Ks. Krzysztof Grzywocz: wystarczy 5 objawów, by zdiagnozować poważne zaburzenie

Ks. Krzysztof Grzywocz: wystarczy 5 objawów, by zdiagnozować poważne zaburzenie
fot. engin akyurt / Unsplash

"W takich przypadkach żaden egzorcyzm nie pomoże, może nawet pogłębić problem" - pisał ks. Krzysztof Grzywocz w książce "Patologia duchowości". Jak rozpoznać zaburzenie psychiczne, a jak działanie złego ducha? Przeczytaj fragment poświęcony zaburzeniom obsesyjno-kompulsyjnym.

Często mamy do czynienia z osobami, u których problem związany z życiem duchowym pojawia się na poziomie natręctw, skrupułów i myśli bluźnierczych. Na spotkaniach i superwizjach spowiedników katedry nyskiej czy opolskiej często wychodzi temat skrupulantów, którzy przychodzą i nie mogą skończyć spowiedzi. Mają przygotowane po kilka kartek A4 grzechów - a kolejka przed konfesjonałem rośnie. Czasem skrupulant już kończy, odchodzi, ale po chwili wraca, mówiąc: "Jeszcze czegoś nie powiedziałem". Często chodzi o natręctwa związane z wykonywaniem obowiązków czy odmawianiem modlitw. Nie ma nic złego w pewnej sumienności w praktykach religijnych, ale na tym polu może dochodzić do natręctw, obsesji. Taka sytuacja jest wtedy przymusem i nie służy życiu. Natręctwa objawiają się także na innych poziomach. Pewien mężczyzna opowiadał mi, że trudno mu wyjechać z żoną na wakacje, bo co ruszą, to słyszy: "Wróć, chyba nie wyłączyłam lodówki. Jak tego nie sprawdzę, to nie odpocznę". Wracają - lodówka jest wyłączona. Znów są w drodze, a ona: "Chyba nie wyłączyłam żelazka". Podjeżdżają pod dom - żelazko jest wyłączone. I tak wielokrotnie. Natręctwa mogą dotyczyć również wykonywania jakichś czynności, dajmy na to mycia rąk, oddzielania rzeczy czystych od brudnych, zmieniania pościeli.

Nie ma nic złego w pewnej sumienności w praktykach religijnych, ale na tym polu może dochodzić do natręctw, obsesji. Taka sytuacja jest wtedy przymusem i nie służy życiu.

Natręctwem są myśli agresywne, które mogą się pojawić w kontekście religijnym i poza nim - chodzi na przykład o myśli dotyczące krzywdzenia najbliższych. Pewien mężczyzna - spokojny pracownik wyższej uczelni - opowiadał mi, że w myślach, które go nachodzą, bierze nóż i atakuje nim żonę. W wymiarze religijnym tego rodzaju myśli przyjmują postać bluźnierstw i cierpi na nie wiele osób. Spowiadają się one z tego, traktują w kategoriach zła moralnego, obwiniają się. Niektórzy szukają pomocy w egzorcyzmach i kolejnych spowiedziach. Trafiają często na spowiedników, którzy oferują rozmaite rozwiązania - ale nic nie przynosi ulgi. Podam przykład siostry zakonnej - wyciszona, spełniająca w klasztorze wszystkie obowiązki. Postrzegana jest jako sympatyczna i miła. Wzorcowa zakonnica. Tymczasem, gdy wchodzi do kaplicy, pojawiają się u niej straszne bluźniercze myśli na przykład o zabarwieniu seksualnym - dotyczące Chrystusa, Matki Bożej, świętych, których widzi w ołtarzu. Krępuje się, ale spowiada się z tych myśli. A ksiądz oczywiście daje jej rozgrzeszenie. W takiej sytuacji łatwo o myśl, że być może chodzi o jakąś formę opętania - jakby ktoś inny w niej był i to przez niego tak cierpi. Bo skąd nagle tego rodzaju myśli? Zgłasza się więc do egzorcysty, licząc na to, że modlitwa wyrzuci złego ducha i ta obsesja ustanie. Właśnie - obsesja. Dawniej używano tego słowa w chrześcijaństwie na określenia nękania demonicznego. Działanie Szatana dzielono na obsesję (nękanie) i posesję (zawładnięcie). Zakładamy jednak, że mamy tu do czynienia ze zjawiskiem dawniej nazywanym nerwicą natręctw, dzisiaj zaburzeniami obsesyjno-kompulsyjnymi.

