Czy internet zabiera nam zdolność do zachwytu? "Algorytm uczy nas, czym należy się zachwycać"
Internet każdego dnia podsuwa nam setki pięknych obrazów – idealne krajobrazy, wnętrza, twarze i miejsca, o których jeszcze chwilę wcześniej nie wiedzieliśmy. A jednak im więcej widzimy, tym trudniej naprawdę się zatrzymać i czymś zachwycić. Czy ekran smartfona sprawia, że świat oglądamy, zamiast go doświadczać? Czy algorytmy wpływają nie tylko na to, co widzimy, ale także na nasz gust i to, co uznajemy za piękne? I czym różni się prawdziwy zachwyt od krótkiej ekscytacji, po której po prostu scrollujemy dalej? O naturze, "programowaniu" naszego zachwytu, cyfrowym cynizmie i chrześcijańskiej sztuce kontemplacji rozmawiają Magdalena Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku cyklu "Katoliczka w sieci".
Magda Urbańska: Agato, uśmiecham się lekko pod nosem, myśląc o naszym dzisiejszym temacie, bo wczoraj - bardzo spontanicznie - wybraliśmy się z rodziną na plażę. Pogoda nad polskim morzem nie rozpieszcza, więc chcąc wykorzystać to, że było powyżej 20 stopni (serio, u nas nie ma upałów, zapraszamy! [śmiech]), po prostu zapakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy przed siebie. Byłam strasznie zmęczona całym minionym tygodniem, więc świadomie zostawiłam w domu telefon i wiesz co? Te trzy godziny nad morzem pozwoliły mi niesamowicie odpocząć! Mogłam patrzeć jak dzieci bawią się w wodzie, oglądać meduzy pływające przy brzegu, a na sam koniec - zachwycać się z nastoletnim synem tym, jak zachodzące słońce odbijało się w tafli wody! Gdybym zabrała telefon, mogłabym Ci pokazać teraz jaki to był oszałamiający widok - te iskierki światła w wodzie. Ale wiesz co? Tak sobie myślę, że gdybym go wyciągnęła, mój syn poszedłby w odstawkę. Skupiłabym się na zdjęciach, nie na wspólnym zachwycie… A tak. Ja i nastolatek, podziwiający coś wspólnie. To było fantastyczne doświadczenie!
Agata Rusek: Madziu, widzę to oczami wyobraźni i mam podobne doświadczenie za każdym razem, gdy bardzo, ale to bardzo świadomie zostawiam telefon w domu, np. wychodząc na spacer. To jest jak wyrwanie się z jakiejś niewoli kolekcjonowania chwil i powrót do rzeczywistości, do skupienia na relacji, na otoczeniu, na byciu. Dla mnie każdorazowo to szansa na zauważenie. A jednocześnie zobacz, jak mocno jesteśmy już uwikłani w to obserwowanie świata przez pryzmat smartfonowego okulara - myślę, że bardzo słusznie zauważyłaś, że gdybyś miała wtedy telefon, to próbowałabyś uchwycić to piękno natury i zamiast na byciu z dzieckiem w tej chwili, skupiłabyś się na pstrykaniu zdjęć. Przypuszczam, że wiele z nas łapie się na takiej obserwacji swojego zachowania. I w tym kontekście ciągle mnie zastanawia, na ile prawdziwa jest teoria, że współczesny odbiorca jest zmęczony filtrami i że teraz wszyscy tęsknią za surowością, za nieretuszowanym, za prawdziwym kadrem. Bardzo, ale to bardzo bym chciała, żeby to była prawda, ale pracuję w mediach od lat i myślę, że na dzień dzisiejszy to wciąż pobożne życzenie. Oczywiście, jeśli zapytasz ludzi w jakiejś społecznej ankiecie, co wolą, to najprawdopodobniej każdy powie, że preferuje naturalność. Tylko że deklaracje to jedno, a realne wybory to zupełnie co innego. Kciuki nie kłamią - jak to się mawia w branży. Bo gdy scrollujesz - każdemu się zdarza, nie udawajmy - to nie zatrzymasz się na kadrze surowym, bez niczego. Zatrzymasz się na tym nasyconym, ciepłym, w którym filtr jest delikatny i nieostentacyjny, ale jednak ma w sobie to i owo podkręcone. Naturalny kadr zatrzyma Cię tylko wtedy, kiedy pojawi się argument spoza obrazka, np. zdjęcie wrzucił Twój mąż, widać na nim Wasz kawałek plaży albo po prostu naprawdę chcesz zobaczyć, gdzie psiapsi spędziła weekend. Ale ten sam kadr przegrywa w natłoku obrazów, jakie w niewyobrażalnej ilości udostępniamy sobie aktualnie w internetach - tak samo jak przegrywa szept w pokoju, w którym wszyscy mówią normalnie.
