Nie brakuje rodziców, którzy krytykują zakaz telefonów. Ale ich dzieci na przerwach wróciły do ping-ponga
Nie brakuje rodziców, którzy zakaz telefonów krytykują. Szczerze rozbawiła mnie zasłyszana pod szkołą rozmowa mamy odbierającej 2 września dziecko z pierwszej klasy, która z oburzeniem mieszającym się z niedowierzaniem dopytywała: „Ale jak to?! Nie możesz nawet wyciągnąć na lekcji telefonu z plecaka?!! To jak ty niby masz sobie sprawdzić, ile minut zostało do końca lekcji?". Ale z nową ustawą trudno dyskutować. Nauczyciel, który jeszcze rok temu był stroną sporu, dziś po prostu stosuje reguły powszechnie obowiązujące. Na przerwy wróciły ping-pong, karty i - przede wszystkim - rozmowy.
Za mną zebrania rodzicielskie w szkołach naszych dzieci. We wszystkich klasach, niezależnie od rocznika, przewijały się w rozmowach dorosłych mniej więcej te same wątki: zakaz telefonów, edukacja zdrowotna i typowe dla danego wieku wyzwania wychowawcze. Uderzyło mnie jednak, że w sprawie zakazu trzech różnych wychowawców mówiło nadzwyczaj zgodnie - a przy okazji z zadowoleniem i nadzieją, które na szkolnych zebraniach, nie wybrzmiewają znowu aż tak często: „Tym razem nie musimy z dziećmi walczyć!". Żeby zrozumieć tę nauczycielską ulgę, muszę zaznaczyć, jak wyglądały poprzednie lata. Nasze dzieciaki chodzą do dużych, wielkomiejskich placówek, w których uczy się kilkaset, a nawet ponad tysiąc uczniów.
Szkoły te próbowały wprowadzać zakaz smartfonów na własną rękę, niestety reguły zapisywane w statucie bardzo szybko okazywały się zaproszeniem do niekończących się negocjacji i regulaminową wydmuszką. Dzieci wykorzystywały wsparcie co bardziej tech-entuzjastycznie nastawionych rodziców i buntowały się przeciwko szkolnym regułom, a każda przerwa, nierzadko zaś i lekcja, zamieniała się w nieustającą bitwę podjazdową: nauczyciel zwracał uczniowi uwagę, telefon znikał w plecaku, a gdy tylko dorosły się odwrócił, smartfon wędrował z powrotem na kolana. W tle raz po raz padało to jedno, nieśmiertelne pytanie: „A niby jakim prawem mi pani zabroni i go zabierze?".
Ustawa z 3 lipca 2026 r. dopisała więc do prawa oświatowego przepis, zgodnie z którym uczniowie podstawówek nie korzystają na terenie szkoły z telefonów ani innych urządzeń do porozumiewania się na odległość czy nagrywania obrazu i dźwięku, i dotyczy to zarówno lekcji, jak i przerw. Oczywiście są wyjątki: telefon można wyjąć za zgodą nauczyciela, gdy jest potrzebny na zajęciach, w pilnej sprawie do rodzica albo ze względów zdrowotnych. I - rzecz jasna - można by dyskutować nad sposobem implementacji i niedoskonałościami tego rozwiązania, ale przynajmniej w naszych szkołach rozwiązanie to przyniosło pozytywny, widoczny gołym okiem skutek. Z ustawą trudno dyskutować, a nauczyciel, który jeszcze rok temu był stroną sporu, dziś po prostu stosuje reguły powszechnie obowiązujące. Na przerwy wróciły ping-pong, karty i - przede wszystkim - rozmowy.
Dzieci, które wiedzą, że zakaz telefonów obowiązuje WSZYSTKICH uczniów w Polsce, a nie tylko ich szkołę, przestały tracić energię na walkę z nim i zaczęły się zajmować innymi sprawami. A że energia, jak wiadomo, nie ginie, tylko zmienia postać, więc w naszych placówkach od kilku tygodni z zapałem godnym lepszej sprawy młodzi kontestują… jedzenie na stołówce. Od września obowiązuje bowiem również nowe rozporządzenie ministra zdrowia w sprawie żywienia dzieci i młodzieży, zgodnie z którym raz w tygodniu na talerzu musi się pojawić w pełni roślinny obiad na bazie strączków, mięso gości w jadłospisie najwyżej dwa razy w tygodniu, a podstawowym napojem jest woda. O tym sporze napiszę jednak innym razem.
