Gdybyś umarł za tydzień, szukałbyś "ratunku" u uzdrowiciela?
Kilka dni temu świat obiegła wiadomość o śmierci Anatolija Kaszpirowskiego. To psychiatra oraz hipnotyzer, który w latach 80. i 90. zyskał ogromną sławę przez telewizyjne seanse hipnozy. Według danych gromadziły w Polsce ok. 60 procent widowni. Sama mam w pamięci moją babcię, która przeganiała nas z pokoju, siedząc jak zaczarowana przed telewizorem i robiąc to, co zalecał hipnotyzer. Dziś można się z tego śmiać i mówić, że to istne szaleństwo, ale nie byłabym sobą, gdybym z przekorą nie zapytała: a ty gdzie idziesz po pomoc, gdy wszystko ci się sypnie? Gdybyś usłyszał dziś diagnozę, że został ci tydzień życia, czy nie szukałbyś „pomocy” u uzdrowicieli?
Od lat mam takie poczucie, że za mało mówimy w Kościele o tym jakie zagrożenia kryją się za korzystaniem z pomocy wróżek, hipnozy, uzdrowicieli czy szeptuchy. Za mało słyszymy wprost, że to grzech ciężki, łamiący przykazanie „nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Kto nie ma w rodzinie osoby, która doczepia czerwoną wstążeczkę do wózka małego dziecka? Nie oszukujmy się, pobożność ludowa ma się dobrze, ale z katolicką nauką ma niewiele wspólnego. Oburzonych tą tezą proszę zacząć witać się przez próg, przechodzić pod drabiną i nie łapać za guzik, gdy widzą kominiarza. Pewnie znalazłoby się tego dużo więcej, ale…
Znam wiele osób, które są bardzo świadomymi katolikami. Gdy coś ich zatrzyma, szukają tak długo, aż znajdą odpowiedź zgodną z tym, czego naucza Kościół katolicki. Gorzej jeśli osoba poszukująca nie ma w swoim otoczeniu nikogo, do kogo mogłaby zwrócić się o pomoc i choćby wskazówkę gdzie szukać odpowiedzi. Jeszcze gorzej jeśli nie ma w swoim otoczeniu świadka żywej, realnej wiary w obecność Boga w swoim życiu. Gdy dostajemy trudną diagnozę, czy nasze myśli od razu powędrują do sakramentu namaszczenia chorych? Wątpię. Gdybyśmy dziś usłyszeli, że został nam tydzień życia, czy nie szukalibyśmy ratunku za wszelką cenę, również u uzdrowicieli? Tego tak naprawdę nie wiemy, dopóki życie nie powie: sprawdzam! Dlatego nie odważę się oceniać tych ludzi, którzy czekali na kolejne seanse Kaszpirowskiego. Widocznie dawał im to, czego nie doświadczali w żadnym innym miejscu.
Smuci mnie to, że parafialne katechezy sakramentalne kończą się zaraz po bierzmowaniu. Nauki przed ślubem czy chrztem dziecka to wciąż za mało i w takiej formie, którą ludzie uważają za zło konieczne, byleby zaliczyć i zapomnieć. Kościół potrzebuje świadków. Księży, którzy będę chcieli słuchać spowiedzi z empatią, a nie tak jakby dyżur w konfesjonale dostali za karę. Kapłanów, którzy będą mówić z ambony o rzeczach trudnych, ale w taki sposób, by nie walić wiernych po głowie, ale unaocznić im: „w Bogu masz wszystko, On jest najlepszym uzdrowicielem, przyjdź do Niego. Po zdrowie, po siłę, po mądrość. Jeśli potrzebujesz sakramentów, zadzwoń, znajdę dla ciebie czas nie tylko na ich udzielenie, ale i rozmowę o tym, co dla ciebie trudne”. Wciąż nie jest to w Kościele standard. Nie jest standardem również to, że ludzie świeccy są świadkami Ewangelii. Tak, jakbyśmy wstydzili się tego, że od wróżki wolimy Słowo Boże, a od uzdrowiciela sakramenty. Tak, jakbyśmy nigdy nie doświadczyli tego, że Jezus zmartwychwstał, żyje i jest realny. Można więc przyjść do Niego ze wszystkim co jest dla nas ważne. Zawsze…
Zanim przyjdzie trudna diagnoza, albo sytuacja, która nas zmiecie z planszy, zacznijmy traktować nasze życie duchowe na poważnie. Tak, by w sytuacji granicznej pierwszym odruchem nie był uzdrowiciel, ale Bóg. Najlepszy Lekarz, najczulszy Towarzysz i Przyjaciel, który zawsze na nas czeka. Bez względu na to co się dzieje, On jest i niech ta myśl przychodzi naturalnie. Zanim pojawią się inne opcje, którym ciężko będzie się oprzeć…


Skomentuj artykuł