Strach się bać jutra. Jak wpadliśmy w tryby presji oczekiwań?
Nic nie spędza człowiekowi snu z powiek tak bardzo jak obawa o jutro. Ludzie XXI wieku żyją pod nieustanną presją posiadania planu na przyszłość. I często bardziej niż sama wizja przyszłości wyniszcza nas poczucie, że nie mamy gotowego scenariusza na kolejny dzień, miesiąc czy następne lata. Ten lęk ogarnia zwłaszcza młodego człowieka.
Tegoroczna wiosna codziennie robi sobie z nas żarty i nieustannie zaskakuje pogodą. Mimo to wielu z nas coraz bardziej wyczekuje słonecznego lata i chwili odpoczynku. Pracownicy planują terminy urlopów, a biura podróży notują wzrost sprzedaży wakacyjnych wyjazdów. A co, jeśli ktoś jeszcze nie wie, kiedy, gdzie, z kim i czy w ogóle gdzieś wyjedzie?
Świat nieustannie powtarza, że dobra organizacja i planowanie są kluczem do sukcesu. Zdrowy rozsądek podpowiada jednak coś zupełnie innego: nie zawsze trzeba mieć gotowy scenariusz. Czasem warto po prostu cieszyć się tym, że – jak mawiał klasyk – „nadszedł dzień dzisiejszy”.
Klęska urodzaju możliwości
Strach przed tym, co przyniesie jutro, szczególnie mocno dotyka młodych ludzi szukających sensu życia i własnej drogi. Współczesne pokolenie ma dostęp do możliwości, o których wcześniejsze generacje często mogły jedynie marzyć. Wraz ze wzrostem poziomu życia pojawiły się większe szanse rozwoju pasji, zdobywania wykształcenia czy poznawania ludzi.
Paradoksalnie właśnie ten dobrobyt stał się dla wielu źródłem lęku. Bo jeśli wszystko wydaje się możliwe, pojawia się pytanie: co wybrać? Jak podjąć dobrą decyzję i nie zmarnować innych szans, które daje los?
Wielu młodych ludzi nie staje dziś przed pytaniem „czy coś mieć”, ale „co wybrać”. Czy iść na studia, czy od razu do pracy? Jeśli studiować, to jaki kierunek? Pojawia się lęk przed oceną, że nie ma się wyższego wykształcenia. A gdy decyzja o studiach już zapadnie, często przychodzą kolejne wątpliwości: czy ta droga zapewni dobrą i godną przyszłość?
Podobnych przykładów można wymieniać znacznie więcej – związki, pracę, budowę domu czy decyzje o przeprowadzce. I choć starsze pokolenia nieraz mówią, że same chciałyby mieć w młodości tak wielki wybór, wcale nie zmniejsza to ciężaru codziennych zmagań współczesnego człowieka. Człowieka, który coraz częściej upada pod presją oczekiwań – cudzych i własnych – żyjąc w nieustannym lęku o przyszłość.
Niszcząca algorytmizacja życia
O presji oczekiwań mówił ostatnio również papież Leon XIV. Podczas wizyty na Uniwersytecie Rzymskim „La Sapienza” przypomniał, że młodzi ludzie żyją dziś pod ogromną presją wyników i oczekiwań: „To kłamstwo wadliwego systemu, dla którego człowiek jest liczbą i staje się ofiarą wyniszczającego współzawodnictwa, a także nakręcającej się spirali rosnących obaw. Przypomina nam to, że nie jesteśmy sumą tego, co posiadamy, ani przypadkowo stworzoną materią w niemym kosmosie. Jesteśmy pragnieniem, a nie algorytmem!”.
Słowa papieskiego przemówienia do studentów rzymskiej uczelni, mówiące, że „jesteśmy pragnieniem, a nie algorytmem”, pojawiły się później w nagłówkach wielu publikacji. W kontekście licznych wypowiedzi Ojca Świętego na temat sztucznej inteligencji zostały one powszechnie odczytane właśnie jako odniesienie do AI. W rzeczywistości kryje się w nich jednak znacznie głębsza prawda niż sama refleksja nad technologią.
Algorytm jest ciągiem działań prowadzących do osiągnięcia konkretnego efektu. Ponieważ pojęcie to kojarzy się przede wszystkim z komputerami i sztuczną inteligencją, naturalne wydaje się odniesienie tych słów do technologii. Papież mówi jednak o czymś dużo szerszym: o algorytmizacji życia, czyli podporządkowaniu człowieka presji oczekiwań, schematów i społecznych wymagań, które coraz częściej czynią z niego jedynie trybik w systemie.
Social media programują nasze życie
Można zapytać, skąd bierze się taki stan rzeczy. Odpowiedź z pewnością jest złożona. Jedną z głównych przyczyn wydają się jednak media społecznościowe, które sprawiły, że codziennie obcujemy z wizerunkami życia innych ludzi. Najczęściej są to obrazy szczęścia, sukcesu i spełnienia.
Być może znajomi wrzucają na Instagrama zdjęcia z kolejnego zagranicznego wyjazdu, podczas gdy ciebie nie stać nawet na kilka dni w Tatrach czy nad polskim morzem. Na Facebooku oglądasz film z wesela dalekiego kuzyna, a właśnie rozpadł ci się związek i zaczynasz myśleć, że w tym wieku już nikogo sobie nie znajdziesz. Na LinkedIn ktoś chwali się kolejnym awansem albo zawodowym sukcesem, podczas gdy ty od miesięcy szukasz pracy i nikt nawet nie odpowiada na wysłane CV.
Wpadliśmy w tryby mediów społecznościowych, które coraz mocniej programują nasze myślenie o świecie, innych ludziach, a ostatecznie także o nas samych. I właśnie to ostatnie może być dziś jednym z największych zagrożeń. Niszczy nas nieustanne porównywanie własnego życia z iluzją rzeczywistości, w której każdy musi być piękny, bogaty, mieć plan na życie, szybki samochód i spędzać wakacje na Majorce.
Banał, który uzdrawia
Chociaż presja i ciągłe porównywanie się z innymi zaczynają przypominać chorobę cywilizacyjną, nie jestem lekarzem, by móc wystawić na nią receptę. Można jedynie powtarzać banalnie brzmiące słowa: idź do przodu, ale daj sobie czas, bo nie wszystko musisz mieć od razu. Bardzo często najprostsze odpowiedzi uznajemy za banalne, a skoro banalne, to wydają się też zbyt łatwe, by mogły naprawdę coś zmienić. A może jednak.
Może zamiast żyć pod ciągłym ostrzałem kultu sukcesu kreowanego przez media społecznościowe, warto po prostu spędzać więcej czasu z drugim człowiekiem. Wtedy szybko okazuje się, że internet jest tylko wycinkiem rzeczywistości. Wokół żyją zwykli ludzie, a nie influencerzy. Ludzie ze zwykłymi samochodami, którzy nigdy nie byli na drugim końcu świata i każdego dnia mierzą się z własnymi problemami, lękami i niepewnością jutra.
A kiedy człowiek choć na moment uwolni się od presji zdobywania tego, czego jeszcze nie ma, może nagle odkryć, że ma znacznie więcej, niż do tej pory potrafił dostrzec.


Skomentuj artykuł