A gdyby to była moja córka? Ambona nie jest po to, by udowadniać swoją rację
Od kilku dni się zastanawiam, co bym zrobiła, gdyby dziewczyna z Malca była moją córką. Gdyby to moje dziecko ksiądz całował po rękach, by zaraz napiętnować je z ambony tylko po to, żeby udowodnić swoją rację, i to mijającą się z nauczaniem Kościoła. Albo gdybym to była ja...
Granica między zdrową nauką wiary a przekonaniami księdza bywa czasem bardzo cienka. I źle jest, gdy korzystając z przewagi, jaką daje ambona, ksiądz udowadnia parafianom swoją „świętą” rację. Ale jeszcze gorzej jest, gdy w tym celu narusza granice drugiego człowieka.
Bardzo poruszająca jest dla mnie sytuacja z Malca. Młoda dziewczyna podczas liturgii Wielkiego Piątku została publicznie „użyta” do udowodnienia opinii księdza na temat komunii na rękę. Nie trzeba wyjaśniać, że w małej społeczności wskazanie kogoś z ambony w taki sposób jest jak postawienie pod pręgierzem na rynku. Na drugi dzień wszyscy będą o tym wiedzieli.
Jak można, będąc księdzem, zrobić coś takiego młodej kobiecie, która – według słów z kazania – jest wierząca, praktykująca i żyje w łasce? Jak można być tak bardzo odklejonym od współczesnego świata, by nie mieć pojęcia, z czym mierzą się w 2026 roku młodzi ludzie w ogóle, a wierzący w szczególności? Chcę wierzyć, że moja imienniczka z Malca jest twardą zawodniczką, która ma na tyle bliską relację z Jezusem, że to wydarzenie nie zniechęci jej ani psychicznie nie porani. Ale co, jeśli nie jest?
Nie wiem, ile jeszcze czasu zajmie w formacji kapłańskiej wykształcenie w wyświęconych mężczyznach wrażliwości odpowiedniej do ich roli. Bo to wrażliwości właśnie według mnie bardzo tu zabrakło. I pokory, której brak sprawił, że w tak nieodpowiedni sposób ksiądz chciał udowodnić, iż komunia na rękę to upadek Kościoła. Przypomnę tylko, że komisja KEP w 2020 roku wyraziła się bardzo jasno: „Niewłaściwe i krzywdzące wiernych jest twierdzenie, że przyjmowanie Komunii św. na rękę jest brakiem szacunku wobec Najświętszego Sakramentu.” I dalej: „Nie można też stwierdzić, iż Komunia św. na rękę jest sama z siebie profanacją. (…) Szafarze nie mogą twierdzić, że samo udzielenie Komunii na rękę stanowi niebezpieczeństwo profanacji, jeśli wierny z wiarą i szacunkiem prosi o tę formę Komunii. Prawo oceniania i zmieniania praktyki liturgicznej należy do Stolicy Apostolskiej i dopóki ona uznaje Komunię na rękę za godziwy sposób udzielania wiernym Ciała Pańskiego, nikt nie powinien tego sposobu potępiać.” Było sześć lat, żeby się zapoznać z tym jasnym przypomnieniem oficjalnej nauki Kościoła? Było. Ale najwyraźniej okazało się za mało.
Z utęsknieniem czekam na czasy, w których księża nie będą głosić swoich „wersji zasad wiary”, tylko Ewangelię i wyrastającą z niej oficjalną naukę Kościoła. Oraz na czasy, w których nie będą używali innych ludzi bez ich zgody, z pozycji siły, po to, by mieć argumenty na poparcie własnych przekonań. Tyle jest pytań, dlaczego ludzie odchodzą od Kościoła, ale tak mało księży bierze pod uwagę fakt, że sami są często tego powodem, gdy doprowadzają powierzonych im wiernych do granic cierpliwości. I nadużywają danej im władzy w sposób nie do zniesienia bez szwanku. Poza akcjami jak w Malcu wliczam w to krzyczenie na ludzi po nazwisku z ambony (bo nie zapłacili składki, nie stawili się na żądanie proboszcza, przyjmują komunię na rękę – i nie, to nie są historie z zamierzchłych czasów). Wliczam w to też potępianie zachowań i przekonań, których zdecydowanie nie potępia Kościół (pamiętacie afery o kobiety w spodniach w Kościele albo kobiety czytające czytania na mszy?)
Takich historii jest o wiele więcej: większość nie trafia do mediów. Zostają w zbiorowej pamięci parafii, złożonej z coraz większej grupy wiernych poranionych zachowaniem księży. Czasem, gdy rany są już za głębokie, prośby o interwencję trafiają do kurii. I bywa, że wtedy boli jeszcze bardziej. Wtedy, gdy biskup po raz kolejny „daje szansę” proboszczowi czy wikaremu, na którego duszpasterskie wyskoki skarżą się parafianie, bo z perspektywy kurii sprawy nie wyglądają tak źle: parafia działa, kościół wyremontowany, pieniądze przychodzą, ksiądz nie pije, nie kradnie ani nie jest w związku. Robota jest zrobiona. A to, że ludzie zaciskają zęby i próbują przez kolejne lata znieść parafialnego „księcia” i jego gorliwe zniechęcanie ludzi do Kościoła swoimi poglądami i zachowaniem, jest już niewidzialne. Do chwili, w której się nie okaże, że brakuje z tacy na rachunki za prąd, bo wierni zaczęli uczęszczać do innych parafii, w których z miłością i szacunkiem głosi im się czystą Ewangelię. I w których nikt nie używa innych ludzi do udowadniania, że ksiądz wie lepiej niż papież, episkopat i kodeks prawa kanonicznego razem wzięci.


Skomentuj artykuł