Męczennicy komunizmu nie proszą o pamięć – wzywają do wierności prawdzie
23 sierpnia będziemy obchodzić Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu. Dla wielu to tylko data w kalendarzu, kolejna rocznica, którą można odhaczyć i przejść do porządku dziennego. Dla Kościoła – a zwłaszcza dla Kościoła w Polsce – to coś znacznie więcej. To dzień, w którym nie wolno nam pozwolić, by pamięć stała się jedynie rytuałem. Bo męczennicy komunizmu nie są figurami z podręcznika historii. Są żywym wezwaniem.
Podczas audiencji generalnej 19 sierpnia, papież Leon XIV mówił o muzyce sakralnej jako o tym, co jednoczy głosy i serca w jednej pieśni uwielbienia. Przypomniał, że śpiew liturgiczny „sprzyja komunii” i pozwala przezwyciężać różnice. W tych słowach, choć dotyczyły liturgii, wybrzmiewa coś głębszego: prawdziwa jedność rodzi się z prawdy, a nie z zapomnienia. A prawda o XX w. jest bolesna. Dwaj totalitaryzmy – brunatny i czerwony – zabiły miliony. Pakt Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku był nie tylko dyplomatycznym aktem. Był zielonym światłem dla zbrodni. Kościół zapłacił za tę prawdę wysoką cenę. Wśród ofiar komunizmu są setki kapłanów, zakonnic, świeckich. Dwaj z nich szczególnie mocno zapisali się w polskiej pamięci: błogosławiony ks. Władysław Findysz i błogosławiony ks. Jerzy Popiełuszko.
Ks. Władysław Findysz, którego w czasie środowej audiencji wspomniał papież, mówiąc, że „jego świadectwo przypomina, że cywilizację miłości buduje się przebaczając i zwyciężając zło dobrem”, zmarł 21 sierpnia 1964 roku (liturgiczne wspomnienie Kościół obchodzi 23 sierpnia). Był zwykłym proboszczem z Nowego Żmigrodu. Nie spiskował, nie organizował podziemia. Po prostu prowadził duszpasterstwo. Wysyłał parafianom listy z prośbą o odnowę życia religijnego. Za to komunistyczny sąd skazał go na dwa i pół roku więzienia. Był już ciężko chory. Władze wiedziały, że potrzebuje operacji. Nie pozwoliły. Zmarł wycieńczony, po miesiącach cierpień zadanych in odium fidei – z nienawiści do wiary. Jako pierwszy Polak został oficjalnie uznany przez Kościół za męczennika systemu komunistycznego.
Ks. Jerzy Popiełuszko był nieco inny. Kapelan „Solidarności”, kaznodzieja, który mówił prosto: „Zło dobrem zwyciężaj”. Służba Bezpieczeństwa porwała go, skatowała i wrzuciła do rzeki. Jego śmierć w 1984 roku stała się symbolem. Nie tylko dla Polski. Dla całego Kościoła za żelazną kurtyną.
Obaj księża nie szukali śmierci. Szukali wierności. I właśnie dlatego są nam dziś potrzebni. Bo męczeństwo komunizmu nie skończyło się wraz z upadkiem Związku Sowieckiego. Zostało w nas jako pytanie: czy potrafimy jeszcze bronić prawdy, gdy jest niewygodna? Czy potrafimy być wierni, gdy kosztuje to karierę, spokój, a czasem i życie?
Leon XIV mówił w środę o komunii głosów. Męczennicy komunizmu uczą nas innej komunii – komunii z tymi, którzy nie zgodzili się na kłamstwo. Oni nie budowali pomników samym sobie. Budowali Kościół, który nie ugiął się przed władzą, która chciała być bogiem. Europejski Dzień Pamięci Ofiar Stalinizmu i Nazizmu ma dla Kościoła ogromne znaczenie właśnie dlatego, że przypomina: totalitaryzm nie zaczął się od gazu i gułagu. Zaczął się od pogardy dla sumienia. Od zakazu mówienia prawdy. Od próby wymazania Boga z przestrzeni publicznej. Dziś, gdy w Europie coraz częściej słyszymy, że pamięć o komunizmie jest „polityczna” albo „nieaktualna”, warto wrócić do Findysza i Popiełuszki. Oni nie są bohaterami jednej opcji. Są świadkami. A świadkowie nie proszą o oklaski. Proszą o naśladowanie.
Teza jest prosta i niewygodna: męczennicy komunizmu są dla nas wzorem. Nie dlatego, że zginęli. Dlatego, że żyli tak, jakby Bóg naprawdę istniał. I jakby prawda była ważniejsza niż bezpieczeństwo. Jeśli tego nie zrozumiemy, ten dzień pozostanie tylko datą. A pamięć – kolejnym pustym słowem.


Skomentuj artykuł