Magda Urbańska: Wczoraj na plaży widziałam wiele osób leżących na kocu, wpatrujących się w smartfon i poczułam smutek. Nie dlatego, że oni coś tracili, bo to ich życie, ich wybór, ale dlatego, że tak wiele razy ja w ten sposób różne rzeczy traciłam... Widziałam siebie w tych ludziach i te wszystkie okazje, gdy wokół mnie działy się piękne rzeczy, a ja ich nie zauważywałam. Nie odpoczęłam, bo nie pozwoliłam oczom i myślom odetchnąć. Nie poczułam niczego głębszego, bo się zagłuszyłam byle czym. Często to sobie robię, bardzo nieświadomie, kolejny raz wpadając w pułapkę “zerknę na chwilę". Wczoraj odebrałam od życia bardzo cenną lekcję… Wystarczyło oderwać się od ekranu, by wzbudzić w sobie zachwyt!
Agata Rusek: Nie żebym Cię łapała za słowa, ale zatrzymałabym się na moment przy wyrażeniu: "wystarczyło". Obawiam się bowiem, że nie mamy dziś za bardzo świadomości, dlaczego warto to robić, albo może nawet trafniej będzie, jeśli powiem: coraz mniej mamy w sobie sprawczości, by ten telefon odkładać. Od lat, naprawdę od lat mam swoją rutynę higieny cyfrowej, staram się serwować sobie raz po raz pełen detoks od obecności telefonu w życiu. Po takim poście od smartfona moje samopoczucie, moje doświadczenie, że znowu widzę barwy, cieszę się życiem i go w pełni smakuję, jest niesamowite. Każdorazowo jestem zachłyśnięta pięknem świata. I co? I po kilku tygodniach wracam do stanu sprzed detoksu. Raz, bo pracuję z telefonem, ale nawet wtedy, gdy nie muszę z niego korzystać zawodowo, to zbyt często wpadam w pułapkę scrollowania. Mimo całej świadomości mechanizmów wmontowanych we współczesną technologię i mimo doświadczania na własnej skórze błogosławieństwa odcięcia od niebieskiego ekranu. Więc, kiedy mówisz “wystarczyło tylko", to ja sobie myślę, że bez systemowego wsparcia czasem ta jednostkowa decyzja wcale nie wystarczy.
Magda Urbańska: Patrząc szerzej na nasz dzisiejszy temat myślę też o tym, że telefon zabrał nam nie tylko pewnego rodzaju spontaniczność i to, że zostawiając go w domu możemy zauważyć i poczuć coś, co zwykle nas w jakiś sposób omija… Moi synowie to książkoholicy (po mamusi [śmiech]). Ostatnio w jednej z powieści dla dzieci syn przeczytał zdanie, że największą karą jaką może dostać jeden z bohaterów książki jest szlaban na wyjścia z domu i na czytanie książek. Moje dziecko skomentowało to słowami, że to straszna kara i że to już jest okrucieństwo! A mnie to oburzenie ucieszyło, bo widzę - że mimo tego, że sam lubi grać w swojego ukochanego Minecrafta - to nie stracił kontaktu z pięknem. Z tym co żywe, nie tylko generowane przez AI. Książki, latanie z kolegami po drzewach. Wiele dzieci to jeszcze w sobie ma… Naprawdę! Nie jest ich wcale tak mało, przynajmniej w klasie mojego młodszego syna. Znam jednak wiele dzieci, dla których jedynym oknem na świat jest smartfon i patrzenie na nich w pewien sposób mnie boli… Tak wiele tracą, przez zamknięcie się na doświadczenia wyłącznie internetowe. Owszem, można znaleźć zdjęcia znad morza, ale nic nie zastąpi tego, że wpatrujesz się w nie na żywo. Możesz włączyć melodię imitującą śpiew ptaków, ale to nadal nie to samo, co spokojny spacer po ogrodzie. Nie dajmy sobie wmówić, że żywy kontakt da się czymś zastąpić… Moim zdaniem nie da. I mimo tego, że mam tę świadomość i mam też świadomość jak smakuje życie bez telefonu w ręce, nadal daje złapać się w sieć - metaforycznie i dosłownie.
