Ślepa wierność przepisom znieczula serce
Są w życiu sytuacje, w których porządny człowiek ma obowiązek nie stosować się do przepisów prawa. Również urzędnik powinien być przede wszystkim człowiekiem, a nie bezwolnym biurokratą egzekwującym paragrafy tylko dlatego, że ktoś ważny je zredagował i nakazał przestrzegać, bo wydawały mu się sensowne w jakim konkretnym kontekście. Ślepa wierność prawu znieczula serce.
Do mediów trafiła w tym miesiącu bulwersująca informacja o odmowie wysłania karetki, która miała przewieść dwuletnią dziewczynkę do szpitala na umówioną specjalistyczną operację. Jedyny szpital, który zgodził się wykonać zabieg był oddalony od jej miejsca zamieszkania o ponad 400 kilometrów. Lekarz pierwszego kontaktu poprosił o transport "daleki". Dziewczynka nie oddychała samodzielnie. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, w przypadku konieczności korzystania ze świadczeń wysokospecjalistycznych, NFZ może realizować transport "daleki" jedynie do miejsc oddalonych o 60 km (120 km w tę i z powrotem). Tymczasem stan dziewczynki nie pozwalał na przewiezienie jej samochodem osobowym. Gdyby lekarz POZ poprosił o transport tzw. "zwykły", a nie "daleki", nie byłoby problemu – twierdzą pracownicy NFZ. Jednak przepis to przepis. Trzeba się go twardo trzymać. Prośba była o transport "daleki", a na taki zezwolić nie można.
Zareagowali wolontariusze z fundacji zajmującej się tego typu podbramkowymi sytuacjami i wysłali swoją karetkę wraz z lekarzem, która dowiozła dziecko do szpitala.
Żadne przepisy i żadne stanowione prawo nie są ostatecznym wyznacznikiem oceny moralnej ludzkiego postępowania. Czasem przepisy trzeba złamać, by zachować się jak człowiek. Nawet jeśli miałoby to oznaczać zwolnienie z pracy albo więzienie. Odpowiedzialność przed własnym sumieniem powinna być na pierwszym miejscu. Jeśli sumienie zignorujemy, długo nam nie da spokoju. A zdarza się, że zrujnuje całe życie.
W czerwcu 2019 roku prowadzony przez Carolę Rackete statek Sea-Watch 3 uratował 53 migrantów u wybrzeży Libii. Przez kilkanaście dni statek krążył po morzu, ponieważ ówczesny minister spraw wewnętrznych Włoch, Matteo Salvini, powołując się na nowo wprowadzone restrykcyjne prawo, kategorycznie zabronił jednostce wpłynięcia do portu na Lampedusie pod groźbą gigantycznej kary i więzienia.
Po 17 dniach blokady, gdy stan zdrowia uchodźców drastycznie się pogorszył, kapitan Rackete podjęła decyzję o złamaniu zakazu. Wpłynęła do portu bez pozwolenia, taranując blokującą ją motorówkę policyjną, aby bezpiecznie wysadzić ludzi na ląd. Natychmiast po tym została aresztowana.
Pisały o tym media na całym świecie. Ostatecznie włoski sąd w 2020 roku oczyścił Carolę Rackete z zarzutów, uznając, że działała w stanie wyższej konieczności, a ratowanie życia na morzu było jej prawnym i moralnym obowiązkiem, stojącym wyżej niż dekret ministra.
Są sytuacje, w których każdy porządny człowiek ma obowiązek nie stosować się do przepisów prawa, regulaminów i procedur, choćby miał z tego powodu ponieść przykre konsekwencje. Prędzej czy później szlachetne postępowanie zwycięży. Bardzo szanuję dziennikarzy, którzy stają po stronie tego, co po ludzku słuszne i narażają się na krytykę zwolenników prymatu paragrafów nad prawem przyzwoitości. Boję się ludzi, którzy pretendują do trzymania wszystkiego pod kontrolą i mają na wszystko przepisy. Od urzędniczej gorliwości jest niedaleko do znieczulicy, bo choć prawo samo w sobie nie jest złe, to traktowane jako ostateczny wyznacznik moralności, odbiera człowiekowi wrażliwość, wolność i przede wszystkim przyzwoitość.
Są też pozytywne przykłady, w których serce wygrywa z przepisami. O jednym z nich było ostatnio głośno w mediach społecznościowych. Dzieci sprzedawały przy ulicy lemoniadę nie mając pozwolenia na handel. Ktoś wezwał Straż Miejską.
Damian Żurawski na swoim profilu na Facebooku skomentował to zdarzenie i zwrócił się do wszystkich z apelem: "Pozwólcie dzieciom być dziećmi. Jeśli widzicie dzieci, które sprzedają lemoniadę, organizują kiermasz, myją rowery czy próbują zarobić kilka złotych na swoje marzenia, to zamiast dzwonić po Straż Miejską, kupcie kubek lemoniady albo po prostu życzcie im powodzenia. Dzieci mają dziś coraz mniej powodów, żeby wyjść z domu, odłożyć telefon i zrobić coś kreatywnego. Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy widząc uśmiechnięte dzieci, szukają problemu tam, gdzie go nie ma. Nie musicie pomagać. Ale nie odbierajcie dzieciom radości tylko dlatego, że sami już dawno ją zgubiliście. Straż Miejska przyjechała, sprawdziła wszystko i pochwaliła dzieci za higieniczne i odpowiedzialne przygotowanie napoju, a na koniec… wykupiła całą lemoniadę. Brawo dla strażników za zdrowy rozsądek".
.webp)
.webp)
Skomentuj artykuł