"Mama ma raka, prawdopodobnie umrze"

"Mama ma raka, prawdopodobnie umrze"
(fot. Damian Kramski)
3 lata temu
Przemysław Wilczyński

Jan zaprosił mnie do swojego życia. Próbował wydobyć ze mnie to, co czułem. Przecież ta choroba dotknęła całą rodzinę - mówi Piotr Konkel, jeden z "synków" ks. Kaczkowskiego. 

                                                                           

Piotr Konkel w  jego książkach i wspomnieniach nie znalazł o sobie ani słowa. O tym, że jest źle, dowiedział się z mediów. Był na statku, daleko w morzu. Napisał w mailu: "Nie wygłupiaj się, Jan, zaczekaj". O tym, że Jan nie zaczekał, usłyszał od żony. Na pogrzeb dotarł niemal w ostatniej chwili. Stanął przed kościołem, wtapiając się w tłum. Gdy ktoś ze znajomych zaciągnął go do środka, w pobliże ołtarza, pomyślał: "Nie jestem godzien, żeby tu stać". Nie niósł trumny. Na cmentarzu - jak podczas mszy - schował się za ludźmi (...).
           

*

Jego dzieciństwo i młodość nie ma w sobie nic z hollywoodzkiego scenariusza, w którym nauczyciel-cudotwórca podnosi wychowanka z życiowego upadku. Nie ma: ćpania, wizyt w areszcie, pijącego ojca.

Piotr Konkel: trzydziestolatek, szczupły blondyn w okularach. Mąż, ojciec dwóch córek, z wykształcenia prawnik, z zawodu (i drugiego wykształcenia) oficer żeglugi. Tę - i tylko tę - część swojej historii opowie mi podczas spaceru nad zatoką, w samym sercu kaszubskich Chałup, w których spędził dzieciństwo i młodość:

- Mama urodziła się we Władysławowie. Skończyła pucką zawodówkę. Zanim się urodziłem, pracowała w sklepach spożywczych. Tata był przez lata rybakiem, potem zaczął pracę w "Szkunerze", przetwórni ryb i porcie. Kręcił się na hali produkcyjnej, potem był brygadzistą, zarządzał. Dzieci było troje: najpierw ja, po dwóch latach pierwsza siostra, po siedmiu druga.

Dorobek naszego życia to wielki dom w Chałupach: ponad trzysta metrów, dziesięć pokoi pod wynajem, wspaniałe sea view za oknem. Ten dom to było i jest główne źródło utrzymania - wtedy całej rodziny, teraz taty i sióstr. Rodzina kaszubska. Tata zarabia, mama opiekuje się domem.

Kaszubi nie rozmawiają zwykle o emocjach, i my też nie rozmawialiśmy. Nawet jak chodziliśmy na kawę do rodziny, to schodziło na pogodę i plotki o ludziach. Gdy niedawno zachorowała poważnie moja ciocia i poszedłem ją odwiedzić, powiedziała, że jestem pierwszą osobą, która z nią pogadała "tak po prostu" - na temat tego, co ją spotkało. Zwykle na Kaszubach jest inaczej: diagnoza, informacja, potem ewentualnie zdawanie relacji, działanie. Żadnego odsłaniania się, przytulania…

Bliskość matki jest - nawet tutaj - czymś oczywistym. I my też otrzymaliśmy tę matczyną miłość. Tata uczestniczył w naszym życiu w inny sposób. Wszystko zaplanowane, niczego nam nie brakowało: nie tylko jedzenia, ale też takich rzeczy, jak deska windsurfingowa czy inny sprzęt sportowy. Był ojcem motywującym: nastawionym na sport, zabierającym na rower czy spacer. I nieokazującym uczuć, może poza tymi do mojej najmłodszej siostry, "córeczki tatusia".

Wzór wychowania syna - zupełnie inna bajka. Nigdy nas nie bił, nawet nie krzyczał. Ale wystarczył gest, żeby nas zmrozić. Mama mogła coś piętnaście razy powiedzieć, tata tylko spojrzał… To nie była groza, raczej respekt. Ale ten jego dystans mnie wówczas nie bolał - na Kaszubach to nic szczególnego.

