Aplikacja albo wykluczenie. Czy jeszcze naprawdę mamy wybór?

Dlaczego bycie offline stało się luksusem? Fot. Chat GPT

Nikt nie zmusza nas do zakładania kont w mediach społecznościowych czy instalowania kolejnych aplikacji. A jednak coraz częściej okazuje się, że bez nich trudno normalnie funkcjonować – załatwić sprawy urzędowe, skorzystać z promocji, odebrać informacje ze szkoły czy utrzymać kontakt z bliskimi. Gdzie kończy się wygoda, a zaczyna cyfrowy przymus? Czy bycie offline stało się dziś luksusem? I co na temat technologii, wolności oraz nowych form wykluczenia ma do powiedzenia chrześcijaństwo? O "pluszowych kajdanach", cyfrowym wykluczeniu i duchowości w świecie aplikacji rozmawiają Magdalena Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku cyklu "Katoliczka w sieci".

Agata Rusek: Powiem Ci szczerze, że mało jest zdań, które doprowadzają mnie do takiej szewskiej pasji, jak to poczciwe "przecież nikt cię nie zmusza". Zazwyczaj słyszę je w wersji rozbrajająco życzliwej – "oj przestań, kto cię zmusza zakładać konto/apkę? Nic nie musisz instalować, nie musisz nosić telefonu, wolna wola!". No i formalnie rzecz biorąc, jest to zdanie absolutnie prawdziwe. Nikt nie stoi nade mną z pałką. Nie ma ustawy o obowiązku posiadania Facebooka. Tylko że gdzieś między tą teoretyczną wolnością a moim codziennym funkcjonowaniem rozciąga się przepaść, w której mieszka proza życia: siedem grup rodzicielskich, kod rabatowy na mleko, kolejka do lekarza, e–recepta, BLIKI czy inne kody z aplikacji banku, którą trzeba mieć, bo inaczej nie zapłacisz mniej. I nagle się okazuje, że "przecież nie musisz" znaczy dokładnie tyle co: "możesz, tylko ponieś koszty". A koszty ponosi się w czasie, w pieniądzach albo w wykluczeniu. Mnie się zawsze przypomina wtedy, że wolność w ujęciu chrześcijańskim nie tyle jest brakiem kajdanek, co zdolnością do wybrania dobra. Tylko żeby coś wybrać, trzeba to najpierw mieć w zasięgu ręki i mieć zasoby – finansowe, czasowe, duchowe – by z tego korzystać. Widzisz to?

DEON.PL POLECA


Magda Urbańska: Oj tak. Widzę to bardzo wyraźnie. Dla mnie to nie do końca jest wybór, bo owszem, mogę nie instalować Facebooka, ale wtedy zostanę odcięta od informacji. Nawet ksiądz nam to kiedyś zrobił [śmiech], zakładając zamkniętą grupę dla rodziców dzieci pierwszokomunijnych. Nie gdzie indziej, jak na Facebooku właśnie. Żyjemy w takim, a nie innym systemie przepływu informacji, więc ten wybór nie jest do końca wolny. Myślę też teraz np. o moim tacie, który mieszka kawałek drogi od nas. Chcąc częściej widzieć wnuki, zainstalował Messengera, bo może dzięki niemu zadzwonić "na kamerkę" – tam gdzie aktualnie jest, a jednocześnie zobaczyć w okienku swoje wnuki. Technologia dała nam więc ogromnie dużo, w pozytywnym sensie, ale nałożyła też na nas pewną smycz…

Agata Rusek: Ja to nazywam pluszowymi kajdanami. Bo one nie obcierają. Nikt cię nie prowadzi w nich na komisariat, przeciwnie – są miękkie, wygodne i nieustannie przypominają ci, ile na nich zaoszczędziłaś. Chcesz tańsze mleko? Aplikacja. Pieluchy, szampon, kawa, paliwo? Aplikacja, kod, zeskanuj, potwierdź. I żeby było jasne: ja z tych kodów korzystam, nie jestem tu żadną heroiną oporu, mam czworo dzieci i doskonale wiem, ile robi różnicy złotówka na opakowaniu. Ale mam też taką upartą myśl z tyłu głowy, że oto ktoś wystawił mi rachunek, o którym nawet nie zostałam poinformowana. Że różnica między ceną "normalną" a "aplikacyjną" to jest po prostu cena mojej uwagi, moich danych i mojej dyspozycyjności – tylko podana od drugiej strony, czyli jako rabat, a nie jako opłata. Mówiłyśmy o tym ostatnio, że ten telefon w kieszeni nigdy nie jest dla nas neutralny, nie leży w naszych kieszeniach grzecznie jak portfel – on zawsze w jakiś sposób coś zabiera (uwagę, czas, spokój serca). Więc płacę dwa razy: raz danymi, drugi raz sobą.

