Jogurcik zamiast bliskości

Jogurcik zamiast bliskości
(ft. Damian Kramski)
4 lata temu
Logo źródła: WAM ks. Jan Kaczkowski

"Zjedz, musisz być silna". Marnować czas na jogurciki, zamiast wykorzystywać go na bliskość - jakie to bezsensowne. Musimy wszystko otulić miłością - pisał ks. Jan Kaczkowski.

Każdego dnia przynajmniej trzy razy mamy szansę zapaść na nowotwór. Na szczęście nasz system immunologiczny blokuje onkomutacje, blokuje niektóre onkogeny i przy podziale komórki kieruje je na boczny tor, gdzie są niszczone. Jest mytoza, replikacja kodu DNA, pamiętamy z biologii. Ale, niestety, system raz na całe życie się myli i zaczyna traktować komórkę nowotworową jak najlepszego gościa. Komórka się patologicznie dzieli. To naprawdę nie Pan Bóg kazał jej to robić, tylko taka jest natura biologii. A że Bóg rzadko działa contra naturam, bo sam ustanowił pewne prawa, zatem do cudów ucieka się sporadycznie. Czasem to robi, żeby pokazać nam swoją obecność, władzę, żeby nami wstrząsnąć, kiedy nasza wiara słabnie. Ale nie możemy wiary czy nadziei budować na cudzie.

Zawsze obecny Bóg

Zaraz po wojnie ludzie pytali, gdzie był Bóg w Auschwitz. W Auschwitz Bóg był w przykazaniu "Nie zabijaj!", bo ono tam nie przestało obowiązywać. Czasem ktoś mnie pyta (oczywiście nie porównuję tych sytuacji): gdzie jest Bóg w księdza chorobie? Wtedy mówię, że jest ze mną. Nie mogę pozwolić rozpaczy odebrać sobie wiary, że On jest ze mną w chorobie. Stąd taka praktyczna rada: pamiętajcie, że jeśli z jakiegokolwiek powodu zawali się wam świat, jeżeli was wywalą z pracy i będzie to niesprawiedliwe (jeżeli was sprawiedliwie wywalą, to znaczy, że zawiniliście), to Pan Bóg będzie w tej niesprawiedliwości. Popatrzcie, z jednej strony Wcielenie, a z drugiej prawdziwa obecność Chrystusa w komunii świętej.

Te dwie rzeczy, które się zespolą, oznaczają, że On stał się ludzkim ciałem ze wszystkimi konsekwencjami. Umarł w ciele, zbawił świat przez biologię. A my - jako ta biologia, która się psuje, poci i brzydko pachnie - mamy niezwykły przywilej przyjęcia Jego Ciała. Nie symbolicznego, nie duchowego, ale prawdziwego, realnego, substancjalnego. Nasi bracia protestanci też w to wierzą, tylko w samym momencie przyjęcia, a my wierzymy, że jest obecny na stałe. Jeżeli Bóg jest ze mną, jeżeli mogę Go przyjąć w sposób godny do siebie, jeżeli On się ze mną dramatycznie w mym ludzkim ciele jednoczy, to co mi się może stać? Śmierć, chociaż jest nieprzyjemnym procesem, jest tylko jakąś granicą.

Nie jestem po to, żeby straszyć was śmiercią, mówić: nawróćcie się natychmiast, otwórzcie portfele na hospicjum, to was zbawi. To by było prymitywne. Śmierć jest tak samo naturalna jak życie. Wisława Szymborska pisała, że rodzimy się bez wprawy i umieramy bez rutyny. Skoro Pan Bóg jest przy nas, to jeśli zdarzy się ciężka, a czasem nieuleczalna choroba, to On nas przecież nie zostawi. Musimy cały czas o tym pamiętać, podobnie jak o tym, że jesteśmy wolni, że mamy prawo odstąpić od terapii uporczywej, że nikt nie ma prawa nas do niczego zmuszać ani oszukiwać nas w chorobie. Gdybyście państwo ciężko zachorowali, to raczej chcielibyście wiedzieć, na co jesteście chorzy, by pokierować odpowiednio swoim życiem.

Uzgadnianie prawdy

Pacjentka około czterdziestoletnia, mająca małe dzieci, chcąca żyć, świadoma nowotworu jelita grubego, śródoperacyjnie otworzona i zamknięta (bo okazało się, że jest gorzej niż lekarze myśleli), pokładająca ogromną nadzieję w tej operacji. Jeżeli zabieg się uda, wszyscy skaczą i krzyczą: "Cudownie!". Jeśli nie, to lekarz przeważnie chowa się za papiery i mówi: "Wie pani, usunęliśmy część masy patologicznej, wyślemy wycinki do badania histopatologicznego, poczekamy". Rodzina wpada w przerażenie i decyduje: "Nie mówimy mamie, bo ona się załamie". I zaczyna się powtarzanie: "będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze"...

