Zabolał mnie list ks. Szymika. Nie chcę dla księży życia, w którym jest cierpienie, a nie ma miłości

Zabolał mnie list ks. Szymika. Nie chcę dla księży życia, w którym jest cierpienie, a nie ma miłości

Dawno nie widziałam w katolickich przestrzeniach tak potężnej reakcji na czyjś tekst, jak w ostatnich dniach po tekście ks. Szymika w „Gościu Niedzielnym”. Gdy czytam kolejne pojawiające się listy, wpisy i komentarze, myślę sobie, że to bardzo dobrze, że ksiądz-poeta napisał taki właśnie tekst: mało co jest w stanie wywołać podobną dyskusję, a to jest dyskusja bardzo, bardzo nam teraz w Kościele potrzebna.

Mnie też mocno dotknęły słowa, które okazały się najbardziej kontrowersyjne: „cierpienie jest dla ciebie, miłość dla owiec”. Może dlatego, że znam od strony serca życie różnych księży i bywam doraźnie towarzyszką w momentach kryzysów czasami całkiem obcych mi osób. A wtedy wiele cierpienia widać mocno i wyraźnie. I jeszcze wyraźniej widać spod niego głęboką potrzebę doświadczenia Bożej miłości i czułości. Tak po prostu: żeby poczuć, gdy jest źle, że nie jest się samemu, że Ojciec przytulił.

Kim byłby Bóg, gdyby miłość była „tylko dla owiec”? Próbuję sobie przetłumaczyć ks. Szymika, bo jest w tych słowach taka gorycz, która mi nie pasuje do poziomu jego akceptacji dla trudności życia kapłańskiego, górnolotnie rzecz ujmując. I gdyby to jego zdanie było o dwie trzecie krótsze, mogłabym jeszcze zrozumieć, że jest to mądrość człowieka doświadczonego i dojrzałego duchowo: cierpienia w życiu nie da się uniknąć. Jest wpisane w sens życia i ma swoje zadanie w każdej ludzkiej historii. Wtedy samo „cierpienie jest dla ciebie” jeszcze by się dla mnie obroniło. Bo cierpienie rzeczywiście jest dla każdego i nie ma nikogo, kto by go w życiu uniknął. Przestroga przed tym, by się nie spodziewać, że jak już zostajesz księdzem, to będziesz do końca życia spacerował w ochronnym obłoku łaski i nie doświadczysz żadnych zranień, jest bardzo słuszna.

Tylko, że to rozróżnienie: cierpienie jest dla ciebie, a miłość dla owiec – jest tak pełne goryczy, że trudno mi je czytać bez bólu w sercu.

Boli, bo wizja, w której jedno dziecko dostaje miłość, a drugie tylko cierpienie i jeszcze nieustanne okazje do oglądania, jakie to drugie jest kochane, jest bardzo odległa od wizji Boga, który jest dobry, czuły, łagodny i miłosierny dla każdego ze swoich dzieci. Każdego. Ze święceniami i bez.

Gorąca dyskusja, która się pojawiła po liście ks. Szymika, pokazuje też, że zmienia się nasza wizja kapłaństwa. Wiemy już, że prezbiterzy nie są „aniołami w ciele”, i jesteśmy gotowi po prostu przyjąć fakt, że ten ksiądz, od którego jeszcze pokolenie temu wymagało się wysokiego stopnia doskonałości i bezproblemowości, może mieć słabszy dzień, kryzys, kłopoty, wpaść w uzależnienie, mieć depresję. I że istnieje cierpienie wpisane w życie, które jakoś jest konieczne, oraz cierpienie, które wcale konieczne być nie musi, bo mamy sprawdzone sposoby na to, by na przykład wyjść z depresji czy stanów lękowych.

Jestem zdania, że nie do pogodzenia z wiarą jest twierdzenie, że ten sam Bóg, który wprost obiecuje, że gdy będziesz chodzić Jego ścieżkami, osiągniesz szczęście i dobrze ci będzie, mógłby dla części swoich dzieci zrobić wyjątek i powołać je do życia w cierpieniu bez pocieszenia, w perspektywie, że miłość jest dla innych (i nie chodzi mi o miłość w sensie romantycznym, ale o poczucie, że Bóg naprawdę cię kocha).

Fakt,  że tak wiele osób, łącznie z abp Galbasem (bezprecedensowo!) odniosło się do tych słów, jest dla mnie dowodem, że mocna część Kościoła nie chce dla księży życia, w którym jest cierpienie, a nie ma miłości.

W ostatnich latach boleśnie jako Kościół odkrywaliśmy, do czego prowadzi życiowa separacja duchownych i oczekiwanie od nich absolutnej nienaganności bez prawa do kryzysów, za to z dużą ilością „jakoś musi sobie ksiądz poradzić”. Powstają miejsca pomocy, wspólnoty, konfraternie, w których jedni ludzie są gotowi nieść cierpienie innych i przypominać, że Bóg ich kocha, naprawdę kocha i daje pocieszenie i pokrzepienie. I to jest dobre. I tego nam bardzo w Kościele potrzeba. Może właśnie po to potrzebny był ten list: żebyśmy porządnie, a nie miejscami i pokątnie, zaczęli dyskusję o tym, jak w Kościele dbać o siebie nawzajem, niezależnie od rodzaju powołania, po prostu mając z tyłu głowy słowa: "jedni drugich brzemiona noście". 

I jeszcze jedno: nie da się zaprzeczyć, że są w tym liście cenne, sensowne wskazówki - zwłaszcza ta o homiliach, ale nie tylko. Jedno zdanie, z którym nagle nie zgadza się ćwierć świata, nie dyskredytuje doświadczenia ani mądrości wiernego przez lata księdza. Widzę, że znaleźli się już surferzy algorytmów, którzy widzą tylko jedno zdanie i na jego podstawie wygłaszają opinię o człowieku, o którego istnieniu - mam takie mocne wrażenie - nie bardzo do tej pory mieli pojęcie. To krzywdzące i nie mam na to zgody; bo czym innym jest dyskusja o jednym zdaniu, a czym innym dyskredytowanie czyjegoś życia.  

DEON.PL POLECA

 

DEON.PL POLECA

Marta Łysek - dziennikarka i teolog, pisarka i blogerka. Twórczyni Maluczko - bloga ze Słowem, współautorka "Notesów duchowych", pomagających wejść w żywą relację z Ewangelią. Sporadycznie wykłada dziennikarstwo. Debiutowała w 2014 roku powieścią sensacyjną "Na uwięzi", a wśród jej książek jest też wydany w 2022 roku podlaski kryminał  "Ciało i krew". Na swoim Instagramie pomaga piszącym rozwijać warsztat. Tworzy autorski newsletter na kryzys - "Plasterki". Prywatnie żona i matka. Odpoczywa, chodząc po górach, robiąc zdjęcia i słuchając ciszy.  

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Tematy w artykule

Skomentuj artykuł

Zabolał mnie list ks. Szymika. Nie chcę dla księży życia, w którym jest cierpienie, a nie ma miłości
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.