Magda Urbańska: Moje dzieci dzwonią ze słowami "mamo, daj bliczka na wodę i lody dla mnie i kolegi" [śmiech]. Jakże to jest wygodne, że mogą w każdym sklepie kupić to, czego potrzebują, gdy nie zabrali z domu gotówki. Mama dyktuje kod BLIK i sprawa ogarnięta. Ja to widzę jako ogromny krok do – w pewien sposób – łatwiejszego życia. To, że mogę sprawdzić promocje i rabaty w aplikacji, zamiast chodzić po sklepach też jest fajne – szczególnie dla mnie, wrażliwego introwertyka [śmiech]. Ale jest tak jak mówisz, to ma też drugą stronę. Pluszowe kajdanki, bardzo gra mi w sercu to określenie. Wielokrotnie wspominałyśmy tutaj, jak wiele zależy od naszej autorefleksji, świadomości. Na ile damy się wciągnąć w te wszystkie aplikacje, a na ile np. wyłączymy wszystkie powiadomienia i sięgamy do nich tylko wtedy, gdy sami tego chcemy i rzeczywiście potrzebujemy? Kto z nudów nie siedział godzinami na Vinted, niech pierwszy rzuci kamieniem…

Agata Rusek: Myślę, że ten temat całkiem dobrze ilustruje pewna scenka z naszych historii rodzinnych. Jak wiesz, mamy czworo dzieci, każde w innej klasie, w innym przedszkolu albo w innej szkole. W efekcie na swoim telefonie mam siedem aktywnych grup rodzicielskich w różnych komunikatorach, które, chcąc nie chcąc, MUSZĘ śledzić (przynajmniej do pewnego momentu, w którym dzieciaki nie ogarniają same swoich szkolnych spraw). Muszę więc śledzić te grupy, bo inaczej moje dziecko jako jedyne nie przyniesie kasztanów [śmiech], nie będzie miało stroju na apel i nie dowie się, skąd i o której startuje wycieczka. I dla wszystkich, którzy pomyślą, że przecież takie informacje powinny być w Librusach czy innych dziennikach elektronicznych, odpowiem głosem kogoś, kto dzieci w publicznych placówkach edukacyjnych rzeczywiście ma, że może owszem i być powinny, ale praktyka pokazuje, że nie zawsze są. [śmiech] Ale nie to jest clue, które chciałam pokazać. Bo rzecz w tym, że jedna z tych grup rodzicielskich jest na Facebooku. Na portalu, na którym przez całe lata konta mieć nie chciałam i byłam bardzo, ale to bardzo zdeterminowana, by tego nie robić. Przez dobry rok się broniłam – dowiadywałam się o wszystkich informacjach bezpośrednio u innych rodziców, esemesami, wyłapując na korytarzu kątem ucha, że na plastykę w przyszłym tygodniu trzeba będzie karbowaną tekturę i że trwają rozmowy o potencjalnych kosztach wycieczek klasowych. Przez rok prowadziłam własny, ręczny wywiad środowiskowy. Po roku się poddałam. Nie dlatego, że zmieniłam zdanie o Facebooku. Poddałam się, bo policzyłam godziny i z przykrością musiałam przyznać, że nie stać mnie na energię, którą muszę poświęcać, by dbać o odpowiedni poziom poinformowania. Zatem formalnie: nikt mnie nie zmusił. Po prostu – ponieważ większość rodziców zdecydowała, że im najbardziej pasuje prywatna grupa rodzicielska na Facebooku, to ja miałam wybór między moimi zasadami a moim czasem. I po roku wybrałam czas, bo czasu miałam mniej. Tylko czy to naprawdę była wolność?

DEON.PL POLECA

 

 

Magda Urbańska: Szacun, że wytrzymałaś aż rok [śmiech]. Ja bym wymiękła po tygodniu. Właśnie liczę grupy, które dotyczą codzienności moich dwóch synów. Dwie z parafii (były trzy, ale pierwsza komunia już za nami ufff), dwie ze szkoły (klasowe, dla rodziców), Librus, aplikacja obsługująca zajęcia w szkółce pływackiej i SMS–y z domu kultury, do którego jeden z synów chodzi na zajęcia. Dużo, prawda? Tym bardziej, że mamy z mężem taki układ, że to ja czytam te wszystkie informacje na komunikatorach i w tych aplikacjach. Zostawiłam mężowi instrukcję, gdy w trakcie roku szkolnego zniknęłam na rekolekcjach ignacjańskich. Sama zdziwiłam się wtedy, ile tego jest i pomyślałam, jak wiele czasu i myśli mi to "zabiera", gdzieś pomiędzy innymi czynnościami. Zobaczenie tego ogromu rzeczy, które ogarniam "pomiędzy" i mieszczę w swojej głowie i sercu mnie samą zszokowały!