Pacjentka czuje się po operacji lepiej, brzuch się zrósł, wszyscy mówią, że będzie świetnie. Ona coś podejrzewa albo coś niepokojącego wyczytała w wypisie, ale chce wierzyć w wyzdrowienie. Raz wkręciwszy się w chorobie w kłamstwo, będziemy musieli się w nie wkręcać w nieskończoność. Co powiemy tej pacjentce, kiedy jej stan zacznie się pogarszać? Będziemy mówili, że kolejka się przesuwa, że NFZ nie refunduje chemii, że miała być kolejna operacja, ale ją nagle odwołano... Wiecznie coś będziemy musieli wymyślać.

Często bywa tak, że przyjeżdżam do domu chorego oznakowanym hospicyjnym samochodem, a rodzina błaga mnie, bym postawił auto trzy ulice dalej, bo mama nie wie, że jest ciężko chora. Zasadniczo się na to nie zgadzam. Mój zespół też jest nauczony, by w tej kwestii być nieustępliwym. No bo co mam powiedzieć? Że tak sobie przejeżdżałem, wpadłem, pomyślałem, że tu będzie pani Zosia i na pewno będzie chora? Ile to tłumaczeń ludzie potrafią wymyślić... "Wiesz, mamo, bo ksiądz Jan tak tu jeździ, odwiedza i wujek Kazek spotkał księdza na stacji benzynowej i powiedział mu, że jesteś chora, więc wpadł. Zupełnie przez przypadek był w komży, z Najświętszym Sakramentem i przygotowany do posługi kapłańskiej".

Otulmy wszystko miłością

Pacjentka coś podejrzewa, rodzina dokładnie wie, ale tańczą wokół siebie. To jest chocholi taniec. Przychodzę do pacjentki, a ona mi mówi: "Proszę księdza, ja wiem, że umieram, ale oni nie wiedzą. Moja córka miała zawał, niech jej ksiądz nic nie mówi". I wtedy moją rolą jest krążenie między kuchnią a pokojem i uzgadnianie prawdy. Doprowadzenie do tego, żeby oni pobyli razem, chwycili się za ręce i byli blisko. Możemy w nieskończonośc budować nadzieję, tylko że ostatni okres będzie tak krótki, iż mogą tego wszystkiego nie unieść.

Szczególnie jak pacjent czy pacjentka jest osobą młodą, tak jak ja, to wszyscy mówią: "Musisz z tego wyjść, musisz się trzymać, musisz być dzielna". I w pewnym momencie pacjenci czują się winni, że nie zdrowieją. Pamiętam takiego młodego ojca, który odchodził i powiedział: "Jestem takim strasznie złym ojcem, że nawet nie potrafię wyzdrowieć". Drodzy państwo, gdyby moje zdrowie zależało od mojej woli, to bym ten telefon, który trzymam teraz w ręce, zjadł na waszych oczach. Już bym go zaczął chrupać.

Pewna pacjentka poprosiła mnie, żebym porozmawiał z jej najbliższymi, którzy wymuszali na niej jedzenie. W ostatnich dniach jej życia wszystko się skupiło na walce o jogurcik - jak ja to nazywam. "Zjedz, musisz być silna". Marnowanie czasu na jogurciki, zamiast wykorzystywanie go na prawdziwą bliskość - jakie to bezsensowne. Ta kobieta wyrzuciła członków swojej rodziny i poprosiła mnie: "Niech ksiądz do nich zejdzie i powie im, że ja im na złość nie umieram". Wasi najbliżsi na złość wam umierać nie będą. Musimy to przyjąć, że choroby się zdarzają. Musimy też wszystko otulić miłością.

***

Książka księdza Jana Kaczkowskiego "Grunt pod nogami" została bestsellerem Empiku 2016.

- Ktoś powie, że w tej kategorii triumfuje ktoś, kogo nie ma z nami, ale właśnie jest. Jest dzięki temu, co napisał, co zrobił, a przede wszystkim dzięki temu, kim był. Człowiek, który żył na pełnej petardzie - ksiądz Jan Kaczkowski, "Grunt pod nogami" - powiedział Piotr Kraśko, tuż przed wręczeniem statuetki.

Tutaj obejrzycie relację z Gali.

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Jogurcik zamiast bliskości
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.