Msza dla dzieci to nie przedszkole. Ale w kościele jest miejsce dla wszystkich
To była niedzielna Msza „dla dzieci". Siedzieliśmy na niej całą naszą sześcioosobową rodziną, a nasz najmłodszy synek po cichu bawił się na ławce małym resorakiem. Jakie to jest budujące, że można być jako rodzina na Eucharystii i że dziecko ma szansę naturalnie wrastać we wspólnotę Kościoła - myślałam sobie. I wtedy starsza pani z sąsiedniej ławki odwróciła się do synka z gniewnym wyrazem twarzy i teatralnym szeptem syknęła: “To nie przedszkole!”
Nasze zasady zachowania w kościele zna na pamięć, bo powtarzamy je co tydzień: może bawić się po cichu wyłącznie przy nas, po kościele nie biegamy, nie hałasujemy, w kluczowych momentach wstajemy albo klękamy razem ze wszystkimi, pamiętamy, że w tym miejscu JEST Pan Bóg - Ktoś ważniejszy i o niebo potężniejszy niż Prezydent, Spiderman i Batman razem wzięci (dla naszego czterolatka aktualnie to jest maks maksów), więc trzeba się ODPOWIEDNIO zachowywać. Obserwowałam Miszkę kątem oka i w duchu wzdychałam z cichym zadowoleniem - jejku, jakie to już jest wygodne przyjść do kościoła z takim maluchem. Nie trzeba animować mu uwagi, nie trzeba sprawdzać co trzydzieści sekund, gdzie jest i czy przypadkiem właśnie nie ściąga jakiejś rzeźby z postumentu, jakie to jest budujące, że można być jako rodzina na Eucharystii i że dziecko ma szansę naturalnie wrastać we wspólnotę Kościoła. Moje samozadowolenie rozbiło się w drobny mak gdzieś w okolicach wyznania wiary, kiedy starsza pani z sąsiedniej ławki odwróciła się do synka z gniewnym wyrazem twarzy i teatralnym szeptem syknęła: “To nie przedszkole!”
Aż mnie zatkało. No pewnie, że nie przedszkole! Ale to dziecko nie rozumie jeszcze treści dialogów liturgicznych, jego koncentracja jest minimalna i to jest ta jedna jedyna Eucharystia w tej parafii, która na wielkiej tablicy ogłoszeń przed kościołem opisana jest bez cienia wątpliwości: DLA DZIECI. W tym kościele jest w niedzielę dziewięć innych Mszy. Dziewięć. Wybraliśmy tę, na której dzieci są rzekomo mile widziane - a tu proszę, uderza w nas jawna niechęć!
Zalała mnie złość i przestałam się skupiać na czymkolwiek poza ławką, na której siedziała owa pani. Ewidentnie jako rodzina działaliśmy jej na nerwy, bo raz po raz rzucała w naszą stronę potępiające spojrzenia - najprawdopodobniej dlatego, że nasz maluch po chwili przestrachu, wrócił do swojego zajęcia zamiast w nabożnej postawie kontemplować ołtarz. Padły pierwsze słowa liturgii Słowa Bożego: „Złość i gniew są obrzydliwościami, których trzyma się grzesznik" (Syr 27, 30). “O to, to, to!” - pomyślałam z zajadłą satysfakcją, patrząc spod byka w wiadomym kierunku. I w tej samej sekundzie w sercu ŁUP - pojawiła się wyraźna myśl: “No, aktualnie to ty karmisz tu swoją złość, moja droga”. Bardzo niewygodna myśl. I… jak najbardziej na miejscu.
A potem jeszcze Ewangelia o przebaczaniu siedemdziesiąt siedem razy na dokładkę… Miałam ochotę przewrócić oczami i powiedzieć: “Serio, Jezu?! To mnie upominasz?”. Ale nie powiedziałam tego, bo po prawdzie, mój Pan i Mistrz miał rację i dobrze, że mnie w sercu napomniał.
