Wykopał w jej sercu studnię
Południe, sam środek dnia, słońce pali tak mocno, że jedynym pragnieniem jest odrobina cienia i łyk czegoś zimnego. To jest godzina szósta według czasu biblijnego. Właśnie wtedy, w największym upale, Jezus siada przy studni Jakuba. Jest zmęczony drogą. To Bóg, który nie boi się ludzkiego znużenia, kurzu na sandałach i potu na czole. I wtedy pojawia się ona – Samarytanka. Przychodzi po wodę w porze, w której nikt normalny nie idzie do studni. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że nie chce nikogo spotkać. Chce uniknąć spojrzeń, szeptów za plecami i oceniania. Jej życie jest skomplikowane, a studnia to miejsce towarzyskie, gdzie łatwo o zranienie.
Spotkanie, które opisuje nam dzisiejsza Ewangelia, to jedna z najbardziej fascynujących rozmów w całej Biblii. To nie jest zwykła wymiana zdań, ale cierpliwe „dokopywanie się” Jezusa do serca tej kobiety. Jezus jest tutaj Mistrzem delikatności. Zaczyna od czegoś tak banalnego i przyziemnego, że aż trudno w tym na początku dostrzec sacrum: „Daj Mi pić!” (J 4,7). I w tym momencie zaczyna się wielkie burzenie murów. Musimy zrozumieć, że Jezus łamie tu co najmniej trzy potężne tabu, które w tamtych czasach były nie do pomyślenia. Po pierwsze, rozmawia z Samarytanką, a jak zauważa sam Ewangelista: „Żydzi bowiem i Samarytanie unikają się nawzajem” (J 4,9). To była wrogość religijna i etniczna, która trwała od pokoleń. Po drugie, jako mężczyzna rozmawia sam na sam z kobietą w miejscu publicznym, co było skandalem obyczajowym. I po trzecie, rozmawia z kimś, czyje życie moralne, delikatnie mówiąc, było dalekie od ideału.
Jezus jednak nie przejmuje się schematami. On widzi człowieka tam, gdzie inni widzą tylko „grzesznicę” albo „wroga”. Ta rozmowa toczy się warstwami. Jezus płynnie przechodzi od kwestii wody do spraw dotyczących wieczności. Kiedy ona mówi o wiadrze i głębokiej studni, On odpowiada: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu” (J 4,13-14). To jest niesamowite, jak dotykając jej codziennych braków, pokazuje jej głód, którego ona sama być może jeszcze nigdy na głos nie nazwała – głód miłości, akceptacji i sensu.
Najbardziej poruszający moment następuje jednak wtedy, gdy Jezus dotyka jej „pęknięcia”. Mówi: „Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj!” (J 4,16). Kiedy ona odpowiada, że nie ma męża, Jezus nie wytyka jej palcem, nie robi wykładu o moralności, nie potępia. On po prostu stwierdza fakt: „Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem” (J 4,18). Jezus wyciąga na światło dzienne jej prawdę, ale robi to z taką miłością, że ona nie ucieka, lecz czuje się w końcu zauważona, a nie osądzona. To spotkanie uczy nas, że za tym, co zewnętrzne – za naszymi maskami, za tym, jak się prezentujemy światu – zawsze kryje się jakaś głębia, często pełna bólu i niespełnionych tęsknot. Nawet gdy rozmowa schodzi na tematy teologiczne (spór o to, gdzie należy wielbić Boga – na górze Garizim czy w Jerozolimie), Jezus znów sprowadza wszystko do wnętrza: „Nadchodzi jednak godzina, nawet już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli szuka Ojciec” (J 4,23). To nie miejsce jest ważne, ale serce.
Dzięki tej niezwykłej cierpliwości Jezusa, Samarytanka staje w prawdzie. I to ją wyzwala. Zostawia swój dzban – symbol jej codziennego trudu i ucieczki – i biegnie do miasta, by powiedzieć wszystkim: „Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?” (J 4,29). Jej świadectwo jest tak autentyczne, że inni Samarytanie przychodzą do Jezusa i sami rozpoznają w Nim Zbawiciela. Jej pragnienie zostało ugaszone u źródła, którym jest sam Bóg, a Ona sama stała się źródłem Dobrej Nowiny dla innych. Jezus wykopał w jej sercu studnię, z której inni mogli zaczerpnąć wody, by dojść do poznania Jego samego.