Agata Rusek: Dokładnie. Ty to widzisz, ja to widzę, wszystkie to widzimy i wszystkie koniec końców lądujemy w tym “pluszowych kajdankach", o których rozmawiałyśmy w poprzednim odcinku. Więc może cała rzecz jest w tej naszej ludzkiej skłonności do komfortu? Bo weź ten zachwyt naturą, o którym mówisz. Och, jaki ten mech w lesie piękny, ach, jakbym pojechała pod namiot, jaka ja jestem stęskniona za naturą - myślisz. A potem idziesz po tym mchu, gryzą Cię mrówki, kłują igły, w nocy jest zimno, coś obślizgłego chodzi w przedsionku, a gdy jeszcze rano się okazuje, że woda w strumyku jest lodowata - to wiele z nas ta natura już wcale tak nie zachwyca jak na zdjęciu. Wygodniej jest zachwycać się zdjęciem mchu, niż po nim spacerować. Wygodniej jest, gdy dźwięk ptaków śpiewa mi wtedy, gdy tego chcę ja, a nie, że budzi mnie o czwartej nad ranem doniosłym skrzekiem [śmiech].
Dlatego moja teza na dziś jest nieco inna, niż zapowiada nasz tytuł. Ja się nie tyle obawiam, że internet zabija w nas zachwyt, co obawiam się czegoś innego: że internet nas wychowuje. Że wychowuje nas do zachwytu tym, co sztuczne i wygodne - i robi to konsekwentnie, cierpliwie, po kilka godzin dziennie, skutecznie od małego. A my to wychowywanie nagminnie bagatelizujemy, bo przecież “ja tylko oglądam ładne kadry, nikomu krzywdy nie robię". Co więcej: nas wszystkich, z telefonami w ręku, to algorytm coraz częściej “uczy", czym w ogóle należy się zachwycać. Podsuwa mi przed oczy trzysta razy jedną rzecz w beżowym stylu i zero razy tę w krzykliwym neonie - i po pół roku realnie wykształca mój gust. Ani się obejrzymy, a mamy swoje ulubione typy krajobrazów, wnętrz, twarzy, nawet swoje ulubione typy pobożności. Nikt mnie do niczego nie zmusił, nikt niczego nie zakazał. Ja po prostu zostałam na tym wychowana i nie zauważyłam momentu, w którym ktoś mi wkodował taki a nie inny program zachwytu. Dlatego tak bardzo uwielbiam w naszym Kościele to, że on jest ufundowany na realnej obecności. Żywa wspólnota to szansa, by wciąż i wciąż dotykać nowego, innego, odmiennego.
