Zmysły dają nam doświadczenie bycia człowiekiem z krwi i kości, a jednocześnie mogą być postrzegane jako zagrożenie dla ducha. Nasze praktyki religijne akcentują rozum, wolę i sumienie. Nie mamy wielu pomysłów jak włączyć ciało w świat duchowy. Wydaje się, że należy je raczej opanowywać. Czy jednak dla rozwoju życia duchowego muszę okiełznać cielesność i zmysły?
I mamy te wakacje. Wakacje po dziwnym, pandemicznym roku szkolnym. Czas, w którym nie trzeba aż tak kontrolować życia, by wszystko szło dobrze i do przodu. Z ulgą myślę o tym, że moje – choć wciąż małe – dzieci są jednak na tyle duże, że same zrobią sobie na śniadanie to, na co będą miały ochotę, wstaną, gdy się wyśpią, i będą mogły do późnej nocy siedzieć przy ognisku.
Można mieć zupełnie inne podejście do życia. Widzę jednak w świecie pewne przerysowania, skrajności i ludzi, którzy łykają to jak prawdę objawioną - jedyną, najprawdziwszą, niepodważalną. Czasem zakrawa to o fanatyzm. Czasem budzi mój uśmiech, czasem niesmak.
Ostateczna decyzja o zmniejszeniu limitów wiernych, którzy mogą przebywać w kościele, pociągnęła za sobą zniesienie dyspensy od uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii. Kolejno ogłaszały ją poszczególne diecezje. Komunikaty te stały się symbolicznym ogłoszeniem zmierzchu pandemii i zaproszeniem do powrotu do normalności. Jednak przywrócenie obowiązku uczestniczenia w Mszach wcale nie spowodowało wzrostu liczby ludzi w kościele. Czyżby ci, którzy mieli wrócić, zrobili to już wcześniej? A może ci, których nie widzieliśmy od początku pandemii, wcale o powrocie nie myślą?
Czy Jezus doświadczył nienawiści od swoich ziomków? Ewangelista Marek o tym nie wspomina. Oddaje jednak głos Jezusowi, który mówi wprost: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. Lekceważenie, obojętność, niezrozumienie, odrzucenie, pogarda - to wszystko w jakimś sensie są składowe hejtu, który staje się codziennym doświadczeniem wielu z nas.
Lubię Czechy i Czechów. Ich stosunek do samych siebie, umiejętność dystansu do samych siebie, a także jakże bliską inność od nas. Lekcja ich historii religijnej przypomina zaś, jak potężne jest dla Kościoła ryzyko józefinizmu.
W związku z aferą, w której pojawia się nazwisko kard. Angelo Becciu, mówi się o wielkich stratach poniesionych przez Watykan w rezultacie nietrafionych inwestycji. Jednak straty dotyczą nie tylko finansów.
Kiedy dotyka mnie jakieś nieszczęście, naturalnie wyrywa się pytanie: dlaczego, gdzie jesteś Boże? Gdzie jest Bóg, kiedy przykrość, choroba, cierpienie dotyka kogoś nam bliskiego? Wydaje się wtedy, jakby Bóg był nieobecny, jakby nas porzucił. A czy widzę obecność Boga wtedy, kiedy wszystko zdaje się iść dobrze, kiedy jestem zdrowy, dobrze się układa w rodzinie i w pracy.
Bardzo lubię mój parafialny kościół. To jedno z takich miejsc, do którego wchodzę i czuję się jak w domu po odbyciu długiej podróży.
Według tegorocznego raportu „Kościół w Polsce” laicyzacja nabrała tempa. Wyraźnie spadł poziom praktyk religijnych, zainteresowania sprawami duchowymi czy dbałości o wychowanie dzieci w wierze. Fakty te przyjmowane są stosunkowo spokojnie przez środowisko katolickie w Polsce. Niektórzy uznali zjawisko za nieuniknione, a nawet pozytywne.
Przeraża mnie takie chrześcijaństwo, którego reprezentanci na różnych forach chwalą się, ile to osób zostało uzdrowionych podczas specjalnie organizowanych przez nich nabożeństw, a jednocześnie reagują agresją, a nawet nienawiścią i próbą zastraszanie wobec stawianych im konkretnych pytań, mających na celu zweryfikowanie tych wszystkich cudownych rewelacji.
Kryzys struktur Kościoła, kolejne medialne doniesienia i zaskakujące decyzje dotykają coraz częściej korzeni naszej wiary. I z tym wyzwaniem także trzeba się zmierzyć.
Wychodzenie ze swojej strefy komfortu nigdy nie jest proste. Ale ośmielę się stwierdzić, że nic tak nie cementuje w nas świadomości własnej tożsamości niż obcowanie z kimś, kto jest totalnie inny od nas. A szkoła bardzo to umożliwia.
Jak żyć? Jak się nauczyć dobrze i mądrze wybierać? Chcemy mieć dobre, atrakcyjne i intensywne życie. Pragniemy wrażeń, wykorzystania tych możliwości, jakie życie nam oferuje. Chcemy robić to, co ma sens, co daje poczucie misji i ostatecznie spełnienia.
Pamiętacie scenę, jaka rozgrywa się przed grobem Łazarza? Obszernie opisuje ją ewangelista Jan w rozdziale 11. Jej punktem kulminacyjnym jest moment, gdy Jezus staje przed pieczarą i rozkazuje: “Usuńcie kamień”. W reakcji na to podbiega do niego siostra zmarłego i próbuje go powstrzymać, mówiąc, że już od kilku dni leży w grobie, już cuchnie! Tym samym chce powstrzymać Jezusa, sugerując, że więcej już znieść nie zdoła.
Czy czasem nie jest tak, że daliśmy się wkręcić w myślenie, że wszyscy wokół są szczęśliwi, a my jacyś nie do końca dopasowani? Oni się cieszą, a ja chcę wiać. Czy to normalne? Mówię: tak, normalne!
Chyba nikt, kto szczerze kocha Kościół, nie może nie cierpieć z powodu kryzysu w polskim Kościele: przestępstwa osób duchownych i nieudolność w zmaganiu się z nimi; sojusz Kościoła z partią rządzącą; brak empatii wobec „maluczkich”; coraz większe zgorszenie Kościołem instytucjonalnym, które wydają się dostrzegać tylko nieliczni biskupi; fala rezygnacji uczniów z katechezy szkolnej; liczne akty apostazji.
Mówi się, że odchodzą, zostawiają. Że się nie angażują. Że nie potrafią tyle, co matki, mylą ubranka, rozmiary butów i numery klas, nie ogarniają lekarstw ani ocen i trzeba im zostawiać instrukcje do wszystkiego.
To małżeństwo (niezależnie, czy zawarte z miłości, czy z rozsądku) nie może zakończyć się dobrze. Wcześniej czy później (a biorąc pod uwagę procesy społeczne raczej szybciej) zakończy się ono burzliwym rozwodem, a słabsza strona zostanie nie tylko na lodzie, ale będzie także obarczona winą za wszystkie problemy, jakie z tym małżeństwem były, są i będą związane.
Okazuje się, że obowiązujące w polskich diecezjach przez ostatnie miesiące dyspensy od uczestnictwa w niedzielnej Mszy mają więcej skutków, niż się spodziewano. Zaczynają się one ujawniać dopiero teraz, gdy dyspensy zostały zniesione.
{{ article.description }}