Drzazgi i belki w naszych oczach

Drzazgi i belki w naszych oczach
fot. unsplash.com

„Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?” (Łk 6,41). Stanięcie w prawdzie o sobie samym może uchronić nas od niemiłosiernego spojrzenia na drugiego człowieka. Tylko ten, kto zdaje sobie sprawę z własnej niedoskonałości i doświadcza przebaczającej obecności Boga, jest w stanie zdobyć się na łaskawość wobec bliźniego.

Obłuda zamyka człowiekowi drogę do miłości wobec Boga, bliźniego i samego siebie. Ten, kto nie dostrzega belki we własnym oku, nie potrzebuje kochać Boga, bo wystarcza sam sobie w swojej „doskonałości”. Nie potrafi też kochać bliźniego, któremu będzie wciąż wytykał zło. Wreszcie, nie jest też w stanie kochać siebie, bo bardziej miłuje swój wyidealizowany obraz. Człowiek unika stanięcia w prawdzie, ponieważ boi się, że ktoś wykorzysta wiedzę o jego słabościach, by go upokorzyć i zniszczyć. Belkę z własnego oka mamy oddać Jezusowi. On uczyni z niej belkę swojego krzyża, na którym rozprawi się z naszym grzechem.

Czym jest moja belka? Odpowiedź znajdziemy, przyglądając się własnej mowie, która zdradza stan naszego ducha: „Jak o uprawie drzewa świadczy jego owoc, tak mowa o zamyśle serca człowieka” (Syr 27,6; por. Łk 6,45). Może jest to mowa wykluczenia, pogardy i nienawiści, która ma na celu poniżenie drugiego człowieka i odarcie go z godności? Warto przyglądać się temu, co mówię o innych: „Bo z obfitości serca mówią jego usta” (Łk 39,45).

Chrześcijanin powinien być człowiekiem „włączającym”, a nie „wykluczającym”. Niektórzy swoje wykluczające podejście usprawiedliwiają czyjąś grzesznością, która wymaga potępienia i odcięcia. Pamiętajmy, że nigdy drugi człowiek nie jest problemem, nawet gdyby był największym grzesznikiem. Grzech jest wyzwaniem dla miłosierdzia.

Poza tym Jezus stanowczo przypomina: „Jak możesz mówić swemu bratu: «Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku», podczas gdy sam belki w swoim oku nie widzisz?” (Łk 6,42). Uznanie własnej grzeszności jest drogą do miłosierdzia wobec drugiego człowieka. Robimy to nie po to, żeby okazać słabość lub dołować się, lecz by mógł działać w nas Mocniejszy. „Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego skarbca wydobywa zło” (Łk 6,45). Wyzbycie się pychy umożliwia Chrystusowi działanie w sercu człowieka i przemienianie go w serce pełne miłości miłosiernej.

Czasami zdarza się jednak tak, że im bardziej dzięki rachunkowi sumienia odkrywamy grzech w sobie samych, tym mniej jesteśmy miłosierni wobec innych. A wydawałoby się, że powinno to działać odwrotnie. Wygląda to tak, jakbyśmy chcieli odwrócić uwagę od własnych słabości, kierując spojrzenia osób trzecich na grzechy innych. Ale nie tędy droga. Droga Miłosierdzia, którą proponuje nam Bóg, to droga oczyszczenia, a to możliwe jest jedynie wtedy, gdy człowiek zmierzy się z prawdą o sobie samym, stając przed Jezusem z wielką ufnością w Jego własne słowa: „Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka brata swego” (Łk 6,42).

Innym razem wydaje się, że jesteśmy dumni z belki w naszym oku. Cieszymy się, że tam jest. Uważamy ją nawet za coś całkowicie na miejscu. Stwierdzamy, że słusznie się tam znajduje. W gruncie rzeczy okazuje się, że nie wydaje ona owoców miłości, jest martwym drewnem. Powiedzmy to sobie otwarcie: grzech jest grzechem. To nie poezja, by się nią zachwycać. To chaos, który ma przerażać. Grzech nie jest do smakowania. Grzechem mam sie zrzygać. Mam go odrzucić od siebie z obrzydzeniem. Wtedy będę w stanie otworzyć się na miłosierdzie. Bo wtedy dopiero dostrzegę, że jest mi ono potrzebne.