Agata Rusek: Wiesz co mnie w tym temacie dodatkowo mocno uwiera? Myśl, że mnie ten przymus jeszcze jakoś aż tak bardzo nie boli, że mam zasoby, by sobie z nim realnie – lepiej lub gorzej – ale jednak radzić. Ja te wszystkie apki ogarniam, mam sprzęt, mam kompetencje, mam odruch, żeby sprawdzać w ustawieniach, komu co udostępniam. Pluszowe kajdany działają na mnie dokładnie tak, jak zostały zaprojektowane – czyli prawie ich nie czuję. Ale wystarczy, że pomyślę o kimś, kto ma osiemdziesiąt lat, kto pamięta świat, w którym rachunek płaciło się na poczcie, a gdy się szło do lekarza, to się przychodziło do przychodni i stawało w kolejce. Taka osoba dziś bardzo często nie nadąża za tempem, w którym co pół roku zmienia się interfejs, a bank czy sklep robi "ulepszenie aplikacji" i nagle wszystko jest gdzie indziej. I ona nie ma jak z tego wysiąść, bo wysiadanie sporo kosztuje: droższe mleko, dłuższa kolejka, wizyta u lekarza wywalczona przez telefon, którego nikt nie odbiera. Więc kiedy słyszę, że bycie poza siecią to kwestia wyboru, to się irytuję. Czyjego wyboru? Mi to zaczyna wyglądać jak luksus – a luksus, przypomnę, to jest coś, na co po prostu jednych stać, a drugich nie. I coś mi mówi, że Kościół, który od dwóch tysięcy lat ma dziwną słabość do tych z końca kolejki, powinien mieć w tej sprawie zdanie głośniejsze niż ma.

Magda Urbańska: A czego byś oczekiwała od Kościoła? Masz coś konkretnego na myśli?

Agata Rusek: Wiesz co, Papież Leon XIV w swojej ostatniej encyklice już ten kierunek dla nas, dla Kościoła pokazuje – bo woła: technologia może pogłębiać nierówności społeczne. I myślę, że to jest pierwsza rzecz: Kościół, a w nim my, wierni, powinniśmy dostrzegać nowe rodzaje wykluczenia (tu, np. cyfrowego) i nowe ryzyka podziałów, mówić o nich i im przeciwdziałać. Marzy mi się więcej takiej ewangelicznej czujności w nas, pokazywania, że to, co Jezus mówił o życiu w prawdzie, to, czego uczył o godności człowieka – w czasach kolejnej hiper rewolucji technologicznej warto na nowo odczytywać i mówić o tych nowych wyzwaniach na kazaniach, w konfesjonałach, podczas rekolekcji. Uwrażliwiać, pobudzać do wzajemnej troski, pomagać zrozumieć…

Magda Urbańska: Wiesz co? Przypomniała mi się teraz rozmowa ze znajomym księdzem. Dał młodzieży przygotowującej się do bierzmowania propozycję rachunku sumienia przed spowiedzią. Sam ten rachunek napisał, zresztą czytałam go i zrobił to bardzo dobrze! Postawił tam pytania o korzystanie ze smartfona. Nie tylko o hejt czy naruszanie czyjejś prywatności, ale też te, czy smartfon nie zabiera mi relacji, czy nie oszukuję kogoś korzystając z czata GPT, czy nie zaniedbuję szkoły, obowiązków scrollując godzinami itd. I wiesz co? Ludzie się zbuntowali! Że jak to? Czego ten ksiądz chce? Przecież to jest normalne, wszyscy tak robią, wszyscy korzystają, a wyrażanie swojej opinii nie jest hejtem (nawet jeśli w rzeczywistości jest). Byłam w szoku. Nie z powodu tego buntu, ale zdałam sobie wtedy sprawę, że rzeczywiście – on jest pierwszą i jedyną osobą w Kościele, z mojego najbliższego otoczenia, która mówi o tym wprost. Myślę, że temat wykluczenia cyfrowego i te obszary, o których ty wspominasz, to dla nas i dla Kościoła bardzo odległa przyszłość. Niestety.

