Gdy ministerstwo obrony staje się ministerstwem wojny
Prezydent Trump we wrześniu zeszłego roku zmienił nazwę Departamentu Obrony na Departament Wojny. W konsekwencji Sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych Ameryki stał się Sekretarzem Wojny. Jak możemy wnioskować z doniesień prasowych, nie chodziło Trumpowi o kosmetyczną zmianę nazwy, lecz o przywrócenie etosu wojownika. Wraz z nową „orwellowską” nazwą urzędu, nasiliła się wojenna retoryka i straszenie użyciem siły.
W literaturze beletrystycznej urzędy o nazwach takich jak „Ministerstwo Wojny” często kojarzone są z reżimami autorytarnymi lub apokaliptycznymi wizjami przyszłości. Dziwi mnie, że kilka miesięcy później prezydent wychodzi z inicjatywą utworzenia „Rady Pokoju”. Dlaczego nie „Rady Wojennej”? Chyba, że jest to wyraz ironii, podobnie jak „Ministerstwo Prawdy”, które u Orwella zajmuje się fałszowaniem historii i produkowaniem fake newsów. Nie dziwi mnie niepokój ze strony wielu komentatorów.
Szczególnie przeraża mnie to, co powiedział Donald Trump inaugurując tę Radę podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos: „gdy ta Rada będzie już w pełni uformowana, będziemy mogli robić praktycznie wszystko, co chcemy” (cytat za onet.pl). Mówiąc jednym zdaniem: nikt nam nie podskoczy! A jeśli podskoczy to „ja jestem waszym wojownikiem, jestem waszą sprawiedliwością, a dla tych, którzy zostali skrzywdzeni i zdradzeni: jestem waszym odwetem” – mówił podczas dorocznej konferencji środowisk konserwatywnych w marcu 2023 roku.
Etos wojownika dobrze sprzedawał się i sprzedaje również wśród katolików. Mamy dzisiaj „Wojowników Maryi” i „Rycerzy Jana Pawła II” – organizacje, które swoimi nazwami nawiązują do dawnych zakonów rycerskich. Mamy rytuały z mieczami w dłoni i zapewnienia o gotowości do walki. I chociaż ma to być jedynie metafora walki duchowej z własnymi słabościami, to często sami wojownicy uważają za słabość życzliwość wobec migrantów i brak nienawiści do wrogów Ojczyzny.
Nie można dopuścić do tego, by nakręcanie się i podjudzanie do walki stało się modne, by szukanie wrogów stało się jedynym sposobem na znajdowanie przyjaciół, by okopywać się wraz z nimi przed obcymi.
Zachęcony przez portale internetowe sięgnąłem po najlepszą ponoć książkę wojenną wydaną w zeszłym roku. Autorem jest jeden ze znanych polskich pisarzy – Szczepan Twardoch. Nie jest to powieść napisana po polsku, lecz w języku wojny, gdzie ukraińskie wulgaryzmy mieszają się z żołnierskim żargonem. Niektórych słów trzeba się po prostu nauczyć, pytając sztuczną inteligencję o ich znaczenie. Mobik, pidar, efpiwiszka, połon. Ten język poznaje się podczas czytania. Utrzymana w nurcie naturalistycznym książka robi duże wrażenie. Nie ma tu dżentelmeńskiej fabuły jak w „Czterech pancernych” czy „Stawce większej niż życie”. Autor ukazuje dramat walczących z własną znieczulicą żołnierzy, utaplanych w błocie i we własnej krwi, którzy nie wiedzą, czy lepiej zginąć, czy przeżyć.
Remarque w powieści „Na Zachodzie bez zmian” (1929) pisał, że dla żołnierza w okopach wojna nie jest sprawą honoru, lecz „biologiczną walką o przetrwanie”, w której człowiek sprowadza się do poziomu zwierzęcia szukającego schronienia przed ostrzałem. Nie ma w tym nic romantycznego. Nawet wojna obronna nie broni pokoju, lecz jest bezduszną machiną odbierającą człowiekowi wrażliwość i zdolność do wchodzenia w normalne relacje z ludźmi.
Gdy ministerstwo obrony staje się ministerstwem wojny, powinna nam się zapalić czerwona lampka. To znak, że ktoś zamierza kosztem zwykłych ludzi wprowadzać swój porządek na świecie, że ktoś pręży muskuły, by udowodnić, że może bezkarnie burzyć i zabijać. Polityka straszenia się nawzajem jest skrajnie nieodpowiedzialna i nie jest zapowiedzią pokoju.
Trzeba pokazywać, co wojna robi z ludźmi. Bez względu na to po której stronie frontu walczą. Trzeba czasem posłuchać dziecka czekającego na powrót ojca. „Tato powiedział, że idzie tylko naprawić niebo, żeby nie spadały z niego ognie, i wróci na moje urodziny. Urodziny minęły, a niebo dalej pęka” – mówi ośmioletni chłopiec z Charkowa.
Jak promować pokój, gdy dzieci głosu nie mają, a ich rodzice oddają głos na ludzi, którzy własne lęki i ambicje karmią strachem przed obcymi, budując mury i stawiając zasieki tam, gdzie powinny stać place zabaw.


Skomentuj artykuł