Modlitwy nad Donaldem Trumpem. Czy właśnie trwa wojna religijna?
Gołym okiem widać, że w trwająca właśnie wojnę na Bliskim Wschodzie zaangażowani są wyznawcy trzech wielkich religii monoteistycznych. Czy mamy do czynienia z rzeczywistą wojną religijną, czy też z narracją, która ma ją zasugerować?
Media na całym świecie obiegły nagrania i zdjęcia, pokazujące czterdziestego siódmego prezydenta Stanów Zjednoczonych siedzącego w skupieniu, z zamkniętymi oczami, przy biurku w Gabinecie Owalnym. Wokół niego duża grupa ludzi w charakterystycznych postawach i gestach. Nie trzeba być ekspertem, żeby się zorientować, co uwieczniono. To była modlitwa nad Donaldem Trumpem.
W czwartek, 5 marca, w Białym Domu przywódca jednego z wielkich ziemskich mocarstw spotkał się z pastorami i liderami religijnymi z całych Stanów Zjednoczonych. Jak się okazało, nagranie z tego wydarzenia upubliczniła Margo Martin, doradczyni prezydenta Trumpa ds. komunikacji. Nie ma więc wątpliwości, że moment zbiorowej modlitwy nad amerykańskim przywódcą ujawnimy został z rozmysłem. To kolejny element kreowania jego wizerunku, mający za zadanie przypomnieć o trwających od lat dobrych relacjach Donalda Trumpa z licznymi (choć nie ze wszystkimi) środowiskami religijnymi, odwołującymi się do chrześcijaństwa.
Wśród obecnych na spotkaniu z prezydentem USA szybko rozpoznany został pastor Tom Mullins z Christ Fellowship na Florydzie. Według pojawiających się relacji i komentarzy, to on rozpoczął utrwaloną na filmiku modlitwę. Rozpoznano też innych, jak to nazwano, "wpływowych przedstawicieli środowisk religijnych". Znalazła się wśród nich Paula White-Cain, kaznodziejka chrześcijańskiej Niezależnej Sieci Charyzmatycznej (Independent Network Charismatic - INC) z Florydy. Trump wybrał ją na szefową utworzonego przez niego w lutym zeszłego roku Biura Wiary w Białym Domu.
Wśród modlących się nad prezydentem Stanów Zjednoczonych znalazł się także Robert Jeffress z Pierwszego Kościoła Baptystów w Dallas. Był też znany w USA pastor Greg Laurie. Byli liderzy organizacji konserwatywnych, tacy jak Ralph Reed, Gary Bauer oraz William Wolfe. Nie odnotowano żadnego duchownego Kościoła katolickiego.
O co modlili się uważający się za chrześcijan religijni przywódcy amerykańscy w Gabinecie Owalnym? Prosili o dalsze błogosławieństwo i łaski dla prezydenta. Modlili się o mądrość z nieba, która napełni jego serce i umysł. "Panie, Ty go poprowadź w tych trudnych czasach, z którymi się dziś zmagamy" - brzmiały słowa modlitwy. Była w nich prośba o łaskę i chronienie go. Amerykańscy pastorzy modlili się też o Bożą łaskę i ochronę amerykańskich wojsk i wszystkich, którzy w nich służą. Jednak przede wszystkim modlono się za Donalda Trumpa: "Ojcze, modlimy się do Ciebie, abyś nadal dawał naszemu prezydentowi siłę, której potrzebuje do tego, aby prowadzić nasz wielki naród, gdy dążymy do bycia jednym narodem w imię jedynego Boga, z wolnością i sprawiedliwością dla wszystkich. Modlimy się o Twoje błogosławieństwo dla niego w imię Jezusa".
Niektórzy komentatorzy zwrócili uwagę, że spotkanie prezydenta Stanów Zjednoczonych z religijnymi liderami nie jest niczym nadzwyczajnym, ponieważ także niektórzy z poprzedników Donalda Trumpa nie stronili od religijnych wydarzeń i deklaracji. Abraham Lincoln nawet kilkukrotnie wzywał naród do upokorzenia, postu i modlitwy. Jednak nie można stracić z oczu kontekstu, w jakim udostępniony został filmik, pokazujący modlitwę w Gabinecie Owalnym. Od sześciu dni trwał atak izraelskich i amerykańskich wojsk na Iran.