DEON.PL POLECA

Wiadomo, że te zaburzenia przenoszą się także na inne wymiary człowieka - somatyczny i duchowy. Człowiek jest całością: ciałem, psychiką i duchem. U wspomnianej zakonnicy zaburzenie nerwicowe czy obsesyjne miało więc także wymiar duchowy. Nie znaczy to, że odrzucamy rozumienie demoniczne rzeczywistości. Chrześcijaństwo przez długi czas tylko w ten sposób rozumiało podobne zachowania, ponieważ nie rozwinięto jeszcze psychologii. Niektórzy przeczuwali  jednak, że  to nie jest wystarczające tłumaczenie, widać to u Ewagriusza z Pontu, Jana Kasjana czy Jana od Krzyża. Wielcy myśliciele chrześcijańscy podejrzewali, że to nie tylko demon, że być może powodem pewnych zachowań jest jakieś rozstrojenie człowieka. Niewiele wiedziano o tym, że duchowość także jest swoistym ekranem projekcyjnym. Dzisiaj to wiemy, nie znaczy to jednak, że odrzucamy możliwość wpływu demona. Światopogląd chrześcijański przyjmuje istnienie zła, które ma wymiar osobowy. Jednak inaczej kładziemy akcenty, niż robiono to dawniej. Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne nie omijają klasztorów i plebanii. Przekonanie, że przyjęcie święceń kapłańskich czy ślubów wieczystych pozbawia wszelkich zaburzeń psychicznych, jest błędem edukacyjnym. Wiemy oczywiście, że Szatan wykorzystuje ludzką chorobę; jak mówi Ignacy Loyola: "on chodzi wokół naszej fortecy i szuka najsłabszego punktu" (por. Ćwiczenia duchowe, nr 327); może nim być także choroba czy zaburzenie. Wtedy wzmacnia rozstrojenie człowieka - bo to idealny sposób, żeby nim manipulować. Jeżeli człowiek nie wie, że cierpi na zaburzenie, Szatan może mu je wzmacniać: "Tak, jesteś winny. Popatrz, jaki jesteś fatalny. Skończ z sobą". Znana mi siostra zakonna właśnie z tego powodu odebrała sobie życie. Już nie mogła wytrzymać. I to spowiednicy utwierdzali ją w przekonaniu, że to jej wina. Nie widzieli u niej zaburzenia, tylko traktowali ją tak, jakby chodziło o jej winę albo opętanie. Modlili się nad nią, co oczywiście nie przyniosło oczekiwanych skutków. Pokusą może być bowiem to, żeby nie dostrzegać prawdziwego problemu. Szatan jest inteligentny i może podpowiadać: "To wszystko moja robota". A on zawsze kłamie i wyolbrzymia swoją moc. Tymczasem w takich przypadkach żaden egzorcyzm nie pomoże, może nawet pogłębić problem, bo chodzi o zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne. Potrzeba fachowej terapii. Ta zakonnica odebrała sobie życie, bo widziała, że żadna modlitwa jej nie pomaga i czuła się z tego powodu winna, a nikt jej nie powiedział, że jest po prostu chora i trzeba włączyć leczenie. Wtedy Szatan miałby ograniczoną możliwość działania. Niebezpieczną formą myśli natrętnych jest poczucie grzechu przeciwko Duchowi Świętemu. Wspomina o tym większość podręczników, także świeckich. Osoby te swój "grzech przeciwko Duchowi Świętemu" rozumieją w ten sposób, że nie widzą możliwości pomocy dla siebie, uważają, że to już koniec. Choć oczywiście poziom tego zaburzenia może być różny.

Objawy zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego

Jak się rodzi nerwica natręctw? W jaki sposób można poddać ją terapii? Podałem powyżej bardzo silne objawy zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego. Są też inne objawy. Wystarczy pięć z nich, żeby zdiagnozować to zaburzenie:

  • Perfekcjonizm, który przeszkadza w wypełnieniu zadania, niezdolność do zrealizowania jakiegoś projektu z powodu niemożności sprostania własnym, przesadnie surowym standardom
  • Zaabsorbowanie szczegółami, zasadami, listami, porządkiem, organizacją i wykazami zajęć do tego stopnia, że traci się z oczu właściwy cel działań
  • Niedorzeczne naleganie, by inni ściśle poddawali się określonemu sposobowi postępowania lub bezpodstawna niechęć, by pozwolić innym coś zrobić, wynikająca z przekonania, że nie zrobią tego
  • Przesadne poświęcanie się pracy i produktywności aż do wykluczenia aktywności rekreacyjnej i przyjaźni
  • Niezdecydowanie - albo unika się podejmowania decyzji, albo się ją odkłada w czasie
  • Przesadna sumienność, skrupulatność i brak elastyczności w sprawach moralnych, etyki, wartości, trzymanie się ostrej normy
  • Przesadna elastyczność w sprawach moralności, etyki, wartości
  • Ograniczone wyrażanie uczuć
  • Brak wspaniałomyślności, gdy nie ma widoków na jakieś osobiste korzyści
  • Niezdolność do pozbycia się znoszonych ubrań czy bezwartościowych przedmiotów, nawet gdy nie jest się z nimi związanym

