Jak żyć? Jak się nauczyć dobrze i mądrze wybierać? Chcemy mieć dobre, atrakcyjne i intensywne życie. Pragniemy wrażeń, wykorzystania tych możliwości, jakie życie nam oferuje. Chcemy robić to, co ma sens, co daje poczucie misji i ostatecznie spełnienia.
Pamiętacie scenę, jaka rozgrywa się przed grobem Łazarza? Obszernie opisuje ją ewangelista Jan w rozdziale 11. Jej punktem kulminacyjnym jest moment, gdy Jezus staje przed pieczarą i rozkazuje: “Usuńcie kamień”. W reakcji na to podbiega do niego siostra zmarłego i próbuje go powstrzymać, mówiąc, że już od kilku dni leży w grobie, już cuchnie! Tym samym chce powstrzymać Jezusa, sugerując, że więcej już znieść nie zdoła.
Czy czasem nie jest tak, że daliśmy się wkręcić w myślenie, że wszyscy wokół są szczęśliwi, a my jacyś nie do końca dopasowani? Oni się cieszą, a ja chcę wiać. Czy to normalne? Mówię: tak, normalne!
Chyba nikt, kto szczerze kocha Kościół, nie może nie cierpieć z powodu kryzysu w polskim Kościele: przestępstwa osób duchownych i nieudolność w zmaganiu się z nimi; sojusz Kościoła z partią rządzącą; brak empatii wobec „maluczkich”; coraz większe zgorszenie Kościołem instytucjonalnym, które wydają się dostrzegać tylko nieliczni biskupi; fala rezygnacji uczniów z katechezy szkolnej; liczne akty apostazji.
Mówi się, że odchodzą, zostawiają. Że się nie angażują. Że nie potrafią tyle, co matki, mylą ubranka, rozmiary butów i numery klas, nie ogarniają lekarstw ani ocen i trzeba im zostawiać instrukcje do wszystkiego.
To małżeństwo (niezależnie, czy zawarte z miłości, czy z rozsądku) nie może zakończyć się dobrze. Wcześniej czy później (a biorąc pod uwagę procesy społeczne raczej szybciej) zakończy się ono burzliwym rozwodem, a słabsza strona zostanie nie tylko na lodzie, ale będzie także obarczona winą za wszystkie problemy, jakie z tym małżeństwem były, są i będą związane.
Okazuje się, że obowiązujące w polskich diecezjach przez ostatnie miesiące dyspensy od uczestnictwa w niedzielnej Mszy mają więcej skutków, niż się spodziewano. Zaczynają się one ujawniać dopiero teraz, gdy dyspensy zostały zniesione.
Każdy z nas jest twórcą swojego życia. Przez słowa, gesty, czyny daje wyraz temu, co go inspiruje, co jest kręgosłupem jego egzystencji, jakie są jego aspiracje na przyszłość. To jest prawda zarówno w odniesieniu do jednostki, jak i do grupy. Społecznie także, poprzez symbole, słowa, gesty, mówimy o tym, kim jesteśmy.
Kilka dni temu media obiegła mocno nietypowa wiadomość: na Ukrainie pewien związek nie przetrwał próby i zakończył się po czterech miesiącach. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo media piszą i o związkach, i o ich zakończeniach, gdyby nie fakt, że nasza para postanowiła się rozstać po czterech miesiącach od… skucia się łańcuchem.
Można by rzec, że konflikty i kryzysy to rzecz, która dotyka każdego małżeństwa (prędzej czy później...). Mnie zatrzymało jednak ostatnio zagadnienie dotyczące rozłamu małżeńskiego na tle przeżywania duchowości – tej wspólnej, małżeńskiej oraz indywidualnej każdego z małżonków.
Głęboka zmiana, jaka dokonuje się na naszych oczach także w Kościele, nie jest tylko efektem skandali czy laicyzacji, ale w jeszcze większe stopniu rewolucji komunikacyjnej. Dopóki się nie zmierzymy z tą rzeczywistością, nie będzie