Była mniszka: Kiedy odchodzi ksiądz, ludzie powiedzą, że trudno, zdarza się. A kiedy odchodzi siostra, afera jest jak stąd do Las Vegas

Była mniszka: Kiedy odchodzi ksiądz, ludzie powiedzą, że trudno, zdarza się. A kiedy odchodzi siostra, afera jest jak stąd do Las Vegas
Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Depositphotos.com
Logo źródła: WAM Monika Białkowska

- Przemocą było dla mnie powtarzanie, że Maryja Panna czegoś chce. To był stały tekst. Maryja Panna chce, Maryja Panna mnie zaprasza, na przykład do większego milczenia. To, że odeszłam, nie znaczy, że życie zakonne czy siostry są złe. W tamtym momencie to po prostu nie było dla mnie. Byłam zbyt niedojrzała, żeby podjąć takie życie. Osoby, które tam spotkałam, również nie dojrzały do tego, żeby mnie prowadzić - opowiada jedna z bohaterek książki Moniki Białkowskiej "Siostry". 

Problem polega na tym, że my dotąd nie do końca byliśmy świadomi tego, co się dzieje wewnątrz. Nikt tego głośno nie powiedział i nie pokazał problemów - mówi Monika Białkowska. Jej książka "Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach" powstała dzięki rozmowom z byłymi siostrami zakonnymi. Publikujemy fragment jednej z rozmów z byłą siostrą, która w zgromadzeniu klauzurowym była cztery lata, a odeszła z niego po 2012 roku.  

Jak to jest z tym milczeniem? Przychodzi naturalnie? Jest trudne? Sztuczne?

Mnie nie przychodziło naturalnie. Ale po jakimś czasie samotności człowiek się go uczy. Mniszki spotykają się tylko na porannej i wieczornej liturgii. Posiłki jedzą w samotności. Przygotowywane są w kuchni i w specjalnych termosach roznoszone po klasztorze, każda znajduje je pod drzwiami. Pracę wykonuje się raczej w samotności, chyba że jest bardzo ciężka, trzeba na przykład przenieść drewno. Nawet kiedy dwie albo trzy siostry jadą razem samochodem do lekarza, też milczą. Ewentualnie któraś zaproponuje, żeby się wspólnie pomodlić. To wszystko.

DEON.PL POLECA

Po jakimś czasie wiedziałam już, że tak po prostu jest, że to jest dobre. Jedna z sióstr wytłumaczyła mi, że interakcja może wcale nie być pożądana przez drugą stronę. Bo może siostra, którą zagadam, właśnie się modli? Może jest na górze, sam na sam z Panem Bogiem, a ja tam wtargnę i to zburzę? Takiego obrazu użyła, a ja go rozumiałam.

Jeśli siostry ze sobą nie rozmawiają, nie pracują razem i spotykają się tylko w kaplicy, to znaczy, że o konflikty w takim życiu bardzo trudno…

O, nie!

Można się pokłócić milcząco?

Oczywiście, że można! Między siostrami jest wiele napięć. W kuchni pracują razem. Kiedy jest większa uroczystość, muszą działać licznie na małej przestrzeni, a żeby się dogadać, piszą sobie kartki. Kuchnia była podzielona na dwie części, więc pod drzwi wsuwało się wiadomość, żeby na przykład podać mąkę. Czasem coś pokazywało się gestami. Kiedy pracowałam w bibliotece, a jakaś siostra za długo przetrzymywała książkę, pisałam jej kartkę: „Umiłowana siostro, czy mogłabyś oddać tę książkę, bo potrzebuję jej do studium?”. Tylko że – to jest ciekawe – nie mogłam tej kartki tak po prostu zanieść. Nie. Musiałam iść z nią do przełożonej. Ona czytała, wstawiała jakiś znaczek, akceptując treść, i dopiero wtedy mogłam ją zanieść adresatce.

To brzmi dziwnie, ale jak tam jesteś, szybko się adaptujesz. Siostry przywiązywały do tego dużą wagę, były staranne w zachowywaniu milczenia. Nie chcę mówić, że to były pozory, nie. Ale w kontaktach z młodymi siostrami bardzo dbały, żeby w tej kwestii być dla nich przykładem. Żeby pokazać, że takie właśnie są tam zwyczaje i trzeba się ich nauczyć i je szanować, że ktoś obok może być właśnie w relacji z Panem Bogiem, nie wiadomo, co w danym momencie przeżywa.

