Fabryka złudzeń. Pięć groźnych mitów, które wmawiają nam social media

Fabryka złudzeń. Pięć groźnych mitów, które wmawiają nam social media
Fot. Brooke Cagle / Unsplash

Jedno wydaje się coraz bardziej oczywiste: z cyfrowym światem jest coś nie tak, a zostawianie go bez nadzoru prowadzi do coraz większych problemów społecznych. Pełen jest dziś historii o tym, że wystarczy jeden genialny pomysł, by prowadzić łatwe życie bez ograniczeń, że młodość musi być spektakularna, intensywna, kolorowa, pełna niezwykłych doświadczeń, które dobrze wyglądają na zdjęciach. A jeśli nie jesteś szczęśliwy, to znaczy, że za mało nad sobą pracujesz Nic dziwnego, że masz za mało lajków... 

Internet miał pomagać, a jest wielką fabryką złudzeń

Od kilku lat - chcąc nie chcąc - pracuję w mediach społecznościowych. To znaczy: piszę, publikuję, analizuję zasięgi, często coś nagrywam. Spędzam tu zdecydowanie więcej czasu niż planowałam, kiedy zakładałam pierwsze konto. A zakładałam je z bardzo naiwną myślą, że internet jest przecież tylko jednym z wielu narzędzi komunikacji i trzeba się go uczyć. Owszem, jest, ale jednocześnie dziś wiem, że jest przede wszystkim potężną fabryką złudzeń.

Gdybym miała zrobić prywatną listę największych mitów, którymi media społecznościowe karmią nasze dzieci - a przy okazji także nas - powstałby z tego całkiem pokaźny ranking. Temat (na szczęście!) przestaje być wreszcie wyłącznie rodzicielskim zmartwieniem kilku matek zaniepokojonych czasem ekranowym swoich pociech. W Polsce trwa właśnie dyskusja o ograniczeniu dostępu do mediów społecznościowych dla dzieci poniżej piętnastego roku życia. I choć szczegóły takich rozwiązań są przedmiotem sporów, jedno wydaje się coraz bardziej oczywiste: coś z tym cyfrowym światem jest nie tak, a zostawianie go bez nadzoru prowadzi do coraz większych problemów społecznych. Realnych w perspektywie rodzin i kosztownych ze względu na gospodarkę kraju.

DEON.PL POLECA




Mit pierwszy: natychmiastowy sukces jest w zasięgu ręki

Pierwszy mit, który rzuca mi się jako pierwszy w oczy, gdy tylko wchodzę social media, brzmi bardzo kusząco: natychmiastowy sukces jest w zasięgu twojej ręki. Jutuby, fejsbuki, instagramy pełne są dziś historii o tym, że wystarczy jeden genialny pomysł, jeden dobrze napisany prompt do sztucznej inteligencji i już można zarabiać z dowolnego miejsca na świecie (najlepiej oczywiście z hamaka rozwieszonego między palmami). Nie widać nigdzie setek godzin, które ktoś wcześniej spędził na uczeniu się, poprawianiu błędów i zaczynaniu wszystkiego od nowa.

Mit drugi: wiedza jest dostępna, więc musisz wiedzieć wszystko

Drugi mit jest jeszcze bardziej podstępny: otóż, powinieneś wiedzieć wszystko. Media społecznościowe sprawiają wrażenie wielkiej encyklopedii życia. Wystarczy śledzić odpowiednie profile, żeby dowiedzieć się, jak inwestować pieniądze, jak wychowywać dzieci, jak mówić płynnie w obcym języku, jak programować, jak dbać o zdrowie, a przy odrobinie samozaparcia można dowiedzieć się nawet tak niewątpliwie praktycznych rzeczy jak nauka klingońskiego w tydzień. Nie pokazuje się tylko jednej rzeczy: że nauczenie się czegokolwiek naprawdę wymaga czasu. Cierpliwości. A czasem także całkiem pokaźnej liczby porażek i włożonych w wiedzę funduszy. W tej obfitości ofert nikt nie uczy też jednego: selekcji. Umiejętności określania tego, co jest ważne, co potrzebne, co użyteczne i sensowne. Wszystko można i warto przecież przyswoić, karmiąc się serią 30-sekundowych rolek (tak, to sarkazm).

Mit trzeci: praca "z kawiarni w Lizbonie" to nowa społeczna norma 

Jest też bardzo szkodliwy mit łatwego życia bez zobowiązań. Dwudziestolatek podróżujący z laptopem po świecie, pracujący z kawiarni w Lizbonie, a za miesiąc z plaży w Tajlandii wygląda w social mediach jak norma, a nie jak wyjątek. Problem polega na tym, że życie większości ludzi wygląda zupełnie inaczej - i nie ma w tym absolutnie nic złego. A wykreowanie dziś jakiejkolwiek postaci z jakąkolwiek historią w internecie nie jest żadnym problemem. Wyzwaniem staje się odróżnienie prawdy od kreacji i uczenie się krytycznego myślenia, ale o tym za moment.

