O samotności w sutannie, parafii czy domu zakonnym
Niedawno pojechaliśmy ze wspólnotą na rekolekcje do zaprzyjaźnionego domu rekolekcyjnego. Już od progu dało się wyczuć, że coś wisi w powietrzu – gospodarze miejsca byli serdeczni jak zawsze, ale jednocześnie ewidentnie „na pół obecni” duchem. Niemrawe uśmiechy na powitanie, rozbiegane spojrzenia, ciche rozmowy po kątach. Szybko okazało się, dlaczego. Ich proboszcz – ten sam, który od dziesięcioleci opiekuje się tym miejscem – dostał udaru i dokładnie w dniu naszego przyjazdu trafił do szpitala.
Przyznam, że szalenie poruszało mnie obserwowanie tej sytuacji od wewnątrz. Parafianie, ci pracujący w domu rekolekcyjnym, byli wyraźnie zmartwieni, a jednocześnie nie pozostawali na samym załamywaniu rąk. Deliberowali, wydzwaniali, załatwiali zastępstwa, ogarniali cały plebaniowy wszechświat – bo „ich proboszcz” zachorował. Martwili się o człowieka, a jednocześnie wiedząc, jak bardzo jest oddany miejscu, dbali też o to, żeby wszystkie sprawy związane z jego posługą były zaopiekowane. Żeby jak wróci – a mówili „jak wróci”, nie „jeśli” – zastał swój świat w porządku.
To się nazywa rodzina parafialna – pomyślałam. – Ciekawe czy ten proboszcz ma świadomość, jaki skarb ma w tych ludziach, którzy traktują go jak kogoś swojego, bliskiego, o kogo się trzeba tak po ludzku zatroszczyć, a nie jak funkcjonariusza na stanowisku, od którego się tylko wymaga. Zastanawiałam się nad tym długo, bo zbyt dobrze wiem, ilu księży takiego szczęścia nie ma. Często – dodajmy gwoli ścisłości – także na własne życzenie... Ale o tym za chwilę.
Czy zaprosić proboszcza na obiad?
Bo najpierw chciałabym zaprosić Was do krótkiej autorefleksji – jak my, świeccy, patrzymy na kapłanów/siostry zakonne, których spotykamy w naszym otoczeniu? Czy zastanawiamy się nad tym, czego potrzebują? Czy mają z kim porozmawiać o swoich troskach? Czy potrafimy – bez podejrzliwości i dorabiania niestworzonych teorii – pomyśleć o tym, czy mają przy sobie kogoś, kto tak po ludzku pomaga uporać się z chorobą, samotnością, lękami? Czy chcemy być z nimi tak po ludzku blisko?
Sama łapię się na tym, że bardzo często podświadomie przyjmuję za aksjomat, iż z racji odkrytego powołania ksiądz/brat/siostra zakonna to człowiek z innej gliny. Heros wiary, kobieta o żelaznej sile ducha. On/ona przecież „ma Pana Boga” na wyciągnięcie ręki (w przypadku kapłanów: dosłownie), ma brewiarz, ma Eucharystię, ma wspólnotę – i to wszystko ma być receptą na samotność i zwykłe ludzkie troski, które jakoś (pewnie hartem rozmodlonego serca) po prostu osoby konsekrowane omijają. Wielkie to dla mnie błogosławieństwo, że niektórzy z tych kapłanów stali się na tyle bliscy, by pokazywać mi, jak złudne to wrażenie i jak rachityczne bywają ich związki z bliźnimi. A ksiądz/brat/siostra zakonna – nawet jeśli mają duchowość o głębokości Rowu Mariańskiego – pozostają przecież ludźmi, którzy mają w sobie zaszczepione Boże pragnienie i potrzebę bycia w bliskich relacjach z drugim człowiekiem. Ta myśl często mnie ostatnio stawia do pionu: kiedy ostatni raz zapytałam naszego wikarego czy proboszcza, jak on się tak zwyczajnie, po ludzku ma?
Strategia przetrwania
Trzeba oczywiście zauważyć, że księża często tę samotność bardzo świadomie wybierają. Ba! Z rozmów ze znajomymi klerykami wnioskuję, że w trakcie formacji do tej samotności są wręcz przygotowywani i w jakiś sposób jej uczeni. Przyznam, że raz po raz wraca do mnie zdanie bliskiego mi kapłana, który często powtarza: „Ja się muszę dystansować w relacjach, by chronić własne serce”. W tej perspektywie wybiera się dystans, bo bliskość parzy. Bo świecki nie jest w stanie mnie zrozumieć i wyzwań mojej codzienności. Bo za dwa, trzy lata i tak przyjdzie dekret o przeniesieniu, więc po co się przywiązywać – do ludzi, do miejsca, do czyjegoś stołu, przy którym zaczęło się bywać jak w domu. Przecież i tak prędzej czy później ludzie o mnie zapomną. Lepiej więc od razu zbudować pancerz. Samotność jawi się wtedy jak strategia przetrwania.
Oczywiście kapłan (w sumie jak każdy inny człowiek) potrzebuje samotności. Nie przypadkiem przecież Biblia często nadmienia, że Pan Jezus odchodził na miejsca pustynne, by pobyć samemu z Bogiem. Ale jednocześnie nie mam wątpliwości, iż nie można mylić samotności z osamotnieniem. Samotność wybrana na modlitwie, sam na sam z Ojcem, jest źródłem. Osamotnienie – takie codzienne, systemowe, po ludzku dojmujące – staje się jątrzącą raną. Pierwsza karmi powołanie. To drugie – odziera je z życia. Rzecz w tym, że granica między jednym a drugim przesuwa się niepostrzeżenie. Nikt nie budzi się rano z decyzją: „od dziś będę osamotniony”. To się dzieje na ogół po cichu, dekret po dekrecie, niewykonany telefon po niewykonanym telefonie.