Istnieje wiele teorii, skąd to zaburzenie się bierze. Ja podam jedną z nich ze względu na jej praktyczność. Są ludzie, którym takie rozumienie nerwicy natręctw pomogło w terapii. Otóż filarem zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego, przenoszonego także na ekran religijny, jest tłumienie trzech rzeczywistości, niedopuszczanie do głosu trzech ważnych uczuć. Te uczucia to:

Lęk. Pacjent boi się przykładowo, że nie zamknął drzwi, że nie wychowuje dobrze dzieci. Gdzieś, może w domu rodzinnym, nakarmił się lękiem, którego do końca nie przepracował. Ma przekonanie, że jak będzie dokładnie się spowiadał, to będzie bezpieczny, życie go ochroni. Jak prawidłowo policzy wszystkie płytki chodnikowe w drodze z domu do kościoła, to nic złego się nie wydarzy. Boi się, dlatego szuka rytuałów nerwicowych. One jednak nie dają radości, tylko przymus.

Agresja. Widać ją dobrze podczas spowiedzi skrupulanta. Odczuwają ją także ludzie czekający w kolejce i spowiednik ("Niech ten facet już skończy..."). Wspomniany przykład żony, która uniemożliwia wyjazd z miasta, też dotyczy działania agresywnego. Mąż w końcu się zdenerwuje i powie: "Jedziemy!". A ona potem przez tydzień z nim nie rozmawia, bo ją obraził (stłumiona agresja). Nieumiejętność wyrażania agresji wynika z wielu lat nieradzenia sobie z podstawową energią, jaką ona niesie: do działania, do twórczości, do obrony. Problem dotyczy ludzi, którzy są spokojni, kulturalni, uprzejmi. Do tego dochodzi błąd edukacyjny, że agresja jest czymś złym, z czego trzeba się spowiadać, bo "przecież gniew jest jednym z grzechów głównych".

Seksualność. Pamiętamy, że myśli bluźniercze wspomnianej zakonnicy miały charakter seksualny. Chodzi o tłumioną seksualność, do której ona, jako siostra zakonna, czuje, że nie ma prawa. Dlatego spowiada się z "brzydkich" myśli i pragnień.

- Miałam brudne sny…
- Czy śniło się siostrze, że wpadła do błota?
- Nie, no takie Zobaczyłam mężczyznę i się do niego przytuliłam.
- No ale co w tym jest brzydkiego, brudnego, że się kobieta przytula do mężczyzny?

Już sama potrzeba seksualna jest dla niej czymś złym, sama potrzeba… Zwróćmy uwagę, że w niektórych tekstach autorstwa świętych są prośby do Boga o uwolnienie od pragnień seksualnych. Faustyna Kowalska uważała za cud, że Bóg zabrał jej pragnienia seksualne.

Stłumienie tych trzech ważnych faktorów wynika z tego, że coś niewłaściwego stało się w procesie wychowania i edukacji. To często owoc przemocy seksualnej czy życia w rodzinie, w której nie było miejsca na wyrażenie agresji. Do tego dochodzą jeszcze nie do końca wypełnione potrzeby z dzieciństwa: dziecko nie otrzymało tego, co powinno było dostać. Te zjawiska są  dzisiaj wzmacniane przez stres i pośpiech życia. Cała nasza kultura stała się obsesyjno-kompulsyjna. Trzeba wszystko robić szybko, nerwowo, życie jest pełne napięcia. Tłumienie powyższych faktorów może prowadzić do zaburzeń nerwicowych, do myśli typu: "Muszę to zrobić". To agresywny przymus przeciwko sobie i wobec innych, przenoszony także na wymiar religijny - do autoagresywnego rachunku sumienia: "Nigdy nie będziesz zadowolony z siebie, nie masz do tego prawa". Z tym wiąże się męczenie spowiedników i osób najbliższych. Osoba z zaburzeniem jest w stanie "wykończyć" całą rodzinę.

Stłumienie tych trzech ważnych faktorów wynika z tego, że coś niewłaściwego stało się w procesie wychowania i edukacji. To często owoc przemocy seksualnej czy życia w rodzinie, w której nie było miejsca na wyrażenie agresji.

Jeśli chodzi o seksualność, należy traktować ją jako normalną rzekę życia, która ma prawo płynąć, jest czymś dobrym, pięknym. Jest energią życia, twórczości, płodności - nie tylko seksualnej. Jeżeli rzekę się tłumi - to ona albo wysycha, albo wylewa. Tymczasem ona powinna spokojnie płynąć. Jeśli człowiek będzie bał się swojej seksualności, dojdzie do kompulsyjnego autoerotyzmu, obsesyjnego korzystania z pornografii. A to nie ma nic wspólnego z dobrym przeżywaniem seksualności.