Nawet nie wiesz, ile można powiedzieć samym wzrokiem! Kilka razy dostałam też niemiłą wiadomość. Nie przechodziła przez przełożoną, siostry wkładały mi je do kuferka – wbudowanej w ścianę skrzyneczki, przez którą dostajesz jedzenie i listy. Nawet chciałam tę kartkę zanieść do przełożonej, ale uznałam, że dam sobie spokój, bo znów tylko ja oberwę.

„Dam sobie spokój, bo znów oberwę”. Nie chcę używać za dużych słów, ale to brzmi trochę jak przejaw wyuczonej bezradności wobec przemocy…

Nie wiem, czy nazwałabym to wprost przemocą. Ale tak działa ten system, że szybko uczysz się, co ci wolno, a czego nie. Prosta rzecz. Co tydzień po niedzielnej liturgii są tak zwane spacery. Jemy śniadanie, a potem idziemy z kilkoma siostrami, po cztery, po pięć. Każdy taki spacer ma swoją tematykę. Zazwyczaj to nie jest nic wyszukanego, na przykład fragment Ewangelii, który dostajesz poprzedniego wieczoru na fiszce. Obok masz zapisane pytania pomocnicze: do czego Pan Jezus zaprasza mnie w tym słowie? Co to słowo dla mnie znaczy? Kiedy tak idziemy, najpierw trwa milczenie. Potem rozdzielamy się na mniejsze grupki i rozmawiamy o tym słowie. Dla mnie rodzajem przemocy było już to, że w zasadzie mile widziane były same pozytywy. Nie można było powiedzieć, że jakieś słowo było trudne, że mnie przeorało, pokazało, że w czymś niedomagam. Nie. Powinno być zawsze radosne i ubogacające.

Przemocą było dla mnie powtarzanie, że Maryja Panna czegoś chce. To był stały tekst. Maryja Panna chce, Maryja Panna mnie zaprasza, na przykład do większego milczenia. Kurczę! Nie wiem, co Maryja Panna ma na myśli, bo znam ją z kart Ewangelii! Mogę mieć do niej osobiste nabożeństwo. Mogę zakładać, że chce mojego dobra, bo jest Matką Boga. Ale nie chcę Jej woli przykładać do czegoś tak banalnego jak obranie pięciu kilogramów marchewek czy odmówienie trzech części różańca. Przez dopuszczenie takich schematów człowiek traci możliwość decydowania o sobie. Traci trzeźwość spojrzenia i przestaje widzieć, co jest dla niego naprawdę dobre.

Żeby jakoś omodlić ten świat, pozostajesz też w życiu monastycznym w specjalnych relacjach i zależnościach posłuszeństwa. To jest jasne. Tylko to posłuszeństwo powinno być mocno zweryfikowane. Powinna być wprowadzona jakaś nowelizacja do ustawy. Nie może być tak, że cokolwiek powie przełożony, to automatycznie jest święte. To jakby zakładać nieomylność każdego przełożonego w każdej decyzji.

Do tego dochodziły jeszcze kapituły win. Każdego dnia w swoim zeszycie spisujesz, jak ci minął dzień i w czym niedomagałaś. Na przykład spojrzałaś krzywo na siostrę w kuchni. Raz w tygodniu, kiedy przychodzi kapituła win, masz gotowy zestaw swoich pomyłek. Wcześniej konsultujesz je z przeoryszą, żeby wiedzieć, czy prawidłowo się oskarżasz i czy nie ma tam jakiejś grubszej sprawy. Potem wstajesz i mówisz: „Ja, grzesznik, proszę cię, siostro, o przebaczenie i miłosierdzie”. I starodawnym pobożnym mniszym zwyczajem kładziesz się na podłodze i całujesz stopy tej, której w czymś zawiniłaś.

Mnisi, mężczyźni, mieli kiedyś takie zwyczaje, ale zrezygnowali z tego po soborze. Mniszki, kiedy ja u nich byłam, wciąż nie. Nie wiem, jak jest dzisiaj. To był element świadomego upokorzenia się. Ale nawet kiedy to robiłam, nie miałam poczucia, że dopuściłam się czegoś, co takiego upokorzenia wymagało. Tylko że jak siedzisz w takim wysublimowanym świecie dla wybranych, to potem już wszystkich za wszystko przepraszasz. Nawet za to, że przypadkiem potrąciłaś kogoś łokciem.

Napięcie psychiczne przełożyło się w końcu również na zdrowie fizyczne.