Bo z mitem życia bez zobowiązań wiąże się jeszcze jedno przekonanie, które wyraźnie widzę w social mediach: a mianowicie takie, że młodość musi być spektakularna. Ma być intensywna, kolorowa, pełna niezwykłych doświadczeń, które dobrze wyglądają na zdjęciach. Kiedy patrzy się na internetowe relacje, można odnieść wrażenie, że zwyczajne życie - studia, pierwsza praca, powolne uczenie się dorosłości - to jakaś przykra pomyłka. A przecież większość ludzkiego dojrzewania jest raczej cicha niż widowiskowa (co wiemy o nastoletnim życiu Pana Jezusa? Nic! Przypadek? Nie sądzę). Poszukiwanie własnej drogi i tożsamości od dziecka do młodego dorosłego od wieków składa się z monotonii, ćwiczenia, powtarzania tych samych czynności i z mozolnego budowania kompetencji, relacji i charakteru. A przynajmniej tak to do tej pory wyglądało w powszechnym odbiorze.

Dziś nie dość, że życie ma być intensywnie kolorowe, to jeszcze nieustająco produktywne. Gruntuje się – nie tylko w dzieciach! – przekonanie, że jeśli nie jesteś szczęśliwy, to znaczy, że za mało nad sobą pracujesz, a jeśli coś się nie układa, to pewnie dlatego, że jeszcze nie znalazłeś właściwej techniki samorozwoju, odpowiedniej medytacji, właściwego planera celów. Tymczasem prawdziwe życie składa się także z rzeczy, których nie da się „naprawić” metodą rozwoju osobistego. Są choroby. Straty. Ograniczenia. Są sytuacje, które trzeba po prostu przeżyć. I najlepiej byłoby je przeżywać w realnej wspólnocie.

Mit czwarty: nasza realna wartość zależy od wirtualnych lajków

Widzialność ważniejsza niż rzeczywistość: to jeszcze jeden podstępny mit, na którym ufundowane są social media: ten, który mówi, że nasza wartość zależy od lajków. Wystarczy spojrzeć na popularną praktykę kupowania obserwujących, bardzo powszechną we współczesnych social mediach. Konto z dziesięcioma tysiącami polubień wygląda przecież na wartościowe, a konto z pięćdziesięcioma nikogo nie zatrzyma. A przecież nijak się to ma do stanu faktycznego.

Byłam niedawno na koncercie wybitnych muzyków jazzowych. Profesorowie akademii muzycznych. Artyści z ogromnym dorobkiem i niesamowitymi umiejętnościami, ale w mediach społecznościowych niemal niewidoczni. Ich konta z punktu widzenia lajków można określić tylko słowem „rachityczne”. „Nie potrafią się sprzedać” - powie ktoś - a ja mam ochotę sarknąć: „może i nie potrafią, ale może po prostu są zbyt zajęci szlifowaniem swoich umiejętności, żeby poświęcać swój czas i uwagę na osławione budowanie marki osobistej”. Bo kiedy przychodzi do grania, okazuje się nagle, że młody zespół z kilkudziesięciotysięczną publicznością w internecie nie zawsze potrafi choćby porządnie nastroić instrumenty, a ci panowie zagrają wszystko, wszędzie, na wszystkim i do tego w odpowiedniej tonacji. Takich umiejętności nie da żadna apka, a prawdy o ich talencie nie określa w żaden sposób dwustu pięćdziesięciu sześciu obserwujących na Instagramie. Nasze dzieci mogą jednak tego nie odnotować.

Trzeba więc chyba wciąż i wciąż powtarzać: internet rządzi się od lat prawem, że widzialność bywa ważniejsza niż rzeczywistość. Liczy się to, co się klika, co generuje reakcję, co jest ładnie albo kontrowersyjnie opakowane. W tym kontekście otrzeźwiająca jest myśl, że w chrześcijaństwie jedna z najważniejszych historii zaczyna się… od trzydziestu lat życia w ukryciu i w najlichszym miejscu na ziemi. Jezus przez większość swojego ziemskiego życia nie budował zasięgów ani publiczności. Dorastał, pracował, żył w niewielkim miasteczku, którego nazwa niewiele mówiła światu. To trudna lekcja dla kultury, która wierzy, że niewidzialne znaczy nieważne.

Internet uwielbia także wmawiać nam, że wszyscy musimy być wyjątkowi. Że każdy powinien się czymś wyróżniać, błyszczeć, budować własną markę osobistą. Paradoks polega na tym, że same media społecznościowe działają według mechaniki opartej na czymś zupełnie przeciwnym - na naszej ludzkiej przewidywalności. Na tym, że w gruncie rzeczy jesteśmy do siebie bardzo podobni, podobne rzeczy nas oburzają, cieszą, interesują. A hasło: "każdy jest wyjątkowy" to w tych okolicznościach „przyrody” tylko zgrabny slogan, by połechtać ludzkie ego.