Oczywiście nie brakuje rodziców, którzy zakaz telefonów krytykują, i ich głosy na szkolnym korytarzu też tu i ówdzie pobrzmiewają. Przyznam bez bicia, że szczerze rozbawiła mnie zasłyszana pod szkołą rozmowa mamy odbierającej 2 września dziecko z pierwszej klasy, która z oburzeniem mieszającym się z niedowierzaniem dopytywała: „Ale jak to?! Nie możesz nawet wyciągnąć na lekcji telefonu z plecaka?!! To jak ty niby masz sobie sprawdzić, ile minut zostało do końca lekcji?". Yhm. Takie mamy czasy, że analogowy zegar ze wskazówkami, wiszący bodaj w każdej sali nad tablicą, nie wydaje się już oczywistą odpowiedzią.
Fakt jednak jest taki, że rodzicielskich uwag tego typu jest w tym roku zdecydowanie mniej, i nie jest to wyłącznie moje korytarzowe wrażenie. Z kwietniowego badania CBOS dla PAP wynika, że zakaz używania smartfonów w szkołach podstawowych popiera 85 proc. Polaków, a przeciwnych mu jest zaledwie 11 proc. Najwięcej zwolenników, bo aż 93 proc., jest w grupie 35–44 lata, czyli wśród rodziców dzisiejszych uczniów podstawówek - ludzi, którzy, obstawiam, wpuszczali smartfony do swoich domów z niemałym entuzjazmem, a potem na własnej skórze przekonali się, że to licho jednak nigdy nie śpi. Być może powoli zaczynamy też zbierać owoce ciężkiej pracy u podstaw rozmaitych ekspertek i specjalistów od higieny cyfrowej i edukacji, którzy od lat powtarzali jak mantrę, że telefony szkodzą dzieciom (gwoli formalności - nie tylko im). (Zainteresowanych niezmiennie odsyłam do bardzo przystępnej książki Jonathana Haidta „Niespokojne pokolenie").
Jako jednostki - nie licząc totalnych indywidualistów, którzy mają środki i samozaparcie, by żyć wyłącznie „w zgodzie z własnymi zasadami" - w zdecydowanej większości żyjemy w realiach kształtowanych przez innych. Kształtuje je wielki biznes i wielka polityka, a więc bardzo często ludzie zupełnie oderwani od codzienności przeciętnej rodziny. W zderzeniu z możliwościami big techów ja, zwykła, przeciętna Agata, nie jestem w stanie całkowicie ochronić ani mojej rodziny, ani siebie przed ich wszędobylskim, negatywnym wpływem. Mam tu na myśli bańki informacyjne, które po cichu kształtują nasze poglądy, nachalny konsumpcjonizm, który wmawia mi potrzeby, o których jeszcze wczoraj nie miałam pojęcia, wpływ wszechobecnej technologii na moje zdrowie i psychofizyczny dobrostan, a także przemiany rynku pracy i usług publicznych, które napędza rewolucja technologiczna (czyli to wszystko o czym rozmawiamy w cyklu “Katoliczka w sieci”, nawiasem mówiąc).
Przeciętny rodzic, który próbował odsunąć zakup pierwszego smartfona na „jeszcze nie teraz", aż nazbyt dobrze zna posmak tej typowej obawy: jeśli cała klasa ma telefon, a moje dziecko nie, to raz-dwa wypadnie z grupowego czatu, ze wspólnych żartów i z umawiania się po lekcjach. Haidt opisuje to jako problem mechanizmu zbiorowej pułapki i przekonuje, że pojedyncza rodzina prawie zawsze z nim przegrywa, podczas gdy kilka rodzin działających razem ma całkiem realne szansę zmienić reguły jego funkcjonowania. Sęk w tym, że w wielkomiejskiej publicznej szkole wcale nie tak łatwo umówić się w rodzicielskim gronie na szeroki konsensus.
Każde czasy potrzebują swoich Robin Hoodów, Batmanów i innych Super-Woman, ale w realnym świecie nie ma superbohaterów, którzy sami, samiuteńcy byliby w stanie systemowo naprawić świat. No dobra. Był tylko jeden człowiek - Jezus - któremu się to udało. Ale nawet On co chwila podkreślał: nie wchodźcie na tę drogę zmiany świata sami, wspólnota jest super.
