Moje targowanie się z Bogiem

Moje targowanie się z Bogiem
(fot. shutterstock.com)
Logo źródła: Życie Duchowe Maciej

Jestem już człowiekiem starszym. Oglądam się wstecz i przypominam sobie lata młodzieńcze i moje targowanie się z Bogiem, które miało miejsce poza zwyczajowym pacierzem czy też Mszą św.

Muszę jednak wyznać, że przez całe życie dana mi była głęboka świadomość obecności Boga oraz tego, że Bóg jest ponad wszystkim i trzeba się z Nim liczyć oraz być Mu posłusznym. Dziś trudno mi powiedzieć, czy był to tylko ludzki lęk czy też prawdziwa "bojaźń Boża", która nie pozwala niczego uczynić wbrew miłującemu Bogu Ojcu. Ostateczny osąd zostawiam Jemu.

Kiedy w młodości zaczęły się budzić we mnie silne pragnienia zmysłowe, gotów byłem cierpieć nawet trochę piekła, byleby Bóg pozwolił mi na ich zaspokojenie. Dziś wydaje mi się to śmieszne. Ten sposób myślenia odzwierciedlał moje wewnętrzne zmagania: z jednej strony prosiłem Boga o pozwolenie na przyjemne grzeszenie, a z drugiej - zależało mi bardzo na tym, aby On mnie nie opuścił i nie przestał mnie kochać.

W bardziej świadome życie duchowe wszedłem przez rekolekcje. Lepiej poznałem zło grzechu i umocniło się we mnie pragnienie życia zgodnego z wolą Bożą. Pojąłem wówczas, że cały nasz wysiłek powinien zmierzać do tego, by stawać się wolnym i nie dać się zniewolić żadną rzeczą, sytuacją, osobą. Przekonałem się, że Bogu należy zawierzyć, całkowicie się Mu poddać, niczego Mu nie żałować. Tylko na tej drodze osiąga się prawdziwą wolność i tym samym zdolność miłowania Jego i ludzi. Dziś bliskie są mi słowa: Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli (Ga 5, 1).

DEON.PL POLECA

Wielokrotnie przekonałem się, że nie wystarczą piękne postanowienia, jakie rodzą się pod wpływem budującej lektury czy też podczas odprawianych rekolekcji. Na przykład postanowienie, by w każdym człowieku dostrzegać godność dziecka Bożego, widzieć w nim Chrystusa. Kiedy zdawało mi się, że potrafię być dla każdego przyjazny, jakże szybko przekonywałem się, iż jestem daleki od tego ideału. Ujawniało się to przy najbliższym spotkaniu z człowiekiem, który swoim wyglądem czy też zachowaniem budził moją odrazę, a który liczył na udzielenie mu pomocy. Ofiarowałem mu jakiś grosz, ale nie omieszkałem dorzucić przykrej uwagi i oczywiście usiłowałem jak najszybciej pozbyć się natręta. Nie potrafiłem okazać mu szacunku. Zapominałem, że jest on, tak samo jak ja, umiłowanym dzieckiem Boga. Teraz wiem, że znakiem zażyłości z Bogiem jest sposób, w jaki odnoszę się do drugiego człowieka. Uniesienie, zachwyt na modlitwie, mogą okazać się ułudą, jeżeli w praktyce nie towarzyszy temu pełne życzliwości nastawienie wobec bliźnich.

Lubię przebywać w cichym kościele czy w kaplicy i tak po prostu trwać przed Chrystusem, właściwie o niczym nie myśląc. Nie sięgam po modlitewnik. Po prostu trwam. Czy można to nazwać prawdziwą modlitwą? Jestem przekonany, że tak. Są to chwile, w których odzyskuję pokój, równowagę i siłę duchową. Lubię też samotność w lesie. Las kieruje moje myśli ku Stwórcy. Nieraz wpadam w zadumę, gdy wieczorem zapatrzę się w niebo. Urzeka mnie to niezwykłe misterium. Z zachwytem myślę o niewyobrażalnych przestrzeniach, o ziemi. Kim jesteś, Boże? Urzeczony gwiaździstym niebem powtarzam za psalmistą: O Panie, nasz Boże, jak przedziwne Twe imię... (Ps 8, 2). Jak liczne są dzieła Twoje, Panie! Ty wszystko mądrze uczyniłeś: ziemia jest pełna Twych stworzeń (Ps 104, 24).

