Google wie o tobie więcej niż twój spowiednik. Jest mocny powód, dla którego wybieramy rozmowy z botem

Fot. Patrick Pahlke / Unsplash

- Wiesz, gdy o tym myślę, czuję się trochę nieswojo: moja wyszukiwarka wie, jakiego objawu się wystraszyłam, zanim komukolwiek się przyznałam, że się boję. Wie, z czym sobie nie radzę, bo przecież to w niej od razu szukam rozwiązań. Wie więcej niż mój spowiednik, bo on wie tyle, ile zdecydujesz się powiedzieć, a algorytm systematycznie mnie lustruje, nie pytając o zgodę. Ale to jemu ludzie coraz częściej oddają znacznie więcej prawdy o sobie niż drugiemu człowiekowi - mówi Agata Rusek w rozmowie z Magdą Urbańską.

Agata Rusek: Gdy zaproponowałam Ci ten temat, to miałam ochotę zacząć naszą rozmowę żartobliwie, ale im więcej o nim myślę, tym bardziej nieswojo mi się robi. Bo to naprawdę jest niepokojące, gdy zauważysz, że spowiednik wie o tobie dokładnie tyle, ile sama zdecydujesz się przynieść do konfesjonału - i to raz na jakiś czas, w słowach, które świadomie dobierasz - a wyszukiwarka? Ohoho, moja wyszukiwarka wie doskonale, jakie treści mnie interesują. Wie, jakiego objawu się wystraszyłam, zanim komukolwiek się przyznałam, że się boję. Wie, z czym sobie nie radzę, bo przecież to w niej od razu szukam rozwiązań. Sęk w tym, że spowiednik dowiaduje się o mnie czegoś, bo mu to powierzam - to jest akt zaufania, dobrowolny, z mojej wolnej woli, w przestrzeni chronionej tajemnicą, w sacrum wypełnionym Bożą Obecnością. Algorytm dowiaduje się o mnie bardzo dużo, bo mnie systematycznie lustruje, mierzy - nie pytając o zgodę serca, tylko obserwując, licząc, przewidując, kwantyfikując. Jedno jest relacją, drugie jest pomiarem. I paradoks polega na tym, że temu, kto nas z zasady mierzy, oddajemy dziś często znacznie więcej prawdy o sobie niż temu, komu można ją powierzyć.

DEON.PL POLECA



Gadamy z botem, bo nie umiemy w relacje

Magda Urbańska: Słuchając ciebie, od razu pomyślałam o tym, że my po prostu nie umiemy w relacje, choć bardzo ich pragniemy. Szczególnie tych, w których możemy w zaufaniu powierzyć wszystko to co jest dla nas ważne. Często mamy z tym ogromne trudności, bo nasze doświadczenie mówi, że człowiek zawodzi, a bot jest wierny. I dajemy się wkręcić, że gadanie z czatem będzie lepsze, bezpieczniejsze. Tyle, że życie pokazuje, że jest zupełnie odwrotnie, że bardzo potrzeba nam relacji z drugim człowiekiem i relacji z Bogiem - również w sakramencie spowiedzi, który jest szczególnym miejscem spotkania. Gdy patrzę na swoją własną historię, na to, ile zranień na polu duchowym zebrałam od ludzi, nie zaskakuje mnie dziś to, że zamiast zapytać kapłana o zagadnienia związane ze spowiedzią czy z kwestiami duchowymi, ludzie zwracają się do Chata GPT. To nam się po prostu wydaje łatwiejsze, a przez to lepsze. Czy jest łatwiejsze? W jakiś sposób tak. Ale na pewno nie jest lepsze, choć trzeba doświadczyć głębi relacji z człowiekiem, by w to uwierzyć. Na słowo obcej kobiety z internetu nie zaklika. Chat jest bardzo przyciągającą alternatywą dla pustki po relacjach…

