Byliśmy bezradni i zdesperowani. Św. Józef w krótkim czasie wszystko zmienił [ŚWIADECTWO]

Byliśmy bezradni i zdesperowani. Św. Józef w krótkim czasie wszystko zmienił [ŚWIADECTWO]
fot. Oziel Gómez / Unsplash
Wiktoria i Paweł

"Niektórzy nasi znajomi śmieją się z nas, twierdząc, że nam się po prostu udało jak rzadko komu. Niektórzy mówią, że mamy fart, jakieś nieokreślone szczęście, jesteśmy w czepku urodzeni. Ta historia jest dowodem na to, że z Bogiem i ze św. Józefem wszystko jest możliwe" - przeczytaj świadectwo niezwykle skutecznego orędownictwa świętego Józefa.

Wszystko zaczęło się od marzeń mojego męża, które - jak to często bywa - wnet stały się również moimi. Jak większość małżeństw mamy jednakowe aspiracje - przede wszystkim powiększyć grono rodzinne, a co się z tym wiąże, najpierw zapewnić ku temu odpowiednie warunki.

Mieszkając w Polsce, obydwoje staraliśmy się zapewnić sobie środki na "lepsze jutro". Mąż sprzedawał kebab, ja pracowałam jako wizażystka w jednej z krakowskich perfumerii. Mimo naszego obustronnego zaangażowania i pracy na pełny etat tylko egzystowaliśmy z miesiąca na miesiąc. Prosiliśmy Boga, abyśmy wytrwali i mogli spełnić pragnienie dalszego mieszkania "na swoim", jednocześnie odkładając jakiekolwiek pieniądze. W międzyczasie mąż wyleciał do Norwegii w celach zarobkowych, by jako dzielna głowa rodziny utrzymać nas w dorosłym życiu. Jednak niedługo wytrzymaliśmy bez siebie. Paweł po tygodniowym pobycie nie znalazł żadnej pracy, a ja nalegałam, żeby wrócił, bo usychałam z tęsknoty za nim. Po jego przylocie nadal próbowaliśmy. Na marne.

Niestety z trudem przetrzymaliśmy w ten sposób niecały rok. Same opłaty za wynajem jednopokojowego mieszkania na obrzeżach miasta z kuchnią i łazienką, do tego moja szkoła, przejazdy MPK i żywność wynosiły nas lekko ponad dwa tysiące złotych miesięcznie. A gdzie w tym wszystkim życie? W takiej sytuacji mogliśmy jedynie pofantazjować o uzbieraniu nawet kilku zaskórniaków, a co dopiero myśleć o własnym, ciepłym, przytulnym domu - jedna wielka ułuda. W ten sposób byliśmy zmuszeni przeprowadzić się z powrotem do dwupokojowego mieszkania moich rodziców i tam, żyjąc głównie na ich koszt, żywić złudne nadzieje, że "jakoś to będzie".

DEON.PL POLECA

Pod koniec listopada 2016 r. Pan Bóg pobłogosławił nam i poczęło się nam nowe życie. Przy takim obrocie sprawy jako zwykli, prości ludzie po prostu wpadliśmy w popłoch. Zadawaliśmy sobie każdego dnia kilkadziesiąt pytań. Pytaliśmy między innymi:

"Jak to wszystko ma wyglądać?". Przecież tak bardzo pragnęliśmy zapewnić naszemu dzieciątku dom. Czas tak szybko mija, a dziewięć miesięcy upłynie w błyskawicznym tempie. Założenie, żeby zakorzenić się u rodziców do terminu mojego rozwiązania albo nawet dłużej, nie było najlepszą koncepcją. Pomimo dobrych relacji z mamą i tatą wypadało się w końcu usamodzielnić.

Przez głowę mojego męża bezustannie przemykał jeden pomysł - ponownie wyjechać do Norwegii i usilnie poszukiwać pracy. Cóż, jako żona wspierałam go w tym założeniu. Od początku naszego małżeństwa, które trwa już dwa lata, prosiliśmy Boga, żeby pomógł nam zorganizować wszystko razem w odpowiednim czasie, jeśli tylko będzie to zgodne z Jego wolą.

Z końcem kwietnia mąż ponownie udał się do Skandynawii, ja z kolei przez wzgląd na szósty miesiąc ciąży siedziałam już w domu na zwolnieniu lekarskim. Rozłąka fizyczna była dla nas bardzo ciężka. Paweł zadomowił się u znajomego kolegi na południu Norwegii, a ja - półtora tysiąca kilometrów od niego - w domu rodzinnym próbowałam znaleźć sobie miejsce. Byłam rozdarta psychicznie, a natłok różnych myśli kłębił się w mojej głowie. Pewnego wieczoru mama przyniosła do domu jakąś książeczkę i wręczyła mi ją, mówiąc, że dzięki odmawianiu modlitwy, która jest w niej zamieszczona, można uzyskać wielkie łaski od Boga. Było to Trzydziestodniowe nabożeństwo do św. Józefa. Od razu stwierdziłam, że warto spróbować pomodlić się w intencji mojego męża z prośbą o znalezienie pracy i mieszkania.