Nie było zresztą innych poważnych problemów: żyłem w tak zwanej normalnej, katolickiej rodzinie. Chodzącej co niedziela do kościoła, przyzwyczajonej do rytuału, z którym "się nie dyskutuje".  Weźmy niedzielę. Niedziela przystosowana jest do rytmu mszy świętej. Poza sezonem letnim, msze święte odprawiane są w godzinach: dziewiąta i jedenasta. W związku z tym nikt - może poza turystami - nie chodzi na jedenastą, gdyż jest to uważane za marnotrawienie dnia. Po mszy jest kawa, "bo trzeba odpocząć". W południe obiad.

Ja i religia? Przez większą część życia to był bezrefleksyjny rytuał. Jak niedziela w grudniu, marcu i sierpniu, a także w pozostałe pięćdziesiąt tygodni wygląda tak samo, to przestajesz myśleć, po co to wszystko jest. Ale byłem bardzo związany z Kościołem. Przez dziesięć, może jedenaście lat pełniłem rolę ministranta. I wcale nie był to przykry obowiązek, raczej coś normalnego.

Tuż przed liceum ksiądz zaproponował, bym został lektorem. Tyle że nie mogłem czytać, za bardzo bałem się "publiczności": zaczynałem się jąkać, łamał mi się głos. Śpiewałem - jako jedyny chłopak - w scholi. I dopóki odbywało się to w grupie, wszystko było OK. A kiedy przypadał mi "solowy kawałek", zawsze się wykładałem. Gdy na lekcji nauczycielka zadawała pytanie, prawie nigdy się nie odzywałem. Waliło mi serce, bardzo chciałem, ale zawsze ktoś zgłosił się przede mną.

Miałem drugi świat, w którym oddychałem pełną piersią. Ten świat mamy teraz przed sobą. To, co widzisz, to mój codzienny widok dzieciństwa i młodości. Zacznijmy od horyzontu: ten czerwony budynek po drugiej stronie zatoki to pucka fara, czyli jeszcze ponad rok temu parafia Jana. Na lewo skrawek Gdyni - jak jest piękna pogoda, widać Sea Towers, najwyższy budynek. Na prawo od Pucka są wiatraki w Swarzewie, dalej Władysławowo. A gdy spojrzysz w głąb półwyspu, zobaczysz Jastarnię, Juratę, Hel.

Ci kolorowo ubrani ludzie na pierwszym planie uczą się pływać na desce. Kiedy miałem szesnaście lat, zostałem instruktorem windsurfingu. Byłem w tym dobry, jako zawodnik wygrywałem poważne zawody. Moimi klientami byli "miastowi", zamożni ludzie, pracownicy korporacji, dobrze wykształceni, wygadani. Ta robota otworzyła mnie na świat, pomogła wyjść mentalnie z Chałup. Zresztą wyobraź to sobie: kilkunastoletni chłopak z rodziny kaszubskiej, który ciągle ma z tyłu głowy, "jak postępować", niepewny siebie, nagle wychodzi z domu, przechodzi kilkaset metrów i wkracza w zupełnie inną rzeczywistość.

Mama zachorowała, kiedy miałem osiemnaście lat, a siostry szesnaście i jedenaście. Miała jakieś krwawienia, pojechała z tatą do szpitala. Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, ale nie wiedzieliśmy co. Przez jakiś czas to ukrywali. Któregoś dnia mama wyszła. Siedzieliśmy we troje w kuchni. Ja na blacie, dziewczyny przy stole. Wszedł tata. "Mama ma raka, prawdopodobnie umrze" - powiedział.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem go wtedy płaczącego (...).

*

"Gdańsk-Oliwa, 1 września 2004 roku. Ks. Abp. dr Tadeusz Gocłowski, metropolita gdański niniejszym kieruje magistra Jana Kaczkowskiego (…) do prowadzenia katechizacji w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych im. Bohaterów Helu w Pucku".