Magda Urbańska: Wiesz co? To mi podsuwa też inny wątek. Tak wspomniałam o tych książkach… Moje dzieci nie używają już słowników, czy encyklopedii, jak ja 30 lat temu. Wolą zapytać wujka Google, który podsunie im odpowiedź w 30 sekund, przecież dziś ja sama też robię to samo! Czy to źle? Nie wiem, myślę, że ma to swoje jasne i ciemne oblicze. Cieszę się, gdy potrafią coś nie tylko znaleźć, ale ocenić, że dana informacja jest rzetelna i prawdziwa. To jest dziś dla mnie ważniejsze niż sposób, w jaki ją znajdują. Widzę jednak, że mają w sobie dość mocno rozbudzony głód poszukiwania. Czytania, zwiedzania, czy prostych wygłupów w wodzie, w której pływają meduzy, więc mogą przyjrzeć się im z bliska. Wiele dzieci to ma, ale - tu pewnie część czytelników się obrazi - rodzice to w nich zagłuszają. Wiem, że łatwiej jest dziecku dać komputer czy tablet, niż pójść z nim na spacer. Wiem, przecież jestem pracującą mamą i sama to widzę. Wiem, że samej też mi się czasem nic nie chce i marnuję czas na scrollowanie. A co by się stało, gdybym zamiast tego wybrała spacer? Choćby 15 minut… Co by było, gdybym powiedziała dziecku, żebyśmy razem upiekli gofry, zamiast dawać mu tablet? Albo co jeśli usiądę z dzieckiem i poczytamy wspólnie książkę? No ejże, wróćmy do tego, co przed erą smartfona było “normalnością". Wracam myślami do wczorajszej plaży… Obok nas bawiły się trzy małe dziewczynki - na oko od 4 do 10 lat. Były przeraźliwie głośne, ale mnie osobiście wcale to nie przeszkadzało, bo one piszczały na widok meduz, które pływały przy brzegu. Jej, jaki to był zachwyt w czystej postaci! Uśmiechałam się szeroko patrząc na ich radość!
Agata Rusek: Wyobrażam sobie ten pisk! Choć mogłabym się w meduzy wpatrywać godzinami w akwarium, to na żywo pewnie byłabym unisono z ich wrzaskiem, bynajmniej nie z zachwytu [śmiech]. Ale myśląc o tej naturalnej reakcji, przychodzi mi do głowy jeszcze jeden wątek. Taki, z którym my, dorośli w internecie, mamy ogromny problem, a o którym mówimy chyba za rzadko: w sieci każdy Twój zachwyt można wyśmiać albo porównać. Jadę z dziećmi nad Bałtyk, jest zimno, jest pięknie, jestem szczęśliwa, jak nie wiem co, wrzucam pocztówkę z plaży dla znajomych, i pyk, zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze, że na Malediwach taniej, cieplej i ładniej. Albo nawet nikt nie musi nic skomentować ani z nikim nie musisz się porównywać. Obżarci memami opartymi na szyderstwie i kpinie, często niezauważalnie sami siebie ograbiamy z zachwytu takim wkodowanym auto-malkontenctwem. “Było pojechać do Włoch". “Phi, ciekawe ile pasożytów przywieziemy z tej plaży". “Taniej by było na działkę pojechać". Cynizm jest jak smog. Nie widzimy dziada, ale on nas powolutku wykańcza. Widzisz to?
Magda Urbańska: Tak, widzę, w sobie również [śmiech]. Choć codzienna praktyka wdzięczności coraz skuteczniej ubija we mnie tego dziada…
Agata Rusek: Kołacze mi jeszcze jedna myśl. Zachwyt często potrzebuje czasu, kontemplacji. Trzeba przy czymś postać, wrócić drugi raz, trochę się przy tym ponudzić, dać temu na siebie podziałać, żeby to się w nas zakorzeniło. Takie jest przynajmniej moje chrześcijańskie doświadczenie. Podejrzewam zresztą, że dziś nagminnie mylimy dwie różne rzeczy: zachwyt i ekscytację. Ekscytacja jest głośna, natychmiastowa i zawsze każe sięgnąć po następną. Zachwyt bywa cichy i robi coś odwrotnego: unieruchamia, zakorzenia. Po zachwycie się milczy albo mówi się coś głupiego, bo nic mądrego nie przychodzi do głowy. Ale chodzi o to, że w tym zachwycie chce się trwać. Po ekscytacji zazwyczaj… scrolluje się dalej. Widać to też w postawie serca i ciała. Zachwyt zakłada, że jestem mniejsza od tego, na co patrzę; że to mnie przerasta i ja uznaję, że coś nie mieści się w kategoriach, którymi ja jestem w stanie się posługiwać. Myślę, że w zachwyt jest wmontowana pokora. W internetach z kolei jestem cały czas ustawiona w pozycji recenzentki: kciuk w górę, kciuk w dół, przesuń dalej, oceń, zdecyduj, czy warte twojej sekundy. To też zaburza naturę, którą wszczepił nam Pan Bóg. Wydaje mi się, że nie da się jednocześnie oceniać i zachwycać, bo to są jednak dwie różne pozycje wobec świata i tylko jedna z nich długoterminowo nas buduje.