Następnego ranka uznałam, że nie ma na co czekać - chcę zacząć odmawiać to nabożeństwo. Tak też uczyniłam. Nie minął tydzień, jak zaczęły się dziać rzeczy, których nie sposób po ludzku wytłumaczyć. Po niecałych siedmiu dniach mój mąż znalazł pracę na budowie, nie mając przecież żadnego doświadczenia w tej dziedzinie i przede wszystkim nie znając języka norweskiego, a w dodatku będąc w obcym kraju. Jego angielski też był tylko na poziomie podstawowym. W ciągu kilku dni został zarejestrowany do spisu ewidencji ludności, na co czeka się tam standardowo około miesiąca. Następnym krokiem było otrzymanie tymczasowego numeru personalnego. Ten proces trwałby kolejnych trzydzieści dni, ale św. Józef przyspieszył go do niecałego tygodnia.

Byłam rozdarta psychicznie, a natłok różnych myśli kłębił się w mojej głowie. Pewnego wieczoru mama przyniosła do domu jakąś książeczkę i wręczyła mi ją, mówiąc, że dzięki odmawianiu modlitwy, która jest w niej zamieszczona, można uzyskać wielkie łaski od Boga. Było to Trzydziestodniowe nabożeństwo do św. Józefa.

Mój mąż bardzo chciał mnie do siebie ściągnąć. Na dłuższą metę nie wyobrażaliśmy sobie życia na odległość, choć zastanawialiśmy się, czy uda nam się połączyć jeszcze przed moim porodem. Sprawy zaczęły się komplikować. Większość linii lotniczych wprowadziła przepisy określające, do którego tygodnia ciąży przyszłe matki mogą latać samolotem. Ta linia, która nam odpowiadała, wyznaczyła ostateczny termin na 34. tydzień pod warunkiem otrzymania od lekarza specjalnego zaświadczenia pozwalającego odbyć taką podróż. Ja byłam już w 28. tygodniu ciąży. Okazało się, że aby mnie sprowadzić, Paweł musi załatwić jeszcze kilka innych dokumentów, a przede wszystkim mieć stały numer personalny, żebym ja, jako jego żona, mogła leczyć się za darmo, nie pracując. Poinformowano męża, że wyrobienie owego papierka trwa sześć miesięcy. Oznajmiono mu również, że w zaistniałej sytuacji nie zdąży mnie sprowadzić do siebie do Norwegii, że jest to nierealne. Żeby w ogóle dostać stały numer personalny, najpierw trzeba spełnić jeden z dwóch warunków: posiadać umowę o pracę zawartą na czas nieokreślony (na taką czeka się przeważnie ponad pół roku, jeżeli pracuje się tak długo w konkretnej firmie) lub sporządzić umowę na wynajem mieszkania na okres co najmniej sześciu miesięcy. Było to dla nas niewykonalne, ponieważ Paweł dopiero co przyleciał.

Mijały kolejne dni i tygodnie. Modliliśmy się, a ja dodatkowo wytrwale i z wielką ufnością odmawiałam Trzydziestodniowe nabożeństwo, prosząc cały czas o to samo, niekiedy jeszcze dodając te prośby, które były nam potrzebne na daną chwilę. Starałam się cały czas pozostawać w łasce uświęcającej i co drugi lub trzeci dzień uczestniczyć we mszach świętych w wiadomych intencjach.

Wspólnie z mężem odważyliśmy się podjąć dość radykalną decyzję. Po niecałych dwóch tygodniach jego pracy napisaliśmy list do szefa po norwesku z prośbą o umowę na czas nieokreślony. Ja poszłam do tłumacza przysięgłego w Krakowie i drogą elektroniczną wysłałam ukochanemu przetłumaczony dokument, w którym została opisana cała nasza aktualna sytuacja życiowa. Poszliśmy na całość. Stwierdziliśmy bowiem, że trzeba spróbować, aczkolwiek te wszystkie przepisy… najpierw trzeba przepracować miesiąc, później podpisuje się umowę na kolejne pół roku. Wówczas, jeśli udałoby się pracować w konkretnej firmie już tyle czasu, można ewentualnie liczyć na stałą umowę. Nietrudno obliczyć, że w zaistniałej sytuacji według przepisów musiałby minąć ponad rok, żebym mogła przylecieć do mojego męża.

