Zostań bezdomnym

Zostań bezdomnym
(fot. shutterstock.com)
4 lata temu

Gdy odchodzą święci albo biedacy - mniej jest rozpaczy, więcej podszytej radością nadziei, że jeśli gdzieś jest sprawiedliwość, to ten człowiek będzie z niej teraz korzystał na maksa - pisze Szymon Hołownia.

Jałmużnik papieża Franciszka, abp Konrad Krajewski, opowiadał mi ostatnio o pogrzebie jednego ze swoich podopiecznych, rzymskiego bezdomnego, który kilkanaście dni temu umarł tam, gdzie żył - na chodniku prowadzącej do Bazyliki św. Piotra, reprezentacyjnej Via della Conciliazione. Ceremonię urządzono po królewsku: śpiewy, kwiaty, w kościele karmelitów kilkaset osób. Podobno jakaś kobieta, która wstąpiła tam na chwilę modlitwy, zapytała: "Czyj to pogrzeb, jakiegoś księdza, biskupa?". "Nie, tak żegnamy naszego brata bezdomnego" - usłyszała. I rozpłakała się.

Pewnie nie tylko ja odnoszę wrażenie, że są takie pogrzeby, na których patrzy się przed siebie, i takie, na których patrzy się do tyłu. Pierwsze to zwykle pożegnania z ludźmi, którzy - jak mówi Ewangelia - na ziemi "nie odebrali jeszcze swojej nagrody". Gdy odchodzą święci albo biedacy - mniej jest rozpaczy, więcej podszytej radością nadziei, że jeśli gdzieś jest sprawiedliwość, to ten człowiek będzie z niej teraz korzystał na maksa. A skoro tak - to może tej nadziei wystarczy kiedyś i dla mnie? Na takich pogrzebach udziela się człowiekowi poczucie, że ktoś żegnany właśnie wszystko zyskuje.

Strasznie trudno mi jednak modlić się na ceremoniach, podczas których ma się wrażenie, iż ten, kto odszedł, wszystko traci. Przekonują o tym ordery, lista wielkich czynów, rozdzierające przemowy najbliższych. Tam kibicuje się komuś, kto zdjął z siebie przemoczony płaszcz i wreszcie wyszedł na słońce, tu - walczy ze łzą, która więźnie w gardle na myśl, jak żegnany w tym płaszczu wyglądał i ile takich płaszczów po sobie zostawił. Wszyscy wiedzą, że cmentarny egalitaryzm jest bezwzględny, że najczarniejszy marmur, najbardziej złote litery i najlepiej przyśrubowany flakon niczego w istocie sprawy nie zmienią, a mimo to z rozpaczą nic innego przecież nie da się zrobić, zakuwa się ją więc na wieki w kamieniarsko-florystyczną galanterię.

Co robić, by na moim pogrzebie ludzie patrzyli do przodu, nie do tyłu? Po pierwsze, rzecz jasna, zostać bezdomnym. Niekoniecznie dosłownie, raczej wbijając sobie do głowy na dobre, że ziemia to naprawdę most, a na moście nie ma sensu wznosić rezydencji. Po drugie - popracować nad rozwojem swojej eschatologicznej świadomości. Uświadomić sobie, że jednym z największych błędów, jakie odruchowo popełniamy, jest utożsamianie naszego "teraz" z "teraz" Bożym. Ja myśląc "teraz" widzę konkretny dzień, godzinę, minutę, a Bóg - całe moje życie, od poczęcia aż do chwili (o ile wtedy będzie jakaś chwila) już po końcu świata.

Mając taką perspektywę, byłbym idiotą, skupiając się na tym tylko, co przed śmiercią. A przecież właśnie na tym się skupiam. Redukuję orędzie Chrystusa do instruktażu doczesnej moralności. Jakby On przyszedł na świat, by nam przekazać następujący komunikat: nie róbcie in vitro, nie rozwódźcie się, płaćcie podatki, a jak dziecko będzie grzeczne, pod choinkę może będą kiedyś prezenty.

Zaprawdę biada mi, gdybym miał trafić do nieba takiej jakości, na którą sam jestem w stanie sobie zasłużyć. Zaprawdę biada mi, gdybym miał trafić do raju z opisów pozostawionych przez niektórych, którym podobno pozwolono zajrzeć za zasłonkę. Sam Bóg celowo nie publikuje szczegółowych opisów przyszłego raju, by nie kreślić nikomu granic szczęścia, by zapewnić, że każdy będzie się w nim mógł ze swoimi najgłębszymi pragnieniami zmieścić, że nie będzie tam poddany dyktatowi czyjejś wyobraźni albo wrażliwości.

Może dlatego tak bardzo nie lubię wszystkich tych relacji z zaświatów, pełnych wstrząsających, malarsko-filmowych opisów i moralistycznych refleksji. Wolę zatrzymać się przed światem, o którym nic mi nie wiadomo, uznać, że jest, i że jedyne, co mogę z nim zrobić, to to, co zrobił z nim Jezus. On nie zostawił nam przecież kuszących detalicznie wyszczególnionymi rozkoszami przewodników po niebie (które miewają różne inne wyznania). Albo pełnych topograficznych szczegółów, pouczających relacji o otchłani, do której zstąpił po śmierci. Kościół mówi nam tylko, że do nieba wstąpił, żebyśmy kiedyś też mogli pójść za Nim, a do piekieł wstąpił też po to, by spotkać i uwolnić ludzi.

Wyłącznie tym zajmuje się Pan po zmartwychwstaniu. Nie interesuje go akwizycja zbawienia albo dochodzenie racji. Nie idzie do Piłata albo Sanhedrynu, by pokazać im, kto jest górą i z kim warto trzymać. Nie zajmuje się też tworzeniem organizacyjnych podwalin Kościoła, nie buduje instytucji. Jedyne, co robi, to znów spotkania, "robota w ludziach". Jedzenie, rozmowa, uczenie, pokazywanie.

Ilekroć jestem w Galilei czy w Jerozolimie, chodzę po miejscach, które z wysokim prawdopodobieństwem mogły być właśnie Tymi Miejscami, ale przecież mogły też być pięćset metrów dalej albo bliżej -doświadczam całym sobą, że nasz Bóg nie zostawia pamiątek, pomników, mauzoleów. Od dwóch tysięcy lat zaprasza nie do zwiedzania, ale do spotkania.

Fragment książki Szymona Hołownii: Instrukcja obsługi solniczki

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Zostań bezdomnym
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.