To mnie postawiło do duchowego pionu. Choć uczciwie mówiąc: irytacja buzowała we mnie jeszcze długo, a napięcie trzymało mnie w garści przy każdym nieco głośniejszym ruchu malucha. Koniec końców jednak decyzja, żeby wsłuchiwać się w Słowo Boże, a nie w szelest niechęci z sąsiedniej ławki, przyniosła owoc. Pomyślałam, że to ode mnie zależy, czy wyjdę z tej Mszy z odrobionym ćwiczeniem z pokory i miłości bliźniego, czy z solidnie dokarmionym bakcylem niechęci. Na to, co myśli o nas ta pani, wpływu nie miałam przecież żadnego, za to na to, jak ja się zachowam i czy dam świadectwo tego, w co wierzę - już tak. Westchnęłam więc w sercu: „Przymnóż mi, Panie, miłości" i do końca Mszy próbowałam nie dać się wciągnąć w milczącą bitwę na niechętne spojrzenia. Trudna to była lekcja ewangelicznej miłości. Ale też - gdyby nie ona, całkiem realnie groziło mi, że usłyszę Ewangelię o przebaczaniu wyłącznie uszami, a nie sercem. A jak widać, moje serce bardzo potrzebowało tego ćwiczenia z miłości.
W kościele jest miejsce dla wszystkich, którzy chcą w nim być. To zdanie jest mi bardzo bliskie - także w jego krótszej, popularniejszej wersji (tej bez dopowiedzenia: “którzy chcą w nim być”). Wynika z niego rzecz oczywista, choć nie zawsze wygodna: nie mam żadnego wpływu na to, kto usiądzie w ławce obok mnie podczas Eucharystii. Może to być celnik, może faryzeusz, może Matka Teresa, a może członek krucjaty na rzecz oczyszczenia Kościoła z ludzi niewystarczająco pobożnych. Wszyscy mają tu wstęp, a ja mam wpływ co najwyżej na to, czy przygarnę tego, kogo ktoś właśnie z tego kościoła wyprosił - choćby samym spojrzeniem. Albo czy sprawię, że mój bliźni poczuje się przyjęty i na miejscu. Zatem skoro w kościele jest miejsce dla wszystkich, którzy chcą w nim być, to jest w nim miejsce dla mnie, moich bliskich i - oczywiście - również dla starszej pani, która uważa, że resorak na Mszy to koniec cywilizacji. Ona też ma prawo tu siedzieć, przyszła do tego samego Jezusa i ma swoją relację z Nim, o której ja nic nie wiem i nie mam prawa jej oceniać.
Z dziećmi jest jednak o tyle trudniej, że one z własnej woli na Mszę zwykle się nie garną. Tak, znam wyjątki. Znam też rodziców tych wyjątków i wiem, ile w tym ich pracy. Dziecko trzeba do kościoła przyprowadzić, oswajać je z liturgią na miarę jego możliwości i dać mu szansę poczuć się tu u siebie. To naprawdę jest wyzwanie.
Przy chrzcie każdego z naszej czwórki ksiądz zapytał nas wprost, czy jesteśmy świadomi, że prosząc o chrzest dla dziecka, przyjmujemy na siebie obowiązek wychowania go w wierze. Odpowiedzieliśmy, że jesteśmy świadomi i z całego serca wierzę, że przyprowadzając dziecko do Jezusa od małego, daję mu to, co mam najlepszego. Zdanie „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im" (Mk 10, 14) noszę jako skuteczny plasterek na wątpliwości, czy to dobry pomysł. Bo taki dwu-trzy-czterolatek pozostaje średnio rozmodlonym adeptem wiary. Źródła podają różne liczby, ale co do rzędu wielkości są zgodne: dziecko w wieku przedszkolnym utrzymuje uwagę na jednym zadaniu mniej więcej kilkanaście minut. Msza trwa na ogół kilkadziesiąt i z punktu widzenia najmłodszych jest ciągiem mało zrozumiałych aktywności.
