Wychowujemy dzieci uwiązane do telefonów, bo rodzice muszą wiedzieć, co się dzieje. Skąd ta potrzeba kontroli?
Od dłuższego czasu moje rodzinne rozmowy kręcą się wokół tematu kontroli. Tej rodzicielskiej, którą założyliśmy na smartfon syna i tej wynikającej ze zwyczajnej troski, gdy mówię moim dzieciom, że chcę wiedzieć, z kim się spotykają, gdy wychodzą z domu rano i wracają do niego wieczorem. Rozmowy niezwykle ciekawe, bo pokazują mi, jak różne podejścia do wychowania ścierają się wokół mnie.
Pamiętam jedną z wywiadówek, podczas której koleżanka kopała mnie pod ławką, żebym zamilkła. Dyskusja toczyła się wokół telefonów używanych w szkole, czego jestem ogromnym przeciwnikiem. Część rodziców była jednak zdania, że ich dziecko powinno mieć przy sobie smartfon, choćby po to, by napisać wiadomość, gdy dojdzie do szkoły – tak by rodzic nie musiał myśleć, czy dotarło do placówki, czy nie. Zapytałam wtedy z troską, jak daleko mieszka to dziecko. Okazało się, że pięć minut od szkoły... pieszo. Wtedy rzeczywiście zamilkłam, bo poczułam, że mam zupełnie inny model wychowania i bez sensu udowadniać swoją rację: rozmowa po prostu się na tym zakończyła. Czy taka kontrola jest najwyższą formą zaufania, jaką możemy dać dziecku? Czy pomoże mu to być bardziej samodzielnym i odpowiedzialnym? Nie wiem…
Inna sytuacja, z tegorocznych wakacji. Pewna mama opowiadała mi z żalem, że ksiądz, który zabierał jej dzieci na tydzień kolonii, poprosił, żeby nie dawać im telefonów na czas wyjazdu. Zdjęcia zrobiła młodzież, która pojechała z nimi w roli wolontariuszy. Dzieci miały możliwość zadzwonić do rodziców, bo gdy pojawiła się silna tęsknota, korzystały z telefonu księdza albo innego wychowawcy. Dla mnie – rozwiązanie idealne, bo sama miło wspominam swoje wakacyjne wyjazdy (tyle, że trzydzieści lat temu nikt nie myślał o tym, żeby kontaktować się codziennie z rodziną). Zapytałam moją rozmówczynię, czego tak naprawdę się boi. Utraty kontroli? Tego, że nie ma zaufania do kadry i ktoś wychowankom zrobi krzywdę? Czy tego, że dzieci przez tydzień nie będą myć zębów? Nie potrafiła sama sobie na to pytanie odpowiedzieć, a ja bardzo szczerze jej współczułam. Wiem jak - szczególnie my, matki – potrafimy się zamartwiać rzeczami, które nigdy się nie wydarzą. Czy jej dzieci wróciły szczęśliwe do domu? Tak. I radosnym opowieściom nie było końca…
Kochamy, więc się martwimy. Martwimy się, więc szukamy sposobów, by mieć choć nikłe poczucie kontroli. O ile kontrolę rodzicielską i limity nakładane na urządzenia, których używają nasze dzieci, uważam za świetny wynalazek, o tyle sama często łapię się na swojej nadopiekuńczości i mówię: zluzuj, szkodzisz. Rodzicielstwo w wielu aspektach jest jak balansowanie na linie, a wychowanie wiąże się z jakąś formą kontroli. Jak nauczyć się jej w taki sposób, by dziecko miało poczucie, że jest ważne i się nim interesujemy, ale nie miało wrażenia, że mu nie ufamy, bo kontrolujemy na każdym kroku? Nie wiem, ciągle się tego uczę.
Wiele pokazują mi rozmowy z moimi dziećmi, które mają już swoje spojrzenie na świat i na sprawy, które ich bezpośrednio dotyczą. Buntują się przeciwko kontroli i limitom nałożonym na smartfona, ale wiedzą, skąd i dlaczego te limity się wzięły. Wiedzą też, jak wiele troski jest w naszych sercach i jak bardzo chcemy szukać takich rozwiązań, by mimo rodzicielskich lęków mogli się rozwijać i być autonomicznymi jednostkami – wszak dzieci nie są własnością rodziców i dobrze, by były jak najbardziej samodzielne, adekwatnie do swojego wieku i samoświadomości. Jednak popełniamy błędy. Czasem z lęku, czasem z nadmiernej potrzeby kontroli. Nie ma rodziców idealnych i troska nie zawsze idzie w tę stronę, która daje rozwój. To naturalne, że rodzic się martwi. To wspaniale, gdy szuka takich dróg wychowania, które będą pełne troski i obecności. Jednak nie ma jednej słusznej i idealnie skrojonej dla wszystkich granicy. Rozmawiajmy z naszymi dziećmi i pozwólmy im czasem na to, co sami robiliśmy w dzieciństwie, a przed czym dziś panicznie chronimy nasze dzieci. Niech wejdą na drzewo, wyjadą na kilka dni bez telefonu i pójdą same po zakupy. Niech spotykają się z przyjaciółmi i zapraszają ich do swojego domu. Bądźmy czujni, ale nie nadopiekuńczy. Tak, by później wypuścić w świat dorosłego, który nie boi się stawić czoła przeciwnościom i który wie, że zawsze sobie poradzi, a jak go życie przygniecie – może poprosić rodziców o wsparcie. Trudna to sztuka, ale warta treningu.

.webp)
Skomentuj artykuł