Agata Rusek: Warto się zastanowić, dlaczego to jest takie kuszące. Powody są często bardzo wymowne. Po pierwsze, bot jest zawsze gotowy na każde nasze zawołanie, natychmiast. Nie trzeba się umawiać, czekać do soboty, jechać gdzieś, wchodzić do konfesjonału z napięciem na twarzy. Po drugie, bot nie ocenia - po drugiej stronie nie ma przecież nikogo, kto by uniósł brew czy westchnął z głębi trzewi. Nie, nie. Bot zawsze przytaknie, powie mi, jakie to błyskotliwe pytanie zadałam i jakim jestem skarbem cywilizacji [śmiech]. Nie ma tam wstydu, nie ma czekania, nie ma tej niewygody, że drugi człowiek patrzy mi w oczy. Ale po prawdzie … nie ma tam też życiodajnego spotkania. Co innego poczuć się “wysłuchanym”, a zupełnie co innego być rozgrzeszonym. Bot potrafi zasymulować wysłuchanie, owszem. Ale rozgrzeszyć mnie nie może, bo rozgrzeszenie to nie jest miła odpowiedź, że „nie jesteś złym człowiekiem, każdemu się zdarza pomylić, czy chcesz, bym przygotował dla ciebie dwa warianty dróg do wybrania". Rozgrzeszenie i jego duchowe skutki szczęśliwie nijak nie dają się skwantyfikować, choć niewątpliwie nie brakuje takich pomysłów, by to osiągnąć. Tylko, rozmawiając z różnymi ludźmi, widzę, iż nie brakuje takich, którzy idą do Chata GPT nie po informację, tylko właśnie po ukojenie swoich trosk, dylematów i ciężarów źle podjętych decyzji.

Spojrzenie spowiednika znaczy więcej niż chat, który nie zada pytań, których nie chcesz słyszeć

Magda Urbańska: Poruszyłaś coś, co jest we mnie bardzo głębokie... Wiesz, co teraz widzę? Spojrzenie mojego spowiednika. On ma w swoich oczach spokój, który mnie niesamowicie pomaga się otworzyć, być autentyczną i szczerą. Widzę też jego uśmiech zaraz po rozgrzeszeniu i czuję tę lekkość, której tyle razy doświadczyłam. Tyle, że wielu katolików nie ma takich doświadczeń jak ja. I nie jest to zarzut skierowany w stronę kapłanów, ale raczej wdzięczność za to, czego sama przez ostatnie lata miałam szansę doświadczyć. Bo ja realnie doświadczam spotkania w spowiedzi. Nie tylko ze względu na otwartość spowiednika, ale i łaskę. Niewierzącemu człowiekowi nie byłabym w stanie tego opisać, bo to taka dziedzina życia, która bazuje na osobistym doświadczeniu. Duchowe skutki rozgrzeszenia - obie wiemy, co to oznacza, ale jak wytłumaczyć to osobie, której te słowa nie mówią nic? Nie wiem…

Mnie dziś jest łatwiej pójść do kapłana - spowiednika czy księdza z parafii - i poprosić o radę czy błogosławieństwo, gdy dzieje się coś po ludzku mega trudnego, niż usiąść z telefonem i “rozmawiać” z czatem. Tyle, że ja mam bardzo dobre i życiodajne relacje w Kościele. Znam jednak wiele osób, które nie mają takich doświadczeń jak moje i choć bardzo ich pragną, to nie potrafią się przełamać, nie wiedzą nawet, jak to zrobić… Z drugiej strony to, co mówisz o umawianiu się. Sama jeżdżę do spowiedzi godzinę w jedną stronę. To jest dla mnie spory wysiłek, ale widzę jego owoce i wiem, że warto. Mam w sobie głębokie przekonanie, że to jest coś, co daje mi tak wiele, że warto o to walczyć… Wielu ludzi tego wysiłku po prostu podjąć nie chce… Czat jest szybki, łatwy i tak jak mówisz - nie patrzy ci w oczy, nie zadaje pytań których nie chcesz usłyszeć, bo łamią twoje schematy i obnażają trudną prawdę.