Postawa Mistrza z Nazaretu – pełna szacunku, cierpliwości i miłości do kogoś „innego” – jest dla nas ogromnym wyzwaniem. Tak łatwo przychodzi nam oceniać ludzi, którzy nie podzielają naszej wiary, którzy żyją inaczej, albo wręcz wyśmiewają to, co dla nas święte. W drugim czytaniu Paweł Apostoł pisze: „Bóg zaś okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdy byliśmy jeszcze grzesznikami” (Rz 5,8). Jezus nie czekał, aż Samarytanka się nawróci, by z nią porozmawiać. On wyszedł do niej pierwszy, gdy była w samym środku swojego pogmatwanego życia. My też jesteśmy wezwani do miłości, która nie stawia warunków wstępnych. Mamy być ludźmi, przez których inni poczują się kochani przez Boga, a nie osądzeni przez „sprawiedliwych”.
Czasem jednak największym problemem nie są inni, ale my sami i nasze twarde serca. W pierwszym czytaniu widzimy Izraelitów na pustyni, którzy szemrzą przeciwko Mojżeszowi, bo nie mają wody. Są zrozpaczeni, wściekli, pełni pretensji. A Bóg mówi do Mojżesza: „Oto Ja stanę przed tobą na skale, na Horebie. Uderzysz w skałę, a wypłynie z niej woda, i lud zaspokoi swe pragnienie” (Wj 17,6). To niesamowity obraz: woda wypływa z twardej, suchej skały. Dla Boga nie ma sytuacji bez wyjścia. Nie ma takiej pustyni, na której On nie mógłby stworzyć oazy. Nie ma takiej śmierci, której On by nie pokonał. Często nasze serca przypominają taką skałę – są twarde od rozczarowań, zgorzkniałe od niepowodzeń, a przez to zamknięte na drugiego człowieka. I na to przychodzą słowa psalmu: „Obyście dzisiaj usłyszeli głos Jego: «Niech nie twardnieją wasze serca jak w Meriba, jak na pustyni w dniu Massa (…)»” (Ps 95,7-8). Bóg chce uderzyć w skałę mojego serca, ale nie po to, by ją rozbić w pył, lecz by wydobyć z niej życie. On chce, bym przestał się bać mojej prawdy, tak jak przestała się jej bać Samarytanka przy studni.
Wielki Post to właśnie taki czas „dokopywania się”. Jezus siada przy studni mojej codzienności i mówi: „Daj Mi pić!”. On nie potrzebuje mojej wody, On chce mojego serca. Chce, żebym stanął przed Nim bez dzbana, bez masek, z całą moją być może bardzo skomplikowaną historią. On nie przyszedł mnie potępić, ale powiedzieć, że zna moje „pięć mężów” – moje wszystkie nieudane próby znalezienia szczęścia tam, gdzie Go nie ma – i mimo to, a może właśnie dlatego, kocha mnie i chce dać mi wody żywej.
Spotkanie z Jezusem zawsze jednak owocuje wyjściem do innych. Samarytanka nie zatrzymała odkrycia Chrystusa tylko dla siebie. Stała się apostołką, a jej radość była większa niż wstyd. Jeśli naprawdę spotkam Jezusa w tej Ewangelii, jeśli pozwolę Mu przejść przez moje schematy i uprzedzenia, to nie będę mógł już milczeć. Świat potrzebuje nas jako autentycznych świadków, którzy stanęli w prawdzie o sobie i pozwolili się Bogu pokochać w swojej słabości, a dzięki temu zaczęli widzieć w ludziach wokół siebie nie przeciwników, ale spragnionych wędrowców, którym trzeba wskazać drogę do Źródła.


Skomentuj artykuł