Tłumiona agresja wraca do nas tylnymi drzwiami, w sposób destruktywny, dziwny, niespodziewany. Przejawia się przykładowo w nadmiernej krytyce, w podważaniu autorytetu, zdania. To, co przez nas nieprzyjęte, zaczyna mieć działanie niszczycielskie. Tak samo jest z lękiem - ten niezrozumiały, wyparty, znajduje się poza kontrolą i zaczyna wytwarzać niebezpieczny, zamknięty krąg. Wtedy musi się znaleźć obok ktoś, być może jakiś terapeuta, który pomoże z tego wyjść. Pewna siostra zakonna, na pozór dobrze funkcjonująca w swoim klasztorze, bardzo zaradna, miała wewnętrzny przymus, by się samookaleczać. Robiła to raz na jakiś czas - cięła różne części ciała; najczęściej brzuch, bo nie było widać ran i blizn. Kiedy to zrobiła, odczuwała ulgę. Rozładowała jakoś tę agresję, to coś, co się w niej działo. Wiedziała, że to jest nie w porządku, że to niczemu nie służy, ale musiała. Sama nie potrafiła sobie z tym poradzić. Dlatego ważne jest, by pojawił się ktoś z zewnątrz, na przykład dobry terapeuta, który pomoże na nowo dobrze skanalizować agresję, lęk i seksualność.

Proszę sobie wyobrazić, co się dzieje w człowieku, który tłumi te trzy czynniki. Jakie musi być w nim rozdarcie, nieustanne poczucie winy, napięcie, niepokój, niezadowolenie z siebie i nieumiejętność bycia tu i teraz. Bo te faktory pozwalają nam być tu i teraz, jeżeli je tłumię, to ciągle jestem "gdzie indziej", poza realnością. Kiedyś po wykładzie dostałem maila od jednej z uczestniczek: "Bardzo dziękuję księdzu, bo zrozumiałam, że będę doskonała, gdy nigdy nie będę czuła agresji czy seksualności". To zupełnie nie tak. Nie będziemy doskonali, gdy nie będziemy czuli - to jest absurd. Jeśli te uczucia stłumimy, będą wracać i rozrywać nas wewnętrznie, prowadzić do stanów autoagresywnych. Zaburza się antropologiczny rdzeń człowieka, a to przenosi się na Boga: "Muszę odmówić te modlitwy. Muszę tę mszę odprawić".

Proszę sobie wyobrazić, co się dzieje w człowieku, który tłumi te trzy czynniki. Jakie musi być w nim rozdarcie, nieustanne poczucie winy, napięcie, niepokój, niezadowolenie z siebie i nieumiejętność bycia tu i teraz.

"Muszę" góruje nad "chcę".  W twierdzeniu: "Muszę żyć moralnie, muszę przestrzegać przykazań" nie ma żadnej elastyczności. To jest obsesyjny faryzeizm. Tak musi być i koniec. Taka duchowość zakłóca relacje. Bywają klasztory, plebanie czy bardzo religijne domy rodzinne, w których ludzie są zniszczeni wewnętrznie, pełni obsesyjno-kompulsyjnego "musisz". Nie ma tam smaku spotkania ani z ludźmi, ani z Bogiem. A przecież duchowość chrześcijańska jest duchowością wcielenia, a nie ucieczki od rzeczywistości. Freud nazywał religię natręctwem, bo religijność, którą obserwował w terapii, była objawem obsesyjno-kompulsyjnym. I dziś też niektórzy ludzie chodzą do kościoła obsesyjno-kompulsyjnie, ich duchowość jest przejawem zaburzenia. Nie ma w nich żadnej relacji z Bogiem. Freud oczywiście zbyt uogólnił swoje obserwacje, ale w dużej części miał rację: ludzie nerwicowi często wytwarzają sobie religijność jako formę ucieczki od realności: religijność, która ma uwolnić od lęku, agresji i seksualności. Ale nie uwalnia.

Fragment książki: "Patologia duchowości" ks. Krzysztofa Grzywocza.

 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
ks. Krzysztof Grzywocz

Czy duchowość może szkodzić?
Gdzie zaczyna się opętanie, a gdzie choroba?
Czy myśli bluźniercze podsyłają nam demony?
Czym różni się zwykły smutek od depresji?

Ksiądz Krzysztof Grzywocz był niewątpliwie jednym z najbardziej...

Skomentuj artykuł

Ks. Krzysztof Grzywocz: wystarczy 5 objawów, by zdiagnozować poważne zaburzenie
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.