Rozmowa z czatem daje złudne poczucie komfortu, a statystyki depresji rosną

Agata Rusek: Myślę, że kluczowe jest tu to, co mówisz o doświadczeniu. Jak ktoś ma dobre doświadczenie spowiedzi, to nie trzeba go namawiać na pójście do konfesjonału. Ale myślę, że ta pokusa “wygody” i złuda komfortu, jaką dają “rozmowy” z czatem, jest dziś bardzo skuteczną metodą wiązania człowieka z technologią. I trochę mi się to kojarzy z wyzwaniami psychicznymi i rozmaitymi kryzysami, których pełno dziś wokół nas. Dlaczego mimo wszechobecności wyuczonych na podręcznikach psychologicznych botów nie mamy dziś renesansu zdrowia psychicznego, a wręcz przeciwnie - notujemy jakieś niebotyczne statystyki depresji, traum, lęków, uzależnień? Być może dlatego, że technologia nie jest w stanie zastąpić profesjonalnej terapii offline.

Podobnie w kwestiach duchowych - jeśli zmagasz się z bólem serca, z wyrzutami sumienia, z jakimś zafałszowanym obrazem Miłości, brakiem poczucia sensu - żaden bot nie podprowadzi cię do życia. I w tym kontekście martwi mnie, gdy słyszę, zwłaszcza od młodszych osób, że o swoich najintymniejszych doświadczeniach piszą z botem. To tam szukają rady, pocieszenia, wsparcia. Bo on jest dostępny o trzeciej w nocy, gdy nie wypada dzwonić do przyjaciółki. Bo mu nigdy nie jest głupio z tym, co się w okienku napisze. Bo się nie męczy moim smutkiem, itd. itp.

Tylko że w tej perspektywie bardzo łatwo umyka różnica między byciem poznaną a byciem sprofilowaną. Kiedy zwierzam się drugiemu człowiekowi - mężowi, przyjaciółce, kierownikowi duchowemu - oddaję swoje wnętrze komuś, kto też ma wnętrze. Kto może to unieść, przejąć się, zachować w tajemnicy nie dlatego, że tak ustawiono ustawienia prywatności, tylko dlatego, że mnie kocha albo jest do dyskrecji zobowiązany sumieniem. A gdy zwierzam się botowi, oddaję swoje najgłębsze rzeczy czemuś, co wnętrza nie ma. Co mnie nie kocha i kochać nie może, bo nie ma czym. Co „pamięta" nie sercem, tylko jako dane - a dane się przechowuje, analizuje, czasem sprzedaje. To trochę tak, jakbym najświętszą rzecz, jaką mam, wyszeptała do bardzo uprzejmej, bardzo cierpliwej pustki. I ta pustka mi ładnie odpowie. Ale nie pobłogosławi, nie zapłacze ze mną i nie chwyci za rękę. Co najwyżej uraczy mnie zgrabnym frazesem utkanym z miliona podobnych odpowiedzi na podobne ludzkie troski. W tym cyklu mówiłyśmy już nieraz, że wiara jest z natury czymś intymnym, że to zawsze jest „skrawek serca". I ja bym to samo powiedziała o całym naszym wnętrzu, nie tylko o wierze. Jest w nas jakieś sacrum - ta najgłębsza świątynia naszych serc - która ma prawo istnieć bez widzów i bez zapisu. Boję się świata, w którym odzwyczajamy się od tego, że coś może być tylko między mną a drugim człowiekiem - albo tylko między mną a Bogiem - a mam wrażenie, że właśnie tak, bezrefleksyjnie, oswajamy to, że budujemy relacje między sobą a serwerem.