W tym samym czasie, niemal od pierwszych dni obecnej wojny na Bliskim Wschodzie, pojawiały się skargi żołnierzy amerykańskich, że ich dowódcy (także podczas odpraw bojowych) dla uzasadnienia zmasowanych działań zbrojnych posługują się retoryką religijną, cytują Biblię, a Donalda Trumpa przedstawiają jako "namaszczonego przez Jezusa". Jeden ze skarżących cytował swego dowódcę, który zachęcał, aby przekonywać żołnierzy, że to, co się dzieje, "jest częścią boskiego planu" i ma przyspieszyć Armagedon oraz powrót Jezusa Chrystusa na ziemię.
Komentatorzy łączą te doniesienia z postawą amerykańskiego sekretarza wojny Pete’a Hegsetha, który znany jest ze wsparcia dla jednego z bardzo konserwatywnych pastorów (organizował dla armii modlitwy z jego udziałem), a w wydanej sześć lat temu książce nawoływał do świętej wojny. Wymowny jest tytuł tej publikacji - "Amerykańska krucjata. Nasz walka o zachowanie wolności". Wciąż można ją kupić w popularnym sklepie internetowych. Wiadomo też, że Hegseth ma tatuaże nawiązujące do wypraw krzyżowych.
Na religijny kontekst wydarzeń zwracają uwagę również obserwatorzy, którzy odnotowali wypowiedź amerykańskiego ambasadora w Izraelu. Zaledwie tydzień przed rozpoczęciem trwających obecnie ataków na Iran Mike Huckabee powiedział w rozmowie z Tuckerem Carlsonem, że nie widzi problemu z ekspansją terytorialną Izraela od Nilu aż po Eufrat. Uzasadnieniem dla takiej wizji mają być biblijne obietnice, które Abraham otrzymał od Boga. Oficjalny protest wystosowało wtedy wiele państw, łącznie z Turcją i Pakistanem.
Nie jest tajemnicą, że idea przyspieszenia Paruzji, powtórnego chwalebnego przyjścia Jezusa Chrystusa na końcu czasów, znajduje poparcie u części amerykańskich katolików. Co prawda, jak zwróciła uwagę Katolicka Agencja Informacyjna, biskupi katoliccy z różnych strona świata, w tym ze Stanów Zjednoczonych, nie poparli działań Izraela i USA w Iranie, przestrzegając przed eskalacją, wzywając do ochrony ludności cywilnej i przywrócenia działań dyplomatycznych, jednak nic nie wskazuje, że wpłynęło to na zmianę poglądów wspomnianej części katolików amerykańskich.
W świetle przedstawionych wyżej okoliczności i uwarunkowań, coraz bardziej sensowne wydaje się pytanie, czy od 28 lutego br. mamy do czynienia z wojną religijną. Gołym okiem widać, że zaangażowani są w nią wyznawcy trzech wielkich religii monoteistycznych. Po wszystkich stronach konfliktu zbrojnego przywoływana jest argumentacja religijna. Może nie jako pierwszoplanowa, ale jednak jest ona w znaczący sposób obecna, a takie wydarzenia, jak modły w Gabinecie Owalnym dodatkowo na nią wskazują.
Być może mamy do czynienia z czymś innym. Z próbą zasugerowania i zbudowania narracji, że toczące się aktualnie na Bliskim Wschodzie walki mają podłoże religijne. Czy w takiej sytuacji wystarczająco mocne okażą się słowa Leona XIV, który w dziewiątym dniu wojny, 8 marca br., po modlitwie Anioł Pański powiedział m.in. "Z Iranu i całego Bliskiego Wschodu nadal napływają wiadomości budzące głębokie przygnębienie. Do przypadków przemocy i zniszczeń oraz szerzącej się atmosfery nienawiści i strachu dochodzi obawa, że konflikt rozszerzy się i inne kraje regionu, w tym drogi Liban, ponownie pogrążą się w destabilizacji". Papież dodał: "Zanosimy naszą pokorną modlitwę do Pana, aby ucichł huk bomb, umilkła broń i otworzyła się przestrzeń dialogu, w której można usłyszeć głos ludów. Maryi, Królowej Pokoju, powierzam następującą prośbę: niech wstawia się za tymi, którzy cierpią z powodu wojny, niech prowadzi serca po ścieżkach pojednania i nadziei".
Papieska modlitwa brzmi inaczej, niż ta z Gabinetu Owalnego.


Skomentuj artykuł