W klasztorze post ścisły obowiązuje w każdy piątek, a nieco lżejszy też w środy. Mięso je się bardzo rzadko, raczej od wielkiego dzwonu. W klasztorze rozwinęła mi się cukrzyca, którą leczę do dzisiaj. A bałam się prosić o lekarza. Nie wiedziałam, jak będzie postrzegane, gdybym potrzebowała regularnych posiłków, mniejszych, ale częściej, nie dwa razy dziennie. Byłam początkującą mniszką, która wszystko powinna znosić. Mogłam czy nie mogłam powiedzieć, że nie radzę sobie z tą dietą? Miałam jakieś wielkie skrupuły związane z tym, czy to dobrze, że w ogóle coś jem? Skończyło się na tym, że nie jadłam nawet tego, co mi przynoszono. Jednocześnie coraz gorzej się czułam. Mocno przytyłam i tym bardziej miałam poczucie, że nie powinnam jeść. Rozjechała mi się cała gospodarka hormonalna.

W konstytucjach jest wprawdzie zapisane, że codziennie na pół godziny powinnyśmy wyjść na spacer, bywa jednak, że się nie wy[1]chodzi, bo nie ma czasu. Nie wiedziałam, co z tym zrobić. Chciałam być aktywna. Prosiłam o inną pracę niż tylko malowanie medalików. Mówiłam, że mogę przywozić drewno, część sióstr w ten sposób opalała swoje cele, być w jakiejś ekipie naprawczej, coś pomalować. I dopiero jak się poskarżyłam, że brakuje mi przy tym energii, usłyszałam, że dobrze, że o tym mówię, bo dla sióstr fizycznie pracujących jest dodatkowy posiłek – zupa. Nie wiem, czybym ją dostała, gdybym się nie upomniała. To są detale, może nieistotne. Ale pokazują, że czasem siostrom brakuje wyobraźni, że są nieżyciowe. Działają tak, jak każe przeorysza. Nie mogą nawet zadać pytania jak normalni dorośli ludzie. Przeszkadzało mi to coraz bardziej.

Krótko po  moim odejściu w  jednym z  naszych klasztorów we Francji wybuchła sprawa dotycząca nadużyć emocjonalnych. Trafiła do Watykanu, tam została powołana komisja, zaczęły się wizytacje. Odbyły się też ogólnoświatowe kapituły, na których było sporo obserwatorów, specjalistów od psychologii i psychiatrii. Siostry na nowo napisały konstytucje. Myślę, że dziś częściej pochylają się nad tymi najsłabszymi. Więcej jest ostrożności, dojrzałego dialogu, wolności.

Zaczęłaś już wtedy myśleć o odejściu? Jak się w ogóle traktuje kwestię odchodzących sióstr w klasztorze klauzurowym?

Pierwsza z sióstr, która mi towarzyszyła, odeszła po prawie dwudziestu latach w zakonie. Jest w związku z kobietą. Myślę sobie – kurczę, przecież taka świadomość, kim się jest i jakie ma się preferencje, nie spada na człowieka nagle, nie jest tak, że w sierpniu wychodzę z klasztoru, a we wrześniu wchodzę w związek partnerski! Co ją w takim razie zmotywowało do wstąpienia? Czy była szczęśliwa przez tyle lat? Kto albo co ją hamowało, powstrzymywało przed tym, żeby odejść i żyć w zgodzie ze sobą?

Trochę mógł ją powstrzymywać zwykły lęk. Po dwudziestu latach w takim miejscu wszystkiego musisz się uczyć od nowa, jak dziecko. Wychodzisz do paszczy lwa.

Ona nigdy nie miała w ręku telefonu komórkowego. Pewnie nie do końca wiedziała, jak działa internet. Ale moje doświadczenie jest takie, że kiedy siostra odchodzi, pozostałe uruchamiają swoje kontakty. Ich znajomi szukają pracy i mieszkania, przez jakiś czas pomagają materialnie. To nie jest tak, że wystawiają kogoś za bramę i przestają się nim interesować. Ja sama nie dość, że dostałam pieniądze, to jeszcze przez kilka miesięcy siostry opłacały za mnie czynsz. Ale fakt, księża przed odejściem czasem zdążą zrobić studia, więc potem są coachami albo zarządzają firmami. A to, że siostra może zrezygnować, w XXI wieku wciąż wydaje się dziwne. To dlatego nosimy na sobie jakieś piętno. Jak mogłaś opuścić miejsce, w którym przez dwadzieścia lat cię karmiono, dbano o ciebie, pozwalano ci się realizować w służbie Bogu? Już siostry czynne mają problem z odnalezieniem się później w życiu, o zamkniętych nawet szkoda gadać, to jest przecież życie w bańce.

