Co jeszcze mogłem dla ciebie zrobić?

Co jeszcze mogłem dla ciebie zrobić?
Fot. depositphotos.com

Człowiek niesie swój krzyż każdego dnia, choć często nawet nie potrafi go nazwać. To nie zawsze jest wielkie cierpienie, które widać z zewnątrz. Częściej to cichy ciężar ukryty w sercu: niepokój o przyszłość, zmęczenie codziennością, rozczarowanie ludźmi, lęk przed tym, co będzie jutro.

To myśli, które nie dają spać, to napięcie, które nie znika, to poczucie, że ciągle czegoś brakuje, że coś jest nie tak. I człowiek idzie z tym przez życie, dźwiga to wszystko, czasem w ciszy, czasem z narzekaniem, czasem z buntem. I w tym wszystkim wciąż prosi Boga o więcej:  więcej siły, więcej spokoju, więcej łaski, więcej znaków. Jakby to, co już zostało dane, nie było wystarczające.

DEON.PL POLECA

 

 

A jednocześnie gdzieś w tle pozostaje krzyż Chrystusa, do którego tak łatwo się przyzwyczailiśmy, że przestaliśmy go naprawdę widzieć. Stał się symbolem, elementem tradycji, czymś oczywistym. A przecież to nie jest zwykły znak. To jest wydarzenie, które powinno wstrząsnąć człowiekiem do głębi. Bóg oddał życie. Nie symbolicznie, nie na chwilę, nie częściowo. Całkowicie. Oddał życie za mnie. Za moje konkretne życie, z całym jego chaosem, słabością i niewiarą. I zrobił to nie wtedy, gdy byłem idealny, ale właśnie wtedy, gdy byłem daleko.

I w tym miejscu pojawia się pytanie, które stawia Jezus: co jeszcze mogłem dla ciebie zrobić?

To pytanie nie jest tylko retoryką. Ono dotyka samego środka naszego serca. Bo my żyjemy tak, jakby odpowiedź na nie wciąż była otwarta. Jakby Bóg miał jeszcze coś do udowodnienia. Jakby miał zrobić coś więcej, żebyśmy w końcu uwierzyli, że nas kocha, że jest dobry, że się troszczy. Tymczasem On już zrobił wszystko. Nie zostawił sobie niczego. Nie powiedział: "zrobię tyle, a resztę zobaczymy".

A my wciąż się zamartwiamy…

DEON.PL POLECA


Zamartwiamy się o rzeczy, które mogą się wydarzyć albo nigdy się nie wydarzą. Budujemy w głowie scenariusze, które nas przerażają. Boimy się, że nie damy rady, że coś się zawali, że zostaniemy sami. I w tym wszystkim jest ukryte jedno: brak zaufania. Nie tyle brak wiary w istnienie Boga, ile brak wiary w Jego dobroć. Bo gdyby człowiek naprawdę uwierzył, że jest kochany aż tak, że ktoś oddał za niego życie, to czy mógłby żyć w ciągłym lęku, jakby wszystko było przypadkiem?

A jednak żyjemy właśnie tak.

Z jednej strony mówimy, że wierzymy, a z drugiej zachowujemy się, jakby wszystko zależało tylko od nas. Jakby Bóg był daleko, jakby patrzył obojętnie, jakby trzeba było Go przekonywać do pomocy. W naszej modlitwie często jest więcej niepokoju niż zaufania. Więcej lęku niż pokoju. Więcej próśb niż wdzięczności.

I wtedy znowu powraca to pytanie: co jeszcze mogłem dla ciebie zrobić?

Czy naprawdę potrzeba czegoś więcej niż krzyża? Czy naprawdę potrzeba większego dowodu miłości? Czy naprawdę można dać więcej niż własne życie? To pytanie obnaża, że problem nie leży w tym, ile Bóg daje, ale w tym, czy człowiek potrafi to przyjąć. Bo przyjąć oznacza zaufać. A zaufać oznacza oddać kontrolę, przestać się kurczowo trzymać wszystkiego, przestać żyć w ciągłym napięciu.

Jednak, wciąż wolimy nosić swój krzyż po swojemu. Z zaciśniętymi zębami, z pretensją, z poczuciem niesprawiedliwości. Czasem nawet z ukrytym przekonaniem, że jesteśmy pozostawieni sami sobie. A przecież krzyż Chrystusa pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Że Bóg jest najbliżej właśnie tam, gdzie jest najtrudniej. Że nie stoi z boku, ale wchodzi w samo centrum ludzkiego cierpienia.

Może więc największym ciężarem, który niesiemy, nie są nasze problemy, ale nasza nieufność. Może to ona sprawia, że wszystko wydaje się trudniejsze, bardziej przytłaczające, bardziej bezsensowne. Bo jeśli zabraknie wiary w sens, to każdy ciężar staje się nie do zniesienia.

A krzyż nadaje sens.

Nie wyjaśnia wszystkiego. Nie zabiera bólu. Nie sprawia, że życie staje się łatwe. Ale mówi jedno: nie jesteś sam i jesteś kochany bardziej, niż jesteś w stanie to pojąć.

Dlatego może trzeba dziś zatrzymać się i przestać na chwilę mówić. Przestać narzekać. Przestać prosić o kolejne rzeczy. I po prostu stanąć wobec tego pytania, które nie daje spokoju: co jeszcze mogłem dla ciebie zrobić?

Bo może odpowiedzią nie jest kolejne słowo, ale decyzja serca. Żeby zaufać bardziej niż dotąd. Żeby przestać podejrzewać Boga o obojętność. Żeby w swoim codziennym krzyżu zobaczyć nie tylko ciężar, ale też obecność.

I może wtedy uwierzysz, że nic więcej nie można było zrobić. Że wszystko już zostało dane. A jedyne, co pozostaje człowiekowi, to w końcu w to uwierzyć.

 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
s. Irena Jezierska FMA

I my znajdujemy się dziśw samym centrum dramatycznej walki między "kulturą śmierci" i "kulturą życia". Ale blask Krzyża nie zostaje przesłonięty przez ten mrok- przeciwnie, na jego tle Krzyż jaśnieje jeszcze mocniej i wyraźniej, jawi...

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Co jeszcze mogłem dla ciebie zrobić?
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.