Mamy w domu zasady, które od lat wspierają nas i - jak wierzę - nasze siostry i braci na wspólnie przeżywanej Eucharystii. Maluchy mogą wziąć ze sobą jakąś zabawkę, którą bawią się w ustalonym z nami miejscu. Nie ma biegania po kościele, nie ma hałasowania, w kluczowych momentach dbamy, by nawet najmłodsi na miarę swoich możliwości się angażowali w liturgię. Oczywiście co niedziela trzeba rzecz rozeznawać, bo dzieci są różne, mają różne dni i etapy i czasem po prostu się nie da wyjść razem, ale skoro obiecaliśmy przy chrzcie wychować je W WIERZE, to teraz staramy się to zrobić praktycznie.
Reakcja wspomnianej starszej pani bardziej mnie zabolała niż zaskoczyła - przy czwórce dzieci przeżyłam już we wspólnocie Kościoła rozmaite rzeczy. Myślę jednak, że to wciąż jest jedno z najczęstszych wyzwań, jakie sobie w tej wspólnocie serwujemy. Chcemy „wierzącej młodzieży", ale dzieci - z ich nieokrzesaniem, odgłosami, rachityczną koncentracją - to najlepiej jakby sobie przez pierwszych kilka lat posiedziały w domu i objawiły w kościele w okolicach ósmego roku życia, w nabożnym skupieniu, akurat na czas do pierwszej komunii. Skąd im się to skupienie i umiejętność odpowiedniego zachowania na liturgii weźmie? Ano chyba spłynie nadprzyrodzonym strumieniem łaski (wybaczcie sarkazm).
I żeby było jasne, mnie też - bywa - przeszkadzają dzieci na Mszy. Też się rozpraszam przy trzecim z rzędu „mamo, a kiedy koniec". Też uważam, że część rodziców traktuje Jezusowe „pozwólcie dzieciom przychodzić" jak zielone światło na każde zachowania, które nijak nie pomagają wspólnocie wzrastać na duchu. Też uważam, że Msza to nie przedszkole i że warto dziecku od samego początku jasno to komunikować. Tylko że „to nie przedszkole" powiedziane dziecku przez własnego rodzica w drodze do kościoła i „to nie przedszkole" wysyczane w stronę czterolatka przez obcą osobę mają dwie zupełnie inne siły rażenia.
Jeden człowiek potrafi drugiemu skwasić dzień jednym zdaniem - myślę, że to uniwersalne doświadczenie ludzkości. Naprawdę nie trzeba do tego wiele: wystarczy syk, wystarczy spojrzenie, wystarczy westchnienie w odpowiednim momencie. Ale też jeden człowiek może ten kwas zneutralizować. U nas dokładnie to się wydarzyło. Nikt co prawda nie stanął w naszej obronie formalnie, za to kilka osób obdarowało nas pokrzepiającymi uśmiechami - takimi bez słów, przelotnymi, w stylu „spokojnie, ten wasz synek naprawdę nam nie przeszkadza". I to wystarczyło. Wyszłam z kościoła z poczuciem, że nadal jesteśmy w tej wspólnocie u siebie, nadal i dla nas jest tu miejsce, a ja odrobiłam ćwiczenie z 77-krotnego przebaczania.
Jeśli więc w którąś z najbliższych niedziel zobaczysz, jak ktoś “objeżdża” rodzica za to, że jego dziecko zachowuje się jak dziecko - to wiedz, że warto uśmiechnąć się do tego strofowanego malca i do tego opiórkanego rodzice. Tyle. Kto wie, może dzięki temu jednemu twojemu uśmiechowi za tydzień znowu będzie mu się chciało jednak przyjść na Mszę, a nie poddać tej podstępnej pokusie: “zostańmy w domu, przynajmniej nie będziemy przeszkadzać”. Nikt z nas nie ma wpływu na to, że jakaś osoba ze wspólnoty nabożnego skupienia pomyli godziny i trafi na Mszę „dla dzieci". Ani na to, co sobie o nas w tej ławce pomyśli. Zawsze jednak mamy wpływ na to, co z naszej ławki pójdzie w stronę drugiego człowieka - niezależnie od tego, czy ma cztery lata, czy osiemdziesiąt cztery.


Skomentuj artykuł