Często wracam do myśli, że natura jest jednym wielkim palcem wskazującym na piękno i wielkość swojego Stwórcy. I w tym kontekście myślę, że problem z dzisiejszymi podkręconymi kadrami, którymi się otaczamy, tkwi w tym, że one najczęściej zamykają po prostu na sobie. Nie są palcem, tylko stacją końcową. Zachwyć się i zostań. Zachwyć się i kliknij. Zachwyć się i kup sobie taki sam sweter. Nie chcę przy tym się puszyć, że internet mi zachwyt tylko zabiera, bo to byłoby chyba nie do końca uczciwe postawienie sprawy. Zobaczyłam przecież dzięki niemu rzeczy, których nie zobaczyłabym w życiu i które rzeczywiście mnie zachwyciły: zdjęcia z teleskopu, stworzenia z dna oceanu wyglądające jak pomysł żartownisia, ludzi, których umiejętności mnie wzruszają. Rzecz w tym, że te zachwyty przychodzą do mnie nieograniczonym kanałem dostępu. Po dwóch sekundach zasypuje je czterdzieści następnych, przepięknych rzeczy i to jest chyba dokładnie ten moment, w którym cud zmienia się w treść, którą tylko i wyłącznie przyswajam. A zachwyt jest z natury kompletnie bezużyteczny. Nic nie produkuje, nie da się go zmierzyć, nie da się nim przesycić, można tylko w nim trwać. Ten Boży zachwyt, o którym myślę, jest nie do ogarnięcia, ale jednak nie powoduje zgagi. Taka adoracja na przykład jest, po ludzku patrząc, ćwiczeniem w byciu bezużyteczną i w karmieniu się zachwytem. Siedzisz, patrzysz i nie przejesz tego piękna, choćbyś lata spędziła przed Najświętszym Sakramentem. Pytanie tylko, czy potrafisz to piękno zauważyć i na Nim się skupić.
Magda Urbańska: Ja bym powiedziała, że tutaj dużo zależy od tego, czy potrafisz pielęgnować w sobie ciszę.
Agata Rusek: O! I to chyba będzie dobra zapowiedź naszego kolejnego odcinka.
Przeczytaj poprzednie rozmowy:
- "Autentyczność się nie niesie". Katoliczki o presji i sile social mediów
- Hejt za wiarę? Nie tylko. Oto, co naprawdę piszą do katoliczek w sieci
- Kulisy social mediów. Jak algorytm ucina zasięgi katolickim twórcom
- Bez wad, bez wątpliwości i w sukience. Mit prefekcyjnej katoliczki
- Ile swojej wiary można pokazać w sieci? "Sacrum zawsze będzie doświadczeniem bez widzów"
- Jak wychować dziecko w erze TikToka? Złości mnie, gdy słyszę: "Może telefony niszczą dzieciństwo, ale nic już z tym nie zrobimy"
- Gdy dziecko staje się contentem. Co robią w sieci matki i jak się to odbija na prywatności dzieci?
- Followers to nie przyjaciel. Oto największe złudzenie social mediów
- Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
- Czy z tego, co robimy w internecie, też trzeba się spowiadać?
- "To ja przychodzę do telefonu, nie on do mnie". Jak odzyskać kontrolę nad swoją uwagą?
- Google wie o tobie więcej niż twój spowiednik
- Aplikacja albo wykluczenie. Czy jeszcze naprawdę mamy wybór?
Skomentuj artykuł