Już następnego dnia od otrzymania listu szef przyniósł mężowi taką umowę, o jaką go poprosiliśmy. Ku naszej wielkiej radości problemy, przed którymi stanęliśmy, zaczęły się szybko rozwiązywać. Okazało się także, że pewien Polak, którego Paweł poznał na jednej z katolickich mszy świętych w Norwegii, ma nam do zaoferowania mieszkanie na wynajem. W kolejnych dniach mój towarzysz życia złożył więc obydwa dokumenty w urzędzie, w którym wyrabiają stały numer personalny. Teraz można już było realnie myśleć o moim nieco wcześniejszym przylocie do małżonka. Trzydziestodniowe nabożeństwo skończyłam odmawiać dwa tygodnie przed owym wydarzeniem. Mąż przyleciał po mnie do Krakowa. Zdążyliśmy wspólnie załatwić wszelkie niezbędne formalności i przylecieliśmy do Norwegii jeszcze w 30. tygodniu mojej ciąży, nareszcie byliśmy razem. Czas wyrabiania stałego numeru dla Pawła miał wynosić dwa tygodnie. Dostał go w dwa dni. Dzięki temu ja również mogłam otrzymać własny. Po ponownym złożeniu dokumentów, tym razem już w mojej sprawie, znów poinformowano nas, że będzie to trwało następnych trzydzieści dni. Dokładnie po pięciu dniach od dostarczenia uzupełnionego formularza poszliśmy zapytać, czy mój numer jest już do odbioru. Pani w urzędzie tylko nas wyśmiała, informując, że taki proces trwa cztery tygodnie, a nie cztery dni. Jednak po naszych prośbach kobieta sprawdziła informacje w systemie. Kuriozalne było jej zdziwienie i długi czas sprawdzania, czy rzeczywiście treść wyświetlona na ekranie monitora jest zgodna ze stanem faktycznym. Po pięciu dniach dostałam stały numer, a pani w urzędzie aż zaniemówiła z wrażenia. Sama, jak po chwili oznajmiła, nie wiedziała, jak to jest w ogóle możliwe. Twierdziła, że podobne sprawy nigdy nie przybierają aż takiego tempa.

Do porodu został miesiąc, a my, przebywając już w naszym wynajmowanym mieszkaniu, czekamy na przyjście naszego dzieciątka na świat. Jesteśmy szczęśliwi i wychwalamy Boga, dziękując Mu po stokroć za tego wielkiego orędownika, jakim jest św. Józef. Gdyby nie on i ci wszyscy ludzie, których Bóg dzięki jego wstawiennictwu postawił na naszej drodze, nie mielibyśmy żadnych szans, aby wszystko udało się załatwić w tak krótkim czasie. Pytanie - czy w ogóle by się udało? W ciągu niecałych dwóch miesięcy św. Józef załatwił nam niezbędne dokumenty, w dodatku kupiliśmy też bardzo dobrej klasy auto, którym Paweł codziennie jeździ do pracy. Pomimo że tylko on pracuje, wystarcza nam na opłaty, zakupy, życie i jeszcze zostaje tyle pieniędzy, że spokojnie można z czasem uzbierać na własne mieszkanie czy dom.

Niektórzy nasi znajomi śmieją się z nas, twierdząc, że nam się po prostu udało jak rzadko komu. Niektórzy mówią, że mamy fart, jakieś nieokreślone szczęście, jesteśmy w czepku urodzeni. Zadają pytania: "Jak to możliwe?". Niektórzy Polacy, zakwaterowani tutaj już kilka dobrych lat, do tej pory załatwiają jeszcze to, co "my" zrobiliśmy w dwa miesiące. Piszę "my" w cudzysłowie, bo w tym wszystkim nie ma żadnej naszej zasługi. Ta historia jest dowodem na to, że z Bogiem i ze św. Józefem wszystko jest możliwe.

Jeśli przeżyłeś/przeżyłaś/przeżyliście coś podobnego, poniższy formularz jest od tego, aby się tym podzielić. Niech również Twoje/Wasze świadectwo stanie się tym, co utwierdzi wiarę innych!

Świadectwo pochodzi z książki "Cuda świętego Józefa - Część 3"

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Katarzyna Pytlarz

Święty Józef - patron naszych czasów

To już trzecia część bestsellerowej serii Cudów świętego Józefa. Słynna mistyczka Marta Robin uważała, że XXI wiek będzie należał do świętego Józefa. Ta książka jest tego bezsprzecznym dowodem. Zamieszczone...

Skomentuj artykuł

Byliśmy bezradni i zdesperowani. Św. Józef w krótkim czasie wszystko zmienił [ŚWIADECTWO]
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.