Ksiądz - ginący zawód

Ksiądz - ginący zawód
Fot. ks. Paweł Kłys/Archidiecezja Łódzka

Kiedy przed kilku laty prowadziłem rekolekcje w jednym z seminariów duchownych, wicerektor tej szacownej instytucji z pewnym zakłopotaniem wyznał, że ma wątpliwości, czy stosowany przez nich model formacji nie jest - delikatnie mówiąc - chybiony. “Narzucamy klerykom - mówił - styl życia jak w rygorystycznym klasztorze. Kiedy wychodzą z seminarium, czeka ich kompletnie inne życie, do którego ten klasztorny styl ich wcale nie przygotowuje”. “A jesteś pewien - zapytałem - że istnieje jeszcze klasztor, w którym życie wygląda jak u was?”. “Chyba już takich nie ma” - odpowiedział. Ta krótka rozmowa prowadzi do fundamentalnego pytania: do czego właściwie przygotowuje nasza seminaryjno-zakonna formacja?

Zbliża się czas, gdy do zakonno-seminaryjnych drzwi powinni zacząć pukać kolejni kandydaci. Wprawdzie dziś już nie wszystkie wspólnoty przyjmują tych, którzy wcześniej nie mieli z nimi żadnego kontaktu, ale wciąż jeszcze wiele jest takich seminariów czy zgromadzeń, gdzie po prostu można się zgłosić i… zostać. Jednak nie sposób ukryć, że w perspektywie powołaniowej dawno skończyły się już czasy wielkich “żniw”. Dziś okres oczekiwania na kandydatów stał się czasem wielkiej frustracji, bo nie tylko że pukanie rozlega się coraz rzadziej, ale często też jakość tych “pukających” pozostawia wiele do życzenia. Dodatkowo media potrafią podgrzać atmosferę - przed paru dniami internet obiegła zła wiadomość, że w seminarium w Olsztynie, z wszystkich, którzy zgłosili się tam przed sześciu laty, nie pozostał nikt - w tym roku nie będzie więc święceń kapłańskich. To naprawdę duży cios i nie można tego faktu zbanalizować.

Przez lata przyzwyczailiśmy się raczej do tego, że chwalimy się liczbą “powołań”, za to liczbę porzucających seminaria trzymamy raczej w tajemnicy. Ale gdy dochodzi do sytuacji, gdy nie ma kogo wyświęcić, nie da się już ukryć problemu. Dodatkowo smaczku dodaje fakt, że sytuacja taka to dopiero początek powołaniowego dramatu. Za rok nie będzie święceń w Łowiczu, a w niektórych seminariach na niektórych rocznikach jest po 1-2 kleryków (pytanie, czy wytrwają?). Podobnie nieciekawa sytuacja jest w wielu zgromadzeniach zakonnych. Wystarczy spojrzeć na Prowincję Warszawską jezuitów, aby zobaczyć, że tam prawie jak w Olsztynie, w tym roku będzie święcony jeden kandydat: z Misji Rosyjskiej. Polacy kiedyś byli, ale nie wytrwali…

Dlaczego tak wielu odchodzi? Otóż pomijając fakt, że ktoś może źle rozeznać swoje powołanie albo - co też się zdarza - zbyt szybko się poddać i odejść, albo jeszcze (czego przykładem jest pewna scena z filmu “Jasminum”), że ktoś zamiast szukać Boga, szuka siebie, odpowiedzialność za sporą liczbę odejść spada na tych, którzy… pozostają. Jak to możliwe? Po prostu dlatego, że jak z jednej strony życie, jakie prowadzimy w kościelnych wspólnotach może (i powinno) zachęcać innych do pójścia tą samą drogą, tak też - jeśli życie to nie jest na właściwym poziomie - może innych zniechęcić.

Warto więc teraz, mając na uwadze wszystkie problemy powołaniowe, zadać sobie pytanie, kogo chętnie widzielibyśmy wśród kandydatów pukających do naszych drzwi? Jaki jest osobowy profil kandydata? I na ile profil ten odpowiada potrzebom Kościoła dzisiaj i w najbliższej przyszłości? Niestety, obawiam się, że wciąż w wielu miejscach takim idealnym kandydatem jest “grzeczny ministrant”. Pobożny, nie sprawiający kłopotów formacyjnych, cichy i posłuszny. W czasie formacji - “klasztornej” i mocno nie przystającej do rzeczywistości - my w nim tę pobożność i cichość utwierdzimy, żeby także później nie sprawiał kłopotów. A że będzie bez inicjatywy i może nawet nieco życiowo niepełnosprawny? Nie szkodzi. Najważniejsze, żeby nie sprawiał kłopotów! Na nieszczęście nasze pojęcie formacji to w przeważającej większości lista wytycznych, do których seminarzysta czy brat bezwarunkowo musi się dostosować, często rezygnując lub ograniczając to, co jest jego szczególnym, danym od Boga charyzmatem i uzdolnieniem. Kiedy to zrobi, dostaje zewnętrzny i wewnętrzny uniform (sutannę!), na który patrząc, mówimy: dobry kleryk, nie zdając sobie sprawy z faktu, że “dobry” to w tym przypadku “mierny”.

Obawiam się, że jeśli nie odwrócimy nieco logiki formacji i nie postaramy się rozeznać i wesprzeć tego, co każdy z kandydatów może wnieść do diecezji lub zakonu, życie kapłańskie będzie coraz mniej atrakcyjne, a jedynymi, na których teraz i w przyszłości będziemy mogli liczyć, będą rzeczywiście tylko ci “grzeczni ministranci”, których jednak na świecie jest coraz mniej…

Dyrektor Wydawnictwa WAM i DEON.pl. W latach 2014-2020 przełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego. Autor kilku przekładów i książek, m.in. "Po kostki w wodzie. Siedem katechez o wierze uczniów Jezusa" (dostępnej także jako audiobook).

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Jakub Kołacz SJ

Królestwo już nadeszło

Byli ludźmi z krwi i kości. Nie różnili się niczym od każdego z nas. Jedno spotkanie odmieniło ich życie. Podejdź, zatrzymaj się i razem z Autorem obserwuj ewangeliczne spotkania z Panem. Zobacz z...

Skomentuj artykuł

Ksiądz - ginący zawód
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.