Trafia też do puckiego liceum, gdzie dostaje na początek kilka godzin. W Zespole Szkół - zwanym z racji trudnego środowiska prześmiewczo "Oksfordem" - będzie uczył już w pierwszym roku pracy dziesięć godzin.

To w tych szkołach pozna część młodych, których po latach nazwie "synkami". W tym Piotra Konkela, ucznia puckiego LO.

*

Sceny "wejścia" nie zapamiętał: - Raczej ogólne wrażenie: już na starcie odróżniał się od poprzedniego księdza, zwanego "Pączkiem", który robił wszystko dość schematycznie: mówił o Bozi, kazał prowadzić zeszyt i odmawiać Ojcze nasz - wspomina Konkel. - Jan był ekscentryczny i nieprzewidywalny w tym, co będzie na lekcji.

Używał niezrozumiałych słów: "emanacji", "transcendencji". Potrafił też przekląć albo być nieprzyjemny dla kogoś, na kim się uwziął. Realizował program, ale był mistrzem dygresji: mówił o polityce, filozofii, socjologii, psychologii. Nigdy wcześniej nie widziałem księdza, który by się nie bał dyskusji o antykoncepcji, seksualności, masturbacji. Nie mówił "tak jak ksiądz", nie zachowywał się "tak jak ksiądz", nawet nie ubierał się "tak jak ksiądz", bo niby miał koloratkę, ale też dobrze skrojoną granatową marynarkę zapinaną na jeden guzik.

To wszystko sprawiło, że ja - chłopak z Kaszub, który miał jasno sprecyzowany pogląd, "co księdzu przystoi" - byłem do niego zrażony. Podobnie zresztą jak część pokoju nauczycielskiego, w którym był z jednej strony szanowany, z drugiej lekko pogardzany i uważany za dziwaka. Na pewno nie był Miss Sympatią, a ci mniej angażujący się nauczyciele próbowali go ściągać w dół. Po kilku miesiącach myślenia, że "tak księdzu nie przystoi", zacząłem się jednak zastanawiać, czy to nie jest dobre. Bo zdałem sobie sprawę, że nikt z nami w ten sposób nie rozmawiał: jeśli słyszałem coś wcześniej o seksualności, to w stylu "grzmienia z ambony" - opowiada Konkel.

Gdy wraca pamięcią do tamtych lat, siedzimy w jego samochodzie, zaparkowanym przed budynkiem puckiego LO. Szybko jednak ruszamy w kierunku półwyspu. Tak będzie mu łatwiej: z przodu uciekająca szosa, z boków zmieniający się krajobraz, w środku warkot silnika. Można czymś zająć ręce, urwać zdanie pod byle pretekstem, nie patrzeć rozmówcy w oczy. Właśnie w takich warunkach - podczas setek godzin podróży: ksiądz Jan na fotelu pasażera, on przy kierownicy - opowiadał o sobie jemu.

 - Informacja o chorobie mamy pojawiła się może w lutym, a może w marcu 2007 roku. W okolicach kwietnia, a więc tuż przed maturą, pojechaliśmy z klasą do Częstochowy. Krótki przystanek, stacja benzynowa, ksiądz Kaczkowski staje przed nami w autokarze i ogłasza, że jeśli ktoś ma szczególną intencję, ma mu ją zgłosić: on już na miejscu się w tej intencji pomodli. Wcześniej dał nam wszystkim swój numer telefonu, więc postanowiłem - zapewne z powodu swojej nieśmiałości - wysłać SMS-a: "Proszę, żeby Ksiądz pomodlił się za moją mamę, która w tych dniach przechodzi ciężką operację".

Odczytał wiadomość, a potem szybko mnie zlokalizował. Zaczęła się rozmowa, Jan pytał o mamę, o jej stan, moje emocje: to właśnie tutaj, na tym parkingu, zaczęła się nasza intensywna relacja.