To, że nie dostrzegamy belki w naszym oku, wyraża się bardzo często w zaniedbaniach w relacji do drugiego człowieka. Z jednej strony widzimy drzazgę w oku brata, z drugiej strony w ogóle nie widzimy… brata. Można przecież przesłonić oczy ręką, by nie widzieć wszystkich kolorów i odcieni. Można wsadzić palce do uszu, by nie słyszeć wszystkich szeptów i wrzasków. Można zatkać nos, by przypadkiem nie dotarł do nas smród gnijących ciał biedaków i zepsutych serc bogaczy. Można usta zasłonić, by nie krzyknąć z przerażenia, gdy ujrzymy niezawinione cierpienie, by nie wyrzygać w twarz tego, co nosimy w sercu, by nie wypowiedzieć słów, które zmieniłyby świat, by nie uciekło z nich przypadkiem „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam” lub „wybaczam”. Można też założyć ręce na piersi, by nie dotknąć kogoś przypadkiem i nie zarazić się człowieczeństwem. Można pozamykać się szczelnie, ograniczyć swoje zmysły, lecz wtedy nie uratuje nas nawet cogito ergo sum. Bo nie ma cogito bez sum. Więc bądź najpierw, by poznawać siebie, świat, drugiego i Boga, który przychodzi, gdy drzwi są otwarte, choć czasem też pomimo zamkniętych. Lecz jeśli nie masz drzwi?

Spotkanie z człowiekiem, u którego widzimy drzazgę w oku, to zazwyczaj spotkanie z kimś, kto nas drażni tym, jaki jest, w jaki sposób żyje i jakie wartości wyznaje. Niestety, dzisiejsze dyskusje rzadko polegają na rzeczowej wymianie argumentów… To rzadkość... A zetknięcie się odmiennych poglądów przecież tak niesamowicie rozwija! Brak ścierania się z kimś, kto myśli inaczej (niekoniecznie: całkowicie inaczej!), prowadzi do naszego zubożenia.

Zapomnieliśmy chyba o tym, że drugi człowiek, choćby był trudny i nieznośny, choćbyśmy go za Chiny Ludowe nie potrafili zrozumieć, choćby szargał naszymi świętościami, choćby pluł i wyzywał... może wnieść do naszego życia coś niepowtarzalnego! Mam świadomość, jak bardzo paradoksalnie i niewygodnie to brzmi. Ale czasem trzeba dać się przez kogoś sponiewierać, trzeba przetrwać napór i bezpardonowy atak, trzeba pozwolić się komuś wystrzelać z amunicji, żeby wreszcie zapytać go: „Ale o co właściwie ci chodzi? Porozmawiajmy!”.

Wiem, że to jest trudne. Bo gotuje się w nas, bo chcemy odpyskować, bo przecież nie damy sobie w kaszę dmuchać... Jednak wielokrotnie doświadczyłem tego, że warto zacisnąć zęby, warto wysłuchać, nawet jeśli to, co mówi druga osoba (często to ktoś bliski, to przyjaciel!), wydaje nam się w ogóle bez sensu. Nieważne, on/ona tak to widzi – pozwól mu o tym opowiedzieć!

Dlaczego to tak ważne? Bo jeśli najpierw wysłuchamy, to wówczas zwiększa się szansa na to, że sami będziemy mogli dojść do głosu. A chyba trochę też o to nam chodzi – żeby móc przedstawić również swój punkt widzenia, nieprawdaż? Możesz rzucać tymi samymi argumentami w pyskówce. Ale to doprowadzi jedynie do wzajemnego poranienia się. Przyjmij ostrzał. Przetrwaj oblężenie. Nie bądź jednak twierdzą nie do zdobycia. Potraktuj drugiego jako chodzącą historię poszukiwania Prawdy. Ten człowiek w swoim poszukiwaniu dotarł do ciebie. Jak zapiszesz się w tej historii? Warto w perspektywie zbliżającego się Wielkiego Postu zadać sobie pytanie o moją belkę, którą noszę w oku. Ujrzawszy Chrystusa, który na niej oddaje za mnie swoje życie, z łagodnością wyciągnę drzazgę z oka brata.

Kapłan archidiecezji gdańskiej. Student teologii dogmatycznej na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Współtwórca kanałów "Inny wymiar" i "KatOlizator".

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Józef Tischner, Joanna Podsadecka, Tomasz Ponikło

Trzy wielkie odsłony - Wiara ludzi wolnychMiłość w czasach niepokoju. Niepublikowane wykłady oraz Tischner. Nadzieja na miarę próby. Ostatnie słowa

Głęboka wiara i wielkie pytania ks. Józefa Tischnera

Jak wierzyć w świecie, który żongluje...

Skomentuj artykuł

Drzazgi i belki w naszych oczach
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.