Agata Rusek: No dobrze, ale nie chcę, żeby to była rozmowa, po której pójdziemy się położyć i przykryć kocem. Mam więc w głowie trzy rzeczy, które uważam za sensowne w tych dziwnych czasach. Co robić z pluszowymi kajdanami? Po pierwsze: nazywać. Wiem, że to brzmi jak mało, ale ja jestem święcie przekonana, że człowiek, który wie, że jest w kajdanach, jest w zupełnie innej sytuacji niż ten, który uwierzył, że sam sobie tak ładnie dobrał bransoletki. Nazwanie przymusu przymusem nie zdejmuje go, ale przestaje z niego robić moją winę i moją wadę charakteru. Druga rzecz to pilnować, żeby zawsze mieć w zasięgu realnego wyboru jakąś ścieżkę analogową w użytku – jesteś we wspólnocie, to dbaj o kontakt z ludźmi, przychodź na spotkania, by być w kontakcie. Idziesz na spacer, by się zrelaksować – zostaw telefon, zabierz męża/żonę i choćby pomilcz. No i dbaj o bliźnich, którzy są najbardziej narażeni na wykluczenie cyfrowe – zaglądnij od czasu do czasu w telefon babci i zobacz, ile apek sobie przypadkiem zainstalowała. Porozmawiaj z nią o nich. Wyjaśnij. Pomóż odinstalować. No i trzecia rzecz – pamiętajmy, że chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało nam świata bez przymusu. Ono się w ogóle narodziło w czasach, w których mało kto miał wybór, a mimo to od początku upierało się, że jest w nas, w ludziach, kawałek, do którego zniewolenie nie ma wstępu. Więc może dziś pytanie nie brzmi "jak wyjść z sieci", tylko "co we mnie jest wolne od wpływu" – i czy potrafię to wskazać palcem.

Magda Urbańska: Aż mi się ciśnie na usta słowo "rozeznawanie" [śmiech] i cytat z mojego ulubionego świętego, Ignacego Loyoli, byśmy korzystali z rzeczy stworzonych na tyle, na ile nam rzeczywiście służą. Gdy słucham tego, co mówisz, mam takie poczucie, że pierwszy krok – czyli nazwanie naszych pluszowych kajdanek – jest najtrudniejszy, bo nie oszukujmy się… Wielu z nas korzysta z różnych udogodnień i funkcji w smartfonie bezrefleksyjnie i nie zawsze są to takie sytuacje, że ktoś owe kajdanki traktuje jak bransoletkę. Pytanie, czy nad wszystkim trzeba usiąść i rozmyślać godzinami? Zdecydowanie nie, ale warto mieć świadomość tego, jak smartfon na nas działa, jak wciągają nas kolejne migające powiadomienia z entej aplikacji i czy rzeczywiście potrafimy ten telefon odłożyć, choćby na jeden dzień i o nim kompulsywnie nie myśleć. To trochę tak jak z alkoholem, czy słodyczami. Postaw sobie w lodówce ulubione piwo, albo kup ulubioną czekoladę i zobacz czy będziesz w stanie nie wypić czy nie zjeść ich przy pierwszej możliwej okazji. To jest trudne, bo w ogóle samoświadomość, rezygnacja z czegoś nie są dziś w modzie. Przekładając to na korzystanie z technologii: czy potrafię nie sięgać co chwilę po telefon? Ja się ciągle tego uczę, z różnym skutkiem… Ale wiesz co, Agatko, gdy tak myślę o tych wyzwaniach związanych z telefonem, to pojawia mi się w głowie pewna wątpliwość: czy przypadkiem technologia nie zabiera nam też zdolności do zachwytu?

Agata Rusek: O! To też jest temat rzeka! Idealny na kolejny odcinek.

Przeczytaj poprzednie rozmowy:

  1. "Autentyczność się nie niesie". Katoliczki o presji i sile social mediów
  2. Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
  3. Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
  4. Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
  5. Ile swojej wiary można pokazać w sieci? "Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów"
  6. Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"
  7. Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
  8. Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
  9. Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
  10. Czy z tego, co robimy w internecie, też trzeba się spowiadać?
  11. "To ja przychodzę do telefonu, nie on do mnie". Jak odzyskać kontrolę nad swoją uwagą?
  12. Google wie o tobie więcej niż twój spowiednik

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Aplikacja albo wykluczenie. Czy jeszcze naprawdę mamy wybór?
Komentarze (0)
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.