Choć tak naprawdę, zanim cokolwiek zacząłem mu opowiadać, minęło wiele czasu. Na początku były głównie jego monologi: raz mi powiedział, że musi mnie bardzo uważnie słuchać, bo mówię - zazwyczaj nie wprost - coś bardzo ważnego w jednym zdaniu, a potem długo, długo nic. Mój ówczesny stan można by nazwać stanem "kaszubskiego zamknięcia", w którym emocje są przykrywane kolejnymi zadaniami; w którym nie myślisz, co i dlaczego cię boli, ale co i dlaczego masz do zrobienia.

Nie przyjmowałem do wiadomości faktu, że mama może umrzeć. Chociaż pamiętam, że zdarzało mi się płakać. Nigdy przy ludziach, zawsze w odosobnieniu, na przykład pod prysznicem. Kiedy wychodziłem, byłem już opanowany. I gotowy do kolejnych zadań: załatwienia miejsca w kolejce, porozmawiania z lekarzem, wykonania telefonu, podania leków.

Stan mamy się pogarszał, w którymś momencie wiedzieliśmy, że nadaje się tylko do opieki paliatywnej. A że działało już wtedy hospicjum domowe, trafiła pod skrzydła Jana. Ja zresztą też. Rozmawialiśmy bardzo dużo. Prawie zawsze w samochodzie, niemal zawsze w drodze, tak jak z tobą teraz. Jan zaprosił mnie do swojego życia. Powiedział, że jest ślepy, więc mogę go wozić do pacjentów. To były setki godzin: wizyta u chorego, potem do biura hospicjum, czasami jeszcze do Gdyni coś zjeść.

Kiedy przyjeżdżał w towarzystwie lekarza do nas do domu, zwykle to ja rozmawiałem później z doktorem. I zwykle to ja odprowadzałem ich do drzwi. Podczas jednego z takich pożegnań Jan mnie przytulił. W pierwszym odruchu chciałem go odepchnąć, to przytulenie było dla mnie wręcz bolesne. Miałem osiemnaście lat, nawet mama mnie już nie obejmowała, "bo to wstyd". U taty w ogóle to nie wchodziło w grę. I nagle przytula mnie dorosły facet, w dodatku w koloratce… Jan próbował mnie otworzyć, wydobyć ze mnie to wszystko, co czułem. Bo przecież ta choroba dotknęła całą rodzinę! Stopniowo się otwierałem, mówiłem coraz więcej.

Mama cierpiała. Była na najwyższych dawkach morfiny, tyle że ta morfina dawała ograniczone efekty. Czasami jest tak, że nie da się po prostu ustawić leczenia bólowego. Oni wszyscy bardzo chcieli pomóc. I pomagali: gdyby nie to, ból byłby morderczy. Czasami zasypiała w pozycji klęczącej, bo tylko w takim ułożeniu ciała cierpienie było do zniesienia. Przyjeżdżali lekarz, pielęgniarki, Jan.         

Były co najmniej dwa momenty, w których - jak się wszyscy spodziewali - mama mogła umrzeć. Pierwszy raz byłem akurat z moją ówczesną dziewczyną w Opolu, gdzie ktoś z jej rodziny miał wesele. Kiedy zadzwonił tata, wchodziłem na salę. Pociąg, taksówka - powrót. Za drugim razem byłem na zajęciach. Znowu pociąg, biegiem ze stacji…

Tamtego dnia był przy mamie Jan, był lekarz. W którymś momencie ten lekarz powiedział po prostu, że mama umiera. Jan poprosił, żebyśmy uklękli. Pomodliliśmy się. Klęczałem niedaleko nóg mamy. Jan mnie lekko objął. Mama zmarła 18 listopada 2007 roku, dzień przed moimi dziewiętnastymi urodzinami.

Fragment pochodzi z książki "Jan Kaczkowski. Życie pod prąd. Biografia".

Przeczytaj też: Pierwsza w historii biografia księdza Jana Kaczkowskiego >>

*

Już za tydzień na DEON.pl przeczytacie kolejny fragment z najnowszej książki o ks. Janie Kaczkowskim.

"Jan Kaczkowski. Życie pod prąd. Biografia" możecie zamówić w przedsprzedaży TUTAJ >> 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

"Mama ma raka, prawdopodobnie umrze"
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.