Nie słowa przekonują, lecz ich urzeczywistnienie
Po niektórych rozmowach człowiek jeszcze długo układa sobie w głowie odpowiedź, którą powinien był dać. Trzeba było powiedzieć to albo tamto. Wtedy rozmówca nie miałby już nic do dodania. Lubimy mieć ostatnie słowo, zwłaszcza gdy chodzi o sprawy, które są dla nas ważne. Także o wiarę. Dzisiejsza liturgia słowa pozwala jednak zapytać, czy w tym wszystkim Bóg ma jeszcze coś do powiedzenia? Bo można tak bardzo skupić się na obronie własnego zdania, że przestaje się słuchać nawet jego.
Ciekawe, że w pierwszym czytaniu Bóg mówi o Cyrusie, pogańskim władcy, który go nie zna. A jednak posługuje się nim dla dobra swojego ludu i nazywa go swoim pomazańcem. Nam niekiedy się wydaje, że Pan może działać wyłącznie przez ludzi, których my uznajemy za odpowiednich, i w sposób, jaki nam się wydaje właściwy. Tymczasem on pozostaje wolny. Potrafi uczynić dobro przez kogoś spoza naszego kręgu i po swojemu. Uznanie jego pierwszeństwa oznacza więc także zgodę na to, że nie wszystko będzie się działo według moich oczekiwań. Bóg chce, żeby Izrael zrozumiał jedno: to nie Cyrus jest sprawcą wielkich rzeczy, choć to on zdobywa królestwa. Dlatego mówi: „Ja jestem Pan, i nie ma innego” (Iz 45, 6). To zdanie nie jest tylko teologiczną formułką, lecz wyznaniem, że w całej historii jest jeden Pan – i to on ma ostatnie słowo. Izajasz mówi o władcach, wojnach i zmianach granic, ale nie pisze o tym w stylu wiadomości ze świata, ale jak o historii zbawienia. Dla Izraelity, który wracał z niewoli, Cyrus był ważnym politykiem, ale najważniejszy był Ten, który go poprowadził, choć Cyrus o tym nie wiedział. Czasem i my patrzymy na świat tak, jakby wszystko zależało od decyzji polityków, kursu złotówki, ceny paliw czy sondaży. Te sprawy są ważne, nie wolno ich lekceważyć, lecz nie tylko to decyduje o ostatecznym kierunku dziejów.
W Ewangelii spotykamy ludzi, którzy chcą, żeby Jezus powiedział coś, co będzie można wykorzystać przeciw niemu w polityczno-społecznej rozgrywce. Pytanie o podatek płacony cezarowi ma go postawić w sytuacji bez wyjścia. Jezus dostrzega podstęp. Prosi o monetę, pyta o widniejący na niej wizerunek i odpowiada: „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22, 21). Nie jest to tylko zręczna odpowiedź, by uniknąć kłopotów. Jezus przypomina o odpowiedzialności za wspólne życie, a zarazem wskazuje granicę każdej ziemskiej władzy. Cezar ma swoje prawa, ale nie jest Bogiem. Nie może domagać się ode mnie wszystkiego. Żadnej władzy, żadnemu środowisku ani żadnej partii nie wolno oddać własnego sumienia. Także wtedy, gdy jest mi to po drodze. Wiara pozwala zachować wolność również wobec tych, którym chętnie przyznaję rację.
Jezus nie zostawia pytających z pustymi rękami, lecz przekierowuje rozmowę na to, co najważniejsze. Pytanie o podatki jest ważne, bo każdy je płaci. Są jednak sprawy, które nie przemijają razem z rządami i podatkami. Mistrz z Nazaretu pokazuje, że moneta nosi obraz cesarza, natomiast człowiek nosi w sobie obraz Boga. Cesarzowi możemy oddać monety. Ale samego siebie oddajemy tylko Bogu. Czy rzeczywiście tak jest? Gdyby chodziło jedynie o oddanie Bogu chwili modlitwy i niedzielnej Mszy, sprawa byłaby stosunkowo prosta. Można by wydzielić mu część tygodnia, a resztą rozporządzać bez pytania go o zdanie. Tyle że do Boga należę cały ja. Oddaję mu więc również sposób, w jaki pracuję, wydaję pieniądze i odnoszę się do ludzi. Jego pierwszeństwo sprawia, że uczę się być uczciwszym pracownikiem, uważniejszym rodzicem, bardziej cierpliwym współmałżonkiem. Właśnie w tych zwyczajnych sprawach wiara nabiera treści.
