Badania historyczne to za mało, a rozliczenie przeszłości wciąż w fazie obietnic
Prawda bywa bolesna, ale strach przed jej ujawnieniem niszczy Kościół od środka. Podczas gdy pojedyncze diecezje decydują się na uruchomienie postępowań historycznych wobec zmarłych biskupów, na poziomie ogólnokrajowym wciąż dominuje paraliż i uniki. Brakuje odwagi do otwarcia archiwów, a ogólnopolska komisja Episkopatu utknęła w martwym punkcie.
Archidiecezja katowicka ogłosiła kilka dni temu, że uruchomiono postępowanie historyczne w sprawie zarzutów o wykorzystywanie małoletnich przez zmarłego w 2018 r. biskupa pomocniczego Gerarda Bernackiego. Do zarzucanych mu czynów miało dochodzić w latach 80. XX w., a ofiarą – wówczas jeszcze nie biskupa – był małoletni ministrant, obecnie dorosły mężczyzna. Archidiecezja apeluje zatem do osób, które mogą mieć wiedzę na temat domniemanych innych przestępstw hierarchy, by zgłaszały się do komisji. Sprawa nie ma charakteru postępowania karnego – takowego nie można bowiem przeprowadzić w odniesieniu do osoby zmarłej. Ma wyłącznie charakter badania historycznego, które może uprawdopodobnić zarzuty i umożliwić udzielenie pomocy pokrzywdzonym.
Nie jest to pierwszy przypadek tego typu postępowania historycznego. Dość wspomnieć, że kilka lat temu po publikacjach na temat księży Eugeniusza Surgenta i Józefa Loranca (obaj pracowali w archidiecezji krakowskiej, gdy jej metropolitą był kard. Karol Wojtyła) poszukiwano osób przez nich pokrzywdzonych, a ostatnio apel ponawiano. Tu odwołam się też do doświadczeń własnych, bo w diecezji sosnowieckiej Komisja „Wyjaśnienie i Naprawa”, której jestem przewodniczącym zainicjowała trzy tego typu postępowania. W jednym przypadku sprawdzenie innych źródeł aniżeli archiwa kurialne (np. archiwum Instytutu Pamięci Narodowej), a także nowe zgłoszenie od osoby pokrzywdzonej pozwoliły na stwierdzenie, że zarzut postawiony kilka lat temu przez jedną osobę jest wysoce prawdopodobny. Przeprowadzenie takiego działania nie jest procesem błyskawicznym, trzeba czasu i drobiazgowego badania, ale jest działaniem koniecznym – nie tylko z punktu widzenia osób skrzywdzonych – ale także do tego, by Kościół odzyskał wiarygodność.
Stąd też nie do końca zrozumiałe jest, że w sytuacji, gdy w ostatnim czasie pojawiały się kolejne osoby potwierdzające niewłaściwe zachowania biskupa Jana Szkodonia (zmarłego niedawno byłego biskupa pomocniczego w Krakowie) nie zdecydowano się na uruchomienie postępowania historycznego. Niezrozumiałe jest także, że jak dotąd nikt publicznie nie usłyszał co dzieje się ze sprawą ks. Henryka Jankowskiego w odniesieniu do którego kilka lat temu pojawiły się poważne zarzuty, a władze archidiecezji gdańskiej twierdziły, że traktują je z należytą powagą.
Nie można wykluczać, że powodem braku tego typu postępowań jest strach przed ewentualnym ujawnieniem w czasie ich trwania zaniedbań powszechnie szanowanych, acz w większości już nieżyjących biskupów. Ale jasno sobie trzeba powiedzieć, że nawet najgorsza prawda jest lepsza aniżeli jej krycie.
Biskupi co prawda mówią, że zależy im na wyjaśnieniu wszystkich trudnych spraw (kiedyś obszernie cytowałem przeróżne ich wypowiedzi na ten temat), ale za słowami nie idą realne działania. Przykładem chociażby temat ogólnopolskiej komisji ds. zbadania przypadków wykorzystania. Na ostatnim posiedzeniu biskupi mieli dopracować dokumenty, mieli poznać nazwisko kandydata na przewodniczącego/przewodniczącą. I co? Znów – jak wynika z rozmów z niektórymi hierarchami – posprzeczali się, a temat oddalił się na kolejne miesiące (następne posiedzenie KEP) planowane jest jesienią.
Czy można się dziwić temu, że wśród wielu osób narasta zniecierpliwienie? Że wiele osób, które dotąd z nadzieją czekały na ruch biskupów, z rezygnacją macha ręką? Że ludzie po prostu przestają wierzyć w to, że polskiemu episkopatowi naprawdę zależy? Ja jeszcze jakieś nadzieje mam, ale są one coraz mocniej przykrywane mgłą niepewności. Zwłaszcza, że hierarchowie, którzy deklarowali publicznie, że jak komisja nie powstanie, to stworzą własne tego nie robią. Dają szansę współbraciom w biskupstwie? Dbają o jedność, której de facto w tej sprawie od dawna nie ma?
Pojawiają się tu i ówdzie głosy, że sami świeccy mogliby komisję powołać. Tyle tylko, że bez dostępu do dokumentów kościelnych komisja takowa niewiele zdziała. Kwerenda w innych archiwach da pewien obraz, ale będzie to obraz niepełny. Biskupi są zatem potrzebni do tego, by pchnąć te sprawy na przód. Dobrze, że otwierają się – przynajmniej niektórzy – na postępowania historyczne. Ale to ciągle za mało. A ludzie czekają, niektórzy zrezygnowani odchodzą.
.webp)
.webp)
Skomentuj artykuł