DEON.PL POLECA


"Relację" z chatem budujemy bezmyślnie. Jest zapchajdziurą naszych pragnień

Magda Urbańska: Jestem przekonana, że robimy to bezmyślnie. Nie sądzę, żeby ludzie gadający z czatem nie tęsknili za prawdziwą i szczerą relacją z drugim człowiekiem. Myślę, że pragną jej bardzo, ale dziś nie potrafią jej stworzyć, a czat daje złudne poczucie bycia wysłuchanym. Jest taką zapchajdziurą. Może nawet żyją w przekonaniu, że ludzie nie są im potrzebni, ale to nie mówi ich głębia, ale zranienie, które ktoś nosi bardzo głęboko. I szuka takich rozwiązań, na jakie go dziś stać. Bardzo dotyka mnie to, co mówisz o tym, że rozmawiając z człowiekiem, spotykam się z czyimś sercem, a gadając z czatem - z pustką. Tak, też to tak odbieram, choć wcześniej tego tak wprost nie nazywałam. Widzisz, choćby dlatego warto z tobą pogadać [śmiech]. I właśnie tu jest chyba też taki klucz dla mnie. Słowo “konfrontacja” kojarzy nam się negatywnie, ale spójrzmy na nią jak na szansę. Gdy idę do spowiedzi i rozmawiam z kapłanem, oczekuję nie tylko słów rozgrzeszenia, ale też tego, że ktoś spojrzy na moje życie z boku, uwzględniając okoliczności, których czat nie wychwyci. Kto zna mnie tak dobrze jak mąż, przyjaciółki czy spowiednik? Na pewno nie czat, bo on dostaje skrawek, nie spojrzy na mnie jako na całość. Mam takie doświadczenie, gdy zaczynam płakać na spowiedzi, bo coś we mnie zostało mocno poruszone. Płacząc w obecności drugiego człowieka mam szansę spotkać się na głębokim poziomie z samą sobą i Panem Bogiem.

Sieć nie zapomina niczego. Co do niej trafiło, może wrócić w najmniej odpowiednim momencie

Agata Rusek: Jest jeszcze jeden wątek, który mnie w tym temacie ogromnie porusza. Popatrz, jak jest zbudowana spowiedź. Ksiądz w imieniu Boga mnie wysłuchuje - i zapomina to, co wyznaję, niemal natychmiast po tym, jak to powiem. A rozgrzeszenie idzie jeszcze dalej: nie chodzi o to, że grzech zostaje „ukryty" czy „zarchiwizowany z ograniczonym dostępem" [śmiech]. On zostaje zmazany. Prorok mówi, że Bóg wrzuca nasze grzechy w morze, a psalmista - że oddala je od nas tak daleko, jak wschód od zachodu. Wierzymy Bogu, który wybiera, że nie będzie pamiętał naszych grzechów, który daje mi czystą kartkę, pozwala ciągle zaczynać od nowa i nie wypomina.

A teraz popatrz, jak zbudowana jest sieć. Sieć nie zapomina niczego. Ona nie umie zapomnieć - to nie jest jej wada, to jej konstrukcja. Wszystko zostaje: nieprzemyślany komentarz sprzed dziesięciu lat, zdjęcie, którego dziś bym nie wrzuciła, głupstwo z młodości. I nie tylko nie zapomina - ona też nie przebacza (zwłaszcza głupot [śmiech]). Potrafi wszystko wyciągnąć z powrotem w najmniej odpowiednim momencie i zafałszować całkowicie percepcję nie tylko twoją własną, lecz także i świata o tobie. Myślę, że wielu z nas jeszcze nie widzi, co robi z człowiekiem życie pod dyktatem takiego systemu, który rejestruje wszystko i nie potrafi darować niczego. A przecież to odbiera nam po cichu coś bezcennego - nadzieję, że wolno się zmienić. Że nie jestem skazana na swoją przeszłość i moje złe decyzje. I dlatego, choć to brzmi może górnolotnie, ja w sakramencie pokuty widzę dziś coś na kształt buntu przeciwko logice sieci. Bo w świecie, który wszystko zapisuje i niczego nie odpuszcza, spowiedź jest jedynym mi znanym miejscem, gdzie ktoś naprawdę kasuje plik - nie ukrywa, nie archiwizuje, tylko kasuje - i mówi: „idź w pokoju, tego już nie ma". Nie znam drugiej takiej przestrzeni. I coraz bardziej mnie to wzrusza.