Nie brakuje więc dziś coraz śmielszych i coraz skuteczniejszych wspólnych działań, które próbują naprawiać to, co da się naprawić w naszym społeczno-technologicznym krajobrazie. Kolejne państwa - Francja, Holandia, Finlandia, a od tego września także my - wprowadzają zakazy telefonów w szkołach. Zaledwie kilka dni temu, 17 września, Komisja Europejska przedstawiła projekt EU Kids Act, według którego dzieci poniżej 13. roku życia w ogóle nie miałyby kont w mediach społecznościowych, a nastolatki między 13. a 15. rokiem życia korzystałyby z nich wyłącznie przez minikonta zakładane i nadzorowane przez rodzica, z limitem do godziny dziennie. Co ważne: to platformy, a nie rodzice, musiałyby weryfikować wiek użytkowników i zrezygnować z nieskończonego przewijania oraz powiadomień wysyłanych w godzinach snu. Projekt czekają jeszcze negocjacje w Parlamencie Europejskim i Radzie UE, ale kierunek wydaje się jasny. Wszystkie te regulacje są w swej istocie próbami systemowego, wspólnotowego wsparcia człowieka i ochrony jego życia w indywidualnym wymiarze. Sęk w tym, że wciąż brakuje nam jednej rzeczy.
Cierpimy na chroniczny deficyt indywidualnej uwagi i dostępu do rzeczowej wiedzy. Splatam te dwie rzeczy w jedno celowo, bo z moich doświadczeń w rozmaitych obszarach życia społeczno-duchowego - zawodowych, wolontaryjnych, naukowych i medialnych - wynika, że to właśnie one są dziś największymi bolączkami, które trapią nas jako społeczeństwo. Mamy świetnych, wybitnych specjalistów w wielu dziedzinach, ludzi oddanych sprawom publicznym, którzy dzięki charyzmie, wiedzy i determinacji potrafią doprowadzić do końca bardzo trudne i skomplikowane procesy: reformy, ustawy, wynalazki czy inicjatywy, które mają szansę realnie zmienić funkcjonowanie społeczeństwa i poprawić dobrostan zwykłego człowieka. Tylko że w dobie medialnego jazgotu niewielu z nas ma siły, chęci i przekonanie, by podjąć trud zrozumienia, skąd się jakieś reformy, ustawy i decyzje publiczne biorą. Bardzo często też sami eksperci nie są w stanie przebić się przez medialny szum z wytłumaczeniem, dlaczego dana zmiana jest konieczna. Brakuje im czasu, umiejętności albo kapitału, a nierzadko wszystkiego naraz, by swoją merytoryczną wiedzę przekazać zwykłym zjadaczom chleba w sposób przekonujący i zachęcający do stosowania.
Nie jest tak? To proponuję szczery rachunek sumienia. Kto z Państwa podjął trud zrozumienia, skąd w naszej rzeczywistości prawnej wzięły się klauzule RODO, na które tak ochoczo przewracamy oczami podpisując n-ty w tygodniu formularz? Kto przeczytał rzeczywiste brzmienie i uzasadnienie przepisów o żywieniu na szkolnych stołówkach, zanim natknął się w sieci na komentarz, że to „ideologia na talerzu"? Kto potrafi wymienić pięć konkretnych argumentów za zakazem telefonów w szkole, wykraczających poza ogólnik, że telefony rozpraszają? Dlaczego rozpraszają, jak wpływają na pracę mózgu i skąd w ogóle wiemy, że przeszkadzają w nauce? Przyznaję, że przy części tych pytań sama musiałabym zajrzeć do notatek i rzadko kiedy mi się chce!
Dziś, gdy w debacie publicznej argumenty ważą mniej niż emocje, problem z poświęcaniem uwagi i z chęcią zrozumienia stał się ogromnym wyzwaniem dla każdego, kto widzi potrzebę systemowych zmian. Jestem przekonana, że właśnie tu rozstrzyga się los wielu dobrych rozwiązań, bo nawet najmądrzejszy przepis, którego sensu użytkownicy nie zechcą zrozumieć, bardzo łatwo przerobić w mediach społecznościowych na kolejny dowód odgórnego zamordyzmu. Okpić, rozmydlić, zakwestionować.
A z machiną, która o naszą uwagę walczy rękami najlepszych inżynierów świata i za miliardowe budżety, nikt z nas nie wygra w pojedynkę - ani pierwszoklasista z telefonem w plecaku, ani jego mama pod szkołą, ani my, dorośli, wieczorem z ekranem w ręku. Szansę mamy wyłącznie razem, i to tylko pod warunkiem, że najpierw zechcemy zrozumieć, przed czym właściwie próbujemy się wspólnie obronić. Pytanie brzmi więc ciągle tak samo: jak zrobić, żeby nam się chciało zrozumieć?


Skomentuj artykuł