Zwierz samotności
A konsekwencje? Konsekwencje zbyt często wymykają się spod kontroli. O nałogach wśród duchownych mówi się półgębkiem, ale każdy, kto trochę zna Kościół od kuchni, wie, że problem istnieje. Podobnie z depresją – tyle, że ksiądz w kryzysie psychicznym ma dodatkowe piętro trudności do pokonania: komu ma powiedzieć o tym, co boli jego serce? Parafianom, którzy widzą w nim duchowego kierownika? Kurii? Koledze z rocznika, którego widuje raz w roku na wielkoczwartkowej liturgii w katedrze?
No właśnie – komu?
Przyglądam się znajomym kapłanom i widzę, jak kuszące staje się dla nich okno czatu. Sztuczna inteligencja jako powiernik: cierpliwa, dostępna o trzeciej w nocy, niepodnosząca brwi ze zdziwienia. Można z nią pogadać o wszystkim, pomoże napisać kazanie, doradzi, jaki plan treningowy wybrać, by schudnąć. Czat zawsze „wysłucha”, „podpowie” trzy punkty do homilii, a to, że nie zapyta: „księże, co ci leży na wątrobie, siadaj, nalewam zupę, opowiadaj” – to łatwo zignorować. Do czasu. Bo osamotnienie bardzo szybko prowadzi do wyobcowania, a z nim i ból samotności staje się nieznośnie dojmujący, i traci na tym samo powołanie.
Bo ksiądz, który nie dopuszcza do siebie świeckich, nie zna ich życia z bliska, nie widzi, jak wygląda w praktyce wieczór w domu z czwórką dzieci, nie słyszy, jak małżonkowie naprawdę rozmawiają o pieniądzach, zmęczeniu i pragnieniach. W efekcie zaczyna z ambony mówić do ludzi, których nie rozumie, a ryzyko, że dobra nowina zamieni się w moralizowanie – wzrasta. Zamiast inspiracji do pięknego życia pełnią Chrystusa wierni coraz częściej dostają listę zaleceń i/lub pustych frazesów. Nie ze złej woli, broń Boże. Z braku materiału. Bo jak głosić Ewangelię bez wcielenia, bez konkretu życia? Powołanie zaczyna wtedy latać nad ziemią, a dobra nowina jest przecież od samego początku bardzo „przyziemna” – Pan Bóg nie przypadkiem wchodzi w ludzkie ciało, w dom, w relacje międzyludzkie.
Co z tym fantem zrobić?
Na wakacyjnym szlaku trafiliśmy na Mszę sprawowaną przez leciwego kapłana. Był na tyle schorowany, że podczas Eucharystii musiał siedzieć przy ołtarzu na małym taboreciku. Jedno z naszych dzieci bardzo się obruszyło na ten widok. „Jak tak można?! Przecież ten ksiądz nie chodzi z laską, wyszedł do ołtarza tylko trochę przygarbiony!” – szepnęło mi rozgorączkowane do ucha. Ucieszyła mnie ta reakcja, ponieważ zainicjowała bardzo ciekawą rozmowę. Jednym z jej wątków było właśnie osamotnienie kapłanów. „Pamiętasz, jak dziadkowi zaczął szwankować kręgosłup?”. „Pamiętam!”. „Kto się o niego zatroszczył?”. „No babcia, ciocia, wujo, wy...” – wyliczało dziecko. „A skoro wiemy, że w tej parafii mieszka tylko jeden ksiądz, to jak myślisz, kto mu pomaga dojść do siebie w chorobie?”. „Noooo...” – trybiki zaczęły pracować, rozważyliśmy różne warianty, ale wśród nich padło także i to: „nikt”. I oczy dziecka szeroko się otworzyły.
Ile parafii, tyle sytuacji
Jestem przekonana, że każdy Czytelnik może opowiedzieć własną historię i obserwację rodem z pogranicza: świeccy i konsekrowani. Każda z nich będzie w jakiś sposób prawdziwa. Opowiadam jednak te dwa kadry z moich ostatnich tygodni, by podzielić się zachętą: jeśli Twój proboszcz mieszka na plebanii sam, spróbuj w te wakacje zapytać go po prostu, jak się ma. Niezobowiązująco, bez celebry, ot tak, po ludzku. Przypuszczam, że zanim (o ile w ogóle) odpowie coś więcej niż sakramentalne „wszystko w porządku”, trzeba będzie zadać wiele takich pytań. Ale warto próbować, bo dziś okazywanie komuś uwagi zaczyna urastać do rangi uczynków miłosierdzia. I przynosi piękne owoce.
A jeśli jesteś księdzem/ osobą konsekrowaną, to pamiętaj, że nikt od Ciebie nie oczekuje, że musisz być z każdym w przyjacielskiej relacji. Pozwól sobie jednak mieć na parafii „dobrych znajomych”. Świeckich, do których możesz wpaść na kawę bez okazji. Posłuchać o ich realnych problemach – o kredycie, o zbuntowanym nastolatku, o zmęczeniu małżeńskim – i przyglądnąć się ich życiu nie tyle z perspektywy ambony czy konfesjonału, co ze środka. Daj się zaopiekować i pielęgnuj te znajomości nawet wtedy, gdy przyjdzie dekret i przeniosą Cię trzy dekanaty dalej. Rodzina nie przestaje być rodziną po przeprowadzce.
To nie są rady rewolucyjne. Ale zwierza samotności nie pokonuje się polowaniem. Zdecydowanie łatwiej dziada... zagłodzić, nie dokarmiając w sobie zdystansowania. To działa w każdym stanie.

.webp)
Skomentuj artykuł