Pan Bóg wybacza i nie pamięta. Nie ma opcji, że nasze dane wrażliwe gdziekolwiek wypłyną

Magda Urbańska: Teraz to i ja się wzruszyłam, choć żyłam w przekonaniu, że o spowiedzi wiem już wszystko [śmiech]. Tak, masz rację. Spowiedź jest wyjątkowa ze względu na swój charakter. Odpuszczenie grzechów i tajemnica to jedno. Ja bym dodała jeszcze do tego łaskę uświęcającą i uczynkową. No ej, tego nie da mi najlepszy czat GPT, za to Pan Bóg owszem. Spowiedź nie kończy się z chwilą rozgrzeszenia, jej skutki owocują w nas w codzienności. A czat nie da nam nawet tego namiastki… Nie da, bo jest tylko usługą na chwilę, aż do zamknięcia okna czatu. I tak, masz rację o tym “zapominaniu”. Sama mam takie doświadczenie, że dziś czegoś bym już nie opublikowała, czy nie napisała, bo zmieniła mi się perspektywa, na coś patrzę inaczej niż trzy, cztery lata temu. Kiedyś tylko rodzina i bliscy widzieli moje odpały, teraz są dostępne on-line 24 na dobę [śmiech]. I tu możemy jak mantrę powtarzać, by myśleć o tym, co się publikuje, choć prawda jest taka, że my się tego nieustannie uczymy, bo się zmieniamy. Pan Bóg wybacza i nie pamięta. Zabiera, daje czystą kartę i nie ma opcji, że nasze dane wrażliwe gdziekolwiek wypłyną. Gdy sama myślę o spowiedzi, czuję to poczucie bezpieczeństwa, wiesz? Takie, w którym wiesz, że możesz powiedzieć wszystko i nigdy nikt tego nie wykorzysta przeciwko tobie.

Agata Rusek: Mam dokładnie takie samo doświadczenie łaski tego sakramentu.

Magda Urbańska: Agato, mam poczucie, że otworzyłyśmy dziś wiele okienek, ale nie czatu, tylko ludzkich pragnień i tęsknot. Myślę, że warto byśmy zostawiły już ten temat, by nasi Czytelnicy mieli okazję dopowiedzieć to, co sami czują. Bardzo zachęcamy by do nas napisać (profil Agaty jest tutaj, mój tutaj) i podzielić się tym, jak nasze słowa rezonują w Tobie, drogi Czytelniku. Za tydzień zapraszamy na rozmowę o tym, czy stać nas na to, by być offline. Przyznajmy, jest w nas przymus i złudne poczucie wolności. Jak to się ma do przymusu technologicznego i do naszej duchowości? Zapraszamy!

Przeczytaj poprzednie rozmowy:

  1. "Autentyczność się nie niesie". Katoliczki o presji i sile social mediów
  2. Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
  3. Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
  4. Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
  5. Ile swojej wiary można pokazać w sieci? "Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów"
  6. Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"
  7. Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
  8. Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
  9. Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
  10. Czy z tego, co robimy w internecie, też trzeba się spowiadać?
  11. "To ja przychodzę do telefonu, nie on do mnie". Jak odzyskać kontrolę nad swoją uwagą?

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Google wie o tobie więcej niż twój spowiednik. Jest mocny powód, dla którego wybieramy rozmowy z botem
Komentarze (1)
AM
~Alicja Mazan-Mazurkiewicz
31 lipca 2026, 12:20
Zatrzymało mnie zdanie o tym, że bot jest dla nas „natychmiast”. Z młodzieńczych czasów pamiętam radość „nienatychmiastowości” – czekania na listy, te starodawne, papierowe – i tak ogromnie mi żal, że wraz postępem techniki, ogromna większość ludzi nigdy tej radości nie zasmakuje.