Psalm wzywa: „Oddajcie Panu chwałę należną Jego imieniu” (Ps 96, 8). Jest w tym przypomnienie o sprawiedliwości. Skoro od Boga otrzymuję życie i miłość, powinienem uznać go za ich źródło. Uwielbienie pozwala mi stanąć w prawdzie, że: nie wszystko zawdzięczam sobie. Mam za co dziękować i mam kogo prosić o pomoc. Bóg nie potrzebuje pochwał, żeby poczuć się ważniejszy. To ja potrzebuję uznać jego wielkość, żeby nie przeceniać własnej. Człowiek, który klęka przed Bogiem, może wreszcie przestać udawać, że zawsze wie najlepiej.
Z takiej relacji rodzi się wiarygodne świadectwo. Paweł Apostoł pisze do Tesaloniczan: „nasze głoszenie Ewangelii wśród was nie dokonało się samym tylko słowem, lecz mocą i działaniem Ducha Świętego oraz wielką siłą przekonania” (1 Tes 1, 5). Nie chodzi o pewność siebie ani o umiejętność przemawiania. Można pięknie mówić o przebaczeniu i całymi latami pielęgnować urazę. Można zapewniać o miłości do Boga, a zaraz po wyjściu z kościoła cieszyć się z cudzego nieszczęścia. Nasze słowa stają się przekonujące, kiedy inni widzą, że sami próbujemy nimi żyć. Duch Święty chce przemieniać także tego, który mówi innym o Bogu. Nie oznacza to, że świadkiem może zostać dopiero ktoś bezbłędny. Gdyby tak było, nikt z nas nie miałby nic do powiedzenia. Wiarygodny jest również człowiek, który potrafi przeprosić. Który nie usprawiedliwia swojej złośliwości słuszną sprawą. Który przyznaje, że potrzebuje nawrócenia. Czasem właśnie takie przyznanie się do winy mówi o działaniu Boga więcej niż długa religijna wypowiedź, bo pokazuje, że Ewangelia ma na mnie wpływ, że jest żywym słowem, które mnie przemienia.
Najpełniej widzimy jedność słowa i życia w Jezusie. Miłość, o której mówił, zaprowadziła go na krzyż. Nie wycofał się z niej także wtedy, gdy został odrzucony. Nie uzależnił jej od tego, czy ludzie wreszcie przyznają mu rację. Oddał życie także za tych, którzy uznali go za wroga. Zmartwychwstanie objawia zwycięstwo tej miłości. Dlatego chrześcijanin może kochać również wtedy, gdy nie widzi natychmiastowego rezultatu, bo jego nadzieja sięga dalej niż powodzenie jednej rozmowy czy uznanie w oczach otoczenia. Zmartwychwstały daje nam swojego Ducha, żebyśmy mogli żyć podobnie. Nie musimy udawać siły, której w sobie nie znajdujemy. Możemy prosić o nią właśnie wtedy, gdy najtrudniej nam kochać. Taka miłość wymaga odwagi. Czasem trzeba stanowczo nazwać kłamstwo kłamstwem, upomnieć się o skrzywdzonego czy sprzeciwić się niesprawiedliwości. Jezus również nazywa po imieniu obłudę swoich rozmówców. Miłość nie każe udawać, że wszystko jest w porządku. Każe jednak pamiętać, że człowiek, któremu się sprzeciwiam, nadal ma swoją godność. Mogę więc bronić prawdy bez upokarzania go. Mogę odmówić udziału w obmowie, choć stracę sympatię grupy. Mogę zrezygnować ze złośliwej odpowiedzi, nawet jeśli wszyscy uznają, że zabrakło mi argumentów. Życie miłością na wzór miłości Chrystusa to nie jest obietnica, że każdy w końcu kiedyś nas zrozumie i doceni. Niektórzy mogą nigdy nie zmienić zdania. Kochamy ich jednak dlatego, że są kochani przez Boga, a nie po to, żeby w końcu powiedzieli, że mieliśmy rację i jesteśmy górą.
W świecie, w którym tyle osób próbuje przekrzyczeć innych, taki sposób życia może wydawać się nieskuteczny, a wręcz naiwny. Jednak właśnie do tego prowadzi postawienie Boga na pierwszym miejscu. Zyskuję spokój, bo los świata nie zależy od tego, czy wygram każdą słowną potyczkę. Nadal przejmuję się tym, co dzieje się wokół, i robię to, co do mnie należy. Nie muszę jednak każdej nowej wiadomości zamieniać w powód do gniewu na ludzi. Może więc przed następną trudną rozmową warto na chwilę się zatrzymać i pomodlić: „Panie, pomóż mi powiedzieć prawdę tak, żebym nie przestał kochać”. A potem naprawdę dopuścić Go do głosu.


Skomentuj artykuł