Wiem, co to znaczy być ogołoconym z obecności Bożej, doświadczać lęku, który szarpie wnętrzem i jest nie tylko wyrzutem sumienia, ale jakby wkradającym się piekłem, brzegiem wewnętrznej rozpaczy. Doświadczałem takich bolesnych odczuć, ale na szczęście tylko "z daleka" i na krótką chwilę. Obawiam się jednak takich doświadczeń. Cóż może być gorszego od stanu ducha, w którym człowiek czuje się opuszczony, bez nadziei, jakby bez możliwości uczepienia się kogokolwiek, a w głowie pojawia się myśl, że to z własnej winy? Wierzę jednak, że gdyby takie chwile powróciły, Bóg będzie blisko mnie. Mam także inne doświadczenie Bożej obecności: odczucie delikatnego tchnienia Ducha Świętego, które ogarnia duszę pokojem, wiosenną świeżością, kojącą muzyką. Z serca wyrywa mi się wówczas okrzyk: Kim jesteś, Boże, że mnie miłujesz?! Przeżycia te zachowuję w moich wspomnieniach i one dodają mi otuchy. Coraz lepiej pojmuję, że pokój, ukojenie ducha są darem nieba. Nie mogę więc sam po nie sięgać, ale jedynie powtarzać za psalmistą: Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył? (Ps 116, 12).

I dziś nie opuszczają mnie pewne wątpliwości. Zastanawiam się na przykład, czy wyrażam pełną zgodę na moje cierpienie. Czyż można osiągnąć wewnętrzną równowagę, pogodę ducha bez przyjęcia cierpienia? Przecież w cierpieniu odkrywamy prawdę o sobie i o przemijaniu. Teraz dostrzegam wyraźniej, że cierpienia fizyczne czy psychiczne pomogły mi wejść głębiej w życie duchowe, widzieć lepiej, że wszystko jest w ręku Boga.

Zastanawiam się niekiedy, czy nie układam sobie życia dla własnej wygody, kierując się zasadą, by nikomu się nie narazić? Czy lęk przed ośmieszeniem, krytyką, złośliwą reakcją innych nie paraliżuje mnie, nie skłania do ukrywania własnych przekonań? Czy strach nie jest moim złym doradcą?

Już w młodości nieraz myślałem o śmierci. Wyobrażałem sobie, że jestem pogodzony z wolą Bożą i w pokoju ducha przekraczam próg wieczności. Chciałem się spotkać z Chrystusem. Później przekonałem się, że wyobrażenia te były bardziej marzeniami niż rzeczywistością, ponieważ nie mogę przewidzieć, jak się zachowam w tej ważnej chwili. Po prostu wiem, że nie wiem, jak to będzie. Modlę się więc tylko, bym się w tych ostatnich godzinach nie zawiódł.

Dziś wiem, że częste myślenie o śmierci nie jest konieczne. Czy nie wystarczy godnie żyć, cieszyć się życiem, służyć innym, dziękować za każdy przeżyty dzień i trwać w całkowitym zawierzeniu Bogu? Czy nie jest to najlepsze przygotowanie do śmierci?

Moje życie jest falowaniem. Raz doświadczam wielkiej bliskości Boga, innym razem jest ono jakby bez polotu, bez odczuwania Boskiego tchnienia. Wtedy człowiek wydaje się sobie taki mały, ograniczony do przyziemnych, doraźnych zachcianek, pozbawiony zdolności do głębszego spojrzenia na rzeczywistość. Co wtedy? Trzeba sobie przypomnieć, że pewne dobre przyzwyczajenia, nawet rutynowo wypełniane zadania, pomagają utrzymać się na właściwej drodze.

Pod wieczór życia przekonuję się, że prócz Chrystusa nikt nie zdoła wypełnić mojej samotności, mojej pustki. W Nim znajduję ukojenie, bo On jest Zmartwychwstaniem i Życiem, jest Bogiem z nami. Powiedział przecież: A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28, 20). Jest Bramą do wiekuistego życia. Coraz więc częściej wyrywa się w różnych chwilach z głębi mojej duszy: Panie Jezu...

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Moje targowanie się z Bogiem
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.