DEON.PL POLECA


Mit piąty: opinia zastępuje prawdę 

Jest wreszcie mit najbardziej niebezpieczny: że nie ma prawdy. Że wszystko jest względne. Że każdy ma swoją wersję rzeczywistości. Że liczy się przede wszystkim opinia - najlepiej wyrażona szybko, zdecydowanie i w sposób, który wywoła emocje. I że opinia zastępuje prawdę. Algorytmy nagradzają właśnie takie reakcje. Tymczasem prawda, jak to prawda, bywa cicha, wymagająca i rzadko mieści się w trzydziestosekundowym nagraniu.

Z tym wiąże się jeszcze jedno złudzenie, które już nieco wcześniej zasygnalizowałam: że wspólnota może być w pełni cyfrowa. Coraz częściej spotykam się z przekonaniem, że wystarczy należeć do odpowiedniej grupy, śledzić odpowiednie profile i komentować pod właściwymi postami i będę miał „swoją wioskę”, ludzi, którzy mnie naprawdę wspierają i motywują do rozwoju, „rzeczywiście są przy mnie”. Ale tak naprawdę, naprawdę „rzeczywiście” ich nie ma.

Są, owszem, w okienku, są w komentarzu, są niby obecni, ale ciągle nienamacalnie i fragmentarycznie. A przecież prawdziwa wspólnota zawsze oznacza coś więcej niż zgodność opinii i obecność online. Oznacza spotkanie z konkretnymi ludźmi - także z ich temperamentem, ograniczeniami i trudnościami. Z tym wszystkim, czego nie da się pominąć jednym ruchem kciuka ani wyłączyć jednym kliknięciem „unfollow”. Sakramentalny wymiar Kościoła - z jego znakami, dźwiękami, zapachami, liturgią i wymogami - genialnie pomaga tę wspólnotowość praktykować i w niej się rzeczywiście ukorzeniać.

Nasze dzieci nie mają social mediów. I żyją

W naszym domu temat mediów społecznościowych wygląda dość prosto. Nasze dzieci - mające od trzech do dwunastu lat - nie mają własnych smartfonów ani kont w social mediach (w przeciwieństwie do zdecydowanej większości swoich koleżanek i kolegów z klas, żeby było jasne!). Nie mają i żyją. Ośmielę się nawet ocenić, że czują się z tym całkiem dobrze, a na pewno nie marudzą o dostęp do tych wszystkich platform. No dobrze, czasem nasz ośmiolatek marzy o tablecie, na którym mógłby godzinami grać w Minecrafta, ale poza tym życie toczy się zupełnie zwyczajnie i z całą pewnością dostęp do tiktoka czy klasowego whatsappa nie jest na czele listy marzeń naszej starszyzny.

Najciekawsze jest jednak coś innego. Dzieciaki - obserwując mamę pracującą w mediach społecznościowych - potrafią czasem bez większego wysiłku zauważyć moment, w którym sama zaczynam wierzyć w któryś z tych internetowych mitów. Ich zdrowy dystans pomaga mi wrócić do rzeczywistości, gdy „jeszcze jeden projekt” przeradza się w trzecią godzinę ślęczenia przed ekranem.

A może zrobisz sobie trzy dni postu od scrollowania? 

Myślę sobie czasem, że chrześcijaństwo jest jedną z najlepszych szczepionek przeciw takim złudzeniom. Bo choć chrześcijanin żyje nadzieją nieba, to jednocześnie bardzo mocno stoi na ziemi. Wie, że nie jest samowystarczalny. Wie, że obiektywna prawda istnieje. I wie też, że żadna ważna rzecz w życiu nie rodzi się natychmiast ani wirtualnie: ani mądrość, ani miłość, ani świętość.

Dlatego może właśnie Wielki Post jest dobrym momentem, żeby zrobić coś bardzo prostego, ale pomagającego wyjść poza mitologię social mediów sobie czy dzieciom. Na przykład spróbować zrobić sobie post od scrollowania i na trzy dni odinstalować apki z telefonu. Oddać ten czas na rozmowę. Na książkę. A najlepiej za modlitwę. Bo modlitwa - wbrew temu, co mówi świat - nie jest kolejną techniką samodoskonalenia. Jest raczej traceniem czasu, w którym człowiek zaczyna próbować patrzeć na rzeczywistość oczami Pana Boga. Tylko to nas może prawdziwie uratować od wszelkich złud i urojeń.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.
Łukasz Walewski

Światowa polityka. Wielkie skandale. Potężni influencerzy.

Impulsywnie, bez doradców, nie zawsze na trzeźwo. Tak za pomocą twittera komunikują się dziś ze światem władcy atomowych imperiów, politycy i dziennikarze. Do poważnego międzynarodowego kryzysu może doprowadzić jeden...

Skomentuj artykuł

Fabryka złudzeń. Pięć groźnych mitów, które wmawiają nam social media
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.