Odczarować mit introwertyzmu. To nie choroba, z której trzeba się leczyć
„Nie potrafią pracować w grupie”, „nie nadają się na imprezę”, „boją się ludzi” – to tylko kilka stereotypów dotyczących introwertyków. Głośny świat wykreował ich wizerunek jako ludzi z defektami, lękami społecznymi i niezdolnych do osiągania sukcesów. Brak akceptacji często zaczyna się już w domu, a w dorosłości przenosi się także do pracy.
Przebojowość ważniejsza od kompetencji?
Jakiś czas temu jeden z moich znajomych brał udział w rozmowie rekrutacyjnej na biurowe stanowisko, które wymagało skupienia, umiejętności analitycznego myślenia i radzenia sobie z presją czasu. Spełniał wszystkie wymagania związane z kompetencjami potrzebnymi w tej roli. Jednak po omówieniu zakresu zadań padło zdanie, które właściwie przekreślało wszystko: to nie jest miejsce dla introwertyków.
Można oczywiście powiedzieć, że pracodawca ma prawo dobierać pracowników dopasowanych do reszty zespołu czy własnych oczekiwań. Ta historia jest jednak dobrym punktem wyjścia do dyskusji o nierównym traktowaniu ludzi ze względu na ich osobowość. Problemem nie był przecież brak kompetencji kandydata, lecz przypisywana introwertykom trudność w pracy zespołowej i kontaktach z ludźmi.
Gdyby patrzeć w ten sposób, osoby introwertyczne żyłyby we własnym podziemnym świecie, każda z osobna ukryta w swojej jaskini. Stereotypy niestety mają to do siebie, że nie kończą się na słowach, ale przekładają się na postawy i realne decyzje ludzi. Można tak mocno uwierzyć w stereotyp introwertyka jako człowieka lękliwego, wycofanego i skazanego na samotność, że zamiast brać pod uwagę jego predyspozycje i wyniki, w pierwszej kolejności oczekuje się całodziennej interakcji z zespołem i przebojowości. Nawet jeżeli rekrutowane stanowisko sprowadza się do wspomnianego analitycznego myślenia i samodzielnej pracy przy komputerze.
Czy introwertyzm to choroba?
Trudno się dziwić takiemu podejściu wielu ludzi do introwertyzmu, jeżeli już w rodzinach niejedno dziecko o introwertycznych cechach osobowości traktowane jest niemal jak chore. Kiedy rodzice porównują swoje dziecko z ekstrawertycznymi rówieśnikami, nieraz zaczynają mieć obawy o jego przyszłość. Do głowy przychodzą myśli: „jak ono sobie poradzi?”, „jest jakieś wycofane”, „boi się ludzi”. A jest to reakcja na postawę dziecka sprowadzającą się do tego, że jest spokojne, nie zawsze potrzebuje otaczać się ludźmi i mówi tyle, ile uważa za stosowne.
Ile osób trafiło do specjalisty z „problemem”, który w rzeczywistości okazał się naturalnym zbiorem cech osobowości? Jest to skutek presji otoczenia mówiącego: „nie możesz taki być”, „otwórz się trochę”, „musisz być bardziej przebojowy”. W ten sposób szybko można przekonać kogoś, że rzeczywiście jest z nim jakiś problem.
Z drugiej strony można zastanowić się, dlaczego osobom ekstrawertycznym nie mówi się podobnych zdań: „może posiedziałbyś trochę sam”, „mógłbyś być trochę ciszej”, „nie zawsze musisz wypowiadać się na każdy temat”. Wszyscy znamy osoby, których jest wszędzie pełno i które zawsze muszą zabrać głos w dyskusji, ale niejednokrotnie okazuje się, że wnoszą do niej wyłącznie fale dźwiękowe, bez merytorycznej wartości. Mimo to wydaje się, że bywają postrzegane jako bardziej elokwentne, pewne siebie i mądrzejsze od tych, którzy odzywają się rzadziej.
Taka prawidłowość jest mocno osadzona również w rzeczywistości szkolnej, gdzie nie zawsze ocenia się wiedzę wyłącznie na podstawie wyników, lecz istotną częścią oceny bywa sama aktywność na zajęciach. W praktyce za mądrzejsze mogą być uważane dzieci, które często się zgłaszają i zabierają głos. Już na tym etapie introwertycy mogą mieć mniejsze szanse na zdobycie uznania grona pedagogicznego. Jednak prawdziwą weryfikację wiedzy często przynoszą praca indywidualna i końcowe wyniki, które pokazują, że miarkowanie słów i spokojne usposobienie nie są oznaką braku umiejętności czy kompetencji. To, że ktoś mówi mniej, nie świadczy o tym, że ma mniej do powiedzenia. Liczy się przecież efekt, a nie ilość wypowiedzianych słów.
Osobowość nie przekreśla sukcesu
Bycie introwertykiem nie musi oznaczać, że boimy się kontaktów społecznych. Problem lęków społecznych może dotknąć także osoby o osobowości ekstrawertycznej. Natomiast zakładanie, że ktoś nie może osiągnąć sukcesu ze względu na swoją osobowość, może doprowadzić do niemałego zaskoczenia. Wśród znanych osób, które określa się jako introwertyków, wymienia się m.in. Baracka Obamę, Angelę Merkel, Billa Gatesa, Marka Zuckerberga, Emmę Watson czy Stevena Spielberga. Trudno przy tym kwestionować ich sukces, podobnie jak trudno sobie wyobrazić, by na swojej drodze mogli unikać kontaktów z ludźmi.
Może się zatem okazać, że kierując się stereotypami, niejeden pracodawca odrzuciłby Billa Gatesa ze względu na jego osobowość, a Emma Watson nie dostałaby roli w filmach o Harrym Potterze, bo ktoś z góry założyłby, że będzie miała trudności we współpracy z ekipą filmową. Również Obama raczej nie mógł ciągle pozostawać zamknięty w swoim pokoju, stojąc na czele światowego mocarstwa.
Różnice między osobowością ekstrawertyczną i introwertyczną często obrazuje się metaforą dwóch szklanek wypełnionych energią. Jedna należy do introwertyka, druga do ekstrawertyka. Każda społeczna interakcja może być dla introwertyka kolejnym łykiem, przez co z czasem w szklance ubywa energii. U ekstrawertyka działa to odwrotnie – kontakt z drugim człowiekiem może tę szklankę stopniowo napełniać. Kiedy naczynie robi się puste, introwertyk potrzebuje czasu na regenerację, by znów mieć energię do kolejnych kontaktów społecznych. Nie oznacza to niechęci do ludzi ani niezdolności do pracy zespołowej.
Kategorie osobowości są oczywiście ważne i mogą stanowić istotną pomoc w zrozumieniu człowieka. Nie powinny jednak stawać się narzędziem wykluczenia na podstawie zgromadzonych wokół nich stereotypów. Bo introwertyzm nie jest zaburzeniem lękowym, tak samo jak ekstrawertyzm nie jest ADHD.


Skomentuj artykuł