychodzenia na ulice oraz na wszelkie peryferia: społeczne, intelektualne...

Skomentuj artykuł

Co nas czeka po epidemii?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.