Bóg, honor i nienawiść do sąsiada. O tym, jak daliśmy się zwieść politykom
Wyobraźmy sobie taką scenę: niedzielny poranek, kościelne dzwony biją na sumę, w ławkach tłoczno, a z ust płynie gorliwe „…jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Istna sielanka, gdyby nie fakt, że w poniedziałek rano ten rytm serca zaczyna dyktować już nie Ewangelia, a sejmowa szczekaczka. To nie jest złośliwość felietonisty, to bezlitosna statystyka, która wylewa nam na głowy kubeł lodowatej wody.
Z najnowszych badań IBRiS wyłania się obraz, który powinien spędzać sen z powiek każdemu, kto jeszcze wierzy, że polska dusza bije w rytm chrześcijańskich wartości. Okazuje się bowiem, że gdy pytamy o pomoc wojskową dla zaatakowanej Ukrainy, najbardziej miłosierni są… niewierzący i niepraktykujący. W tej grupie aż 75 proc. uważa, że sąsiadowi w potrzebie trzeba słać broń. A co u nas, w tej legendarnej „pierwszej ławce”? Poparcie dla pomocy drastycznie spada do marnych 37 proc. Większość z nas mówi twarde „nie”.
Kto tu naprawdę rządzi duszami?
Można by pomyśleć, że to nagły przypływ pacyfizmu, ale przecież dobrze wiemy, że to nie papież Franciszek – którego apele o otwartość na migrantów i tak ignorowaliśmy z pasją – stoi za tą zmianą. Odpowiedź jest o wiele bardziej prozaiczna i bolesna: my po prostu przestaliśmy słuchać pasterzy, a zaczęliśmy słuchać polityków. Doszło do swoistego „rozdwojenia jaźni”. W niedzielę recytujemy słowa o miłości bliźniego, by w poniedziałek karmić się retoryką o „zatrzymaniu wszelkiej pomocy”, dopóki sąsiad nie spełni naszych historycznych roszczeń.
Mamy do czynienia z postępującą „braunizacją” polskiego katolicyzmu. To zjawisko, w którym kompas moralny wiernych nie jest już ustawiony na Watykan czy katechizm, ale na konkretne biura poselskie. Można odnieść wrażenie, że dla sporej części z nas to Grzegorz Braun stał się nowym „prymasem”, a może i „papieżem”. To on dyktuje dziś, gdzie kończy się nasze miłosierdzie, a zaczyna „racja stanu” definiowana przez zwykłą niechęć do obcego.
Nienawiść z „Szczęść Boże” na ustach
Najgorsze jest to, że ta nienawiść coraz częściej wychodzi z Internetu na ulice. Kiedy słyszę o mężczyznach we Wrocławiu, którzy pastwią się nad bezbronnym Ukraińcem i jego partnerką tylko dlatego, że w kolejce do Żabki mówili z akcentem, czuję zwyczajny wstyd. Jeśli nakręcamy spiralę nienawiści, a na ustach mamy „Szczęść Boże!”, to jest to postawa iście szatańska. To właśnie nieprzyjaciel ludzkiej natury najskuteczniej kusi pod pozorem dobra.
Zasłanianie się Wołyniem i UPA w obliczu bicia dwunastolatki w autobusie jest nie tylko haniebne, ale i absurdalne. Co ta dziewczynka ma wspólnego z tragiczną historią sprzed osiemdziesięciu lat? Oczywiście nic. Ale nie o prawdę historyczną tu idzie. Politycznym krzykaczom wcale nie zależy na ofiarach rzezi wołyńskiej; im zależy na szczuciu i sianiu nienawiści „tu i teraz”. Smutne, że tak łatwo dajemy się rozgrywać rosyjskiej propagandzie, która przenosi rozmowę z krzywdy dziecka na historyczne spory, byle tylko rozbić naszą solidarność.
Milczenie, które jest oddaniem pola
Gdzie w tym wszystkim są nasi pasterze? Poza chlubnymi wyjątkami, jak kardynał Ryś, większość hierarchii milczy. A milczenie episkopatu w obliczu fali antyukraińskich nastrojów to po prostu oddanie pola walkowerem. Jeśli Kościół nie ma odwagi przeciwstawić się politycznej demagogii uderzającej w fundamenty chrześcijaństwa, niech się nie dziwi, że wierni szukają autorytetów tam, gdzie mówi się głośno i wyraźnie – nawet jeśli z nienawiścią na ustach.
Dziś miernikiem naszego chrześcijaństwa nie jest liczba odmówionych różańców, ale stosunek do Ukraińca, który mieszka za ścianą lub stoi obok nas w sklepie. Jeśli ateista ma w sobie więcej empatii dla bitego człowieka niż osoba co niedzielę przystępująca do komunii, to znaczy, że gdzieś po drodze zgubiliśmy istotę wiary.
Żadne deklaracje o „chrześcijańskich korzeniach Europy” nas nie uratują, jeśli te korzenie sami systematycznie podcinamy w imię partyjnych słupków poparcia. Pozostaje więc postawić sobie pytanie, na które każdy z nas musi odpowiedzieć sam, najlepiej przed lustrem, a nie przed ekranem telewizora: czy my jeszcze w ogóle jesteśmy wierzący i praktykujący, czy już tylko politycznie zaprogramowani?


Skomentuj artykuł