Ja byłam tam tylko trzy lata, a czułam się uwsteczniona, bo technika mocno poszła do przodu. Byłam przerażona nawet tym, że nie wiem, co to jest blik. A co ma powiedzieć siostra, która dwadzieścia lat żyła w klasztorze zamkniętym? Może jeszcze potrafi obsłużyć drukarkę i faks, ale kto dzisiaj używa faksu? Kiedy do klasztoru zaczął wkraczać internet, tłumaczyłam siostrom, jak napisać maila i jak otworzyć link.

Może to jest też kwestia własnej niepewności? Kiedy odchodzi ksiądz, ludzie powiedzą, że trudno, mężczyzna, zdarza się. A kiedy odchodzi siostra, afera jest jak stąd do Las Vegas. Mamy ułożone w głowach jako kobiety, że powinnyśmy się dostosować, spełniać oczekiwania, żeby dobrze funkcjonować w świecie. Odchodzące siostry wiedzą, że nie spełniły oczekiwań. I to je zawstydza. Są mniej wartościowe. Nie powinny ujawniać, że odeszły z zakonu. Najlepiej by było, gdyby nie wracały w rodzinne strony, ale zamieszkały w większym mieście, gdzie pozostaną anonimowe. Społeczne oczekiwanie jest też takie, że będziesz wdzięczna za to, ile zakon dla ciebie zrobił, bo przez tyle lat cię utrzymywał.

Ale to jest spojrzenie jednowymiarowe. Kto pyta o to, co się dzieje w siostrze, co przeżywa? Dlaczego nie może już czegoś znieść? W czym nie może dłużej funkcjonować? Mam serdecznego przyjaciela, który był moim spowiednikiem, duszpasterzem. Przyszedł do mnie kiedyś i powiedział: „Odszedłem z zakonu. Nie mogłem już żyć w tych strukturach”. I przyjęłam to. Wyjaśnił potem tyle, ile mógł i chciał. Nie było w nim zawstydzenia. Podjął decyzję, do której miał prawo. I tu właśnie należy zapytać o kobiety. Bo u nich jednak pojawia się wstyd. Dlaczego? Czy dlatego, że kobieta ma się poświęcać i trwać w układzie za wszelką cenę? Ona ma całkowicie i na zawsze zapomnieć o sobie? Mężczyzn rozumiemy. Kobiet w tej samej sytuacji – nie.

Jak w tobie dojrzewała decyzja o odejściu?

Na pewno powoli. Kiedy było mi już bardzo źle i myślałam, że zaraz wybuchnę, siostry zaproponowały mi wyjazd za granicę. Tak się czasem wydaje: wyjedziesz w inne miejsce, zapomnisz o sobie i natychmiast będzie git. Odmówiłam, bo się bałam. W klasztorze było mi źle, ale już go znałam, czułam się tam bezpiecznie. Przyjaciele wiedzieli, gdzie jestem, i mogli prosić o spotkanie ze mną – dopiero później się dowiedziałam, ile razy im odmówiono. Byłam też zaakceptowana przez większość sióstr. Dlatego nie pojechałam. Coraz trudniej było mi się modlić i wstawać na liturgię. Posypałam się emocjonalnie i fizycznie. Siostra, która mi towarzyszyła, pytała, jak się mam. Na początku grudnia oficjalnie powiedziałam przeoryszy, że chciałabym pojechać na święta do domu i tam się zastanowić, co dalej. Ustaliłyśmy, że jeszcze wrócę, a potem dostanę rok na to, żeby poprawić swoje zdrowie fizyczne. Ona kazała mi w tym czasie rehabilitować kręgosłup, przejść terapię i schudnąć przynajmniej piętnaście kilogramów. Wyobrażasz to sobie? To była jedna z najboleśniejszych rzeczy, jakie od niej usłyszałam, agresywna i niewłaściwa.

Powrót po trzech dniach świąt był już bardzo trudny. Musiałam zachować sekret, inne siostry nie mogły wiedzieć, że odchodzę. O takich rzeczach informuje się raz w tygodniu na kapitule win, zawsze po fakcie.

Pojechałaś na święta do domu i…?

Kiedy poszłam na roraty, to ludzie jakby ducha zobaczyli. To było nawet zabawne. Ówczesny przeor wziął mnie na  śniadanie. Pierwsze pytanie, które zadał i za które jestem bardzo wdzięczna, brzmiało: „W czym ci mogę pomóc?”. Drugie: „Masz gdzie mieszkać?”. I trzecie: „Ile ci potrzeba na czynsz, jak już wyjdziesz?”. To było bardzo wspierające. Po odejściu też dużo mi pomógł. Kiedy po Bożym Narodzeniu wróciłam do klasztoru, siostry dały mi telefon, żebym mogła zorganizować sobie mieszkanie. Pomogli mi w tym przyjaciele. Musiałam jednak poczekać, aż będzie gotowe. Poszłam do przeoryszy i poprosiłam, żebym mogła zostać kilkanaście dni dłużej. Odmówiła. Powiedziała, że skoro mamy umówiony termin, to muszę się go trzymać. Nie miałam wyjścia, musiałam wrócić do rodzinnego domu. Na szczęście na krótko.

Jedna z sióstr mówiła mi niedawno, że ma poczucie winy, bo o mnie nie walczyła. Nie sprzeciwiła się przeoryszy, kiedy tamta nie pozwoliła mi zostać dodatkowych kilka dni. Że była zależna, jakby nie mogła użyć rozumu, tylko wykonywać kolejne polecenia. Śmiałyśmy się, że teraz, po zmianach personalnych, już może to robić. Bardzo ją kocham i widzę, jak się rozwija w klasztorze.

Żałujesz czasu spędzonego za klauzurą?

Myślę, że nie. Nie żałuję. Dobrze było poznać takie życie. Żałuję, że nikt się mną tam nie zaopiekował, nie podał ręki, nie wytłumaczył. A ja tkwiłam w poczuciu winy. Przecież powinnam wszystko wiedzieć i nie prosić o dodatkowe rozmowy. Tak, to było straszne. Nikt mnie nie poprowadził emocjonalnie, a uważam, że życie duchowe i życie emocjonalne są jednością. Jeśli coś nie gra w życiu emocjonalnym, to przełoży się też na relację z Panem Bogiem. Miałam więc w sobie taki rozdźwięk, ale spychałam swoje potrzeby na dalszy plan i starałam się wpasować w kanon dobrej mniszki. Byle jakoś funkcjonować.

To, że odeszłam, nie znaczy, że życie zakonne czy siostry są złe. W tamtym momencie to po prostu nie było dla mnie. Byłam zbyt niedojrzała, żeby podjąć takie życie. Osoby, które tam spotkałam, również nie dojrzały do tego, żeby mnie prowadzić. Niedojrzałość była cechą charakterystyczną wspólnoty. Jak to się dzieje, że dojrzała kobieta, czterdziestopięcioletnia, pyta przełożoną, czy może w trakcie modlitw iść do toalety, bo jej się chce siku? No ludzie!

Brakuje ci czasem tamtej ciszy?

Tak. Lubię ciszę i spokój. Pracuję teraz z ludźmi obciążonymi różnymi chorobami, nieświadomymi tego, co się dzieje. Mój zegarek dość często sygnalizuje, że poziom hałasu przekroczył sto decybeli, że powinnam zmienić otoczenie. Gdy popracuję tak kilka dni, muszę sobie zorganizować ciszę. Iść na spacer, pobyć w naturze. Z moimi siostrami jestem w dobrych relacjach, więc jeśli mam możliwość, to do nich jadę. To grono się zmieniło. Zostały te, które kocham. Ale jeżdżę na krótko, nie zostaję na noc. Ot, tyle, żeby się wyciszyć. Lubię tam być, ale wiem, że to nie jest moje miejsce. Zostać na dłużej? Nie, dziękuję

---

Tekst jest fragmentem książki "Siostry. O nadużyciach w żeńskich klasztorach" Moniki Białkowskiej, wydanej przez Wydawnictwo WAM. Śródtytuły pochodzą od redakcji. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Monika Białkowska

Czasem „najprostsza droga do nieba” wiedzie przez piekło

„Zdradziły Jezusa i Kościół" – to zwykle słyszą siostry zakonne, które postanowiły odejść ze swoich zgromadzeń. Często towarzyszy temu izolacja albo w najlepszym wypadku niezrozumienie. A co...

Skomentuj artykuł

Była mniszka: Kiedy odchodzi ksiądz, ludzie powiedzą, że trudno, zdarza się. A kiedy odchodzi siostra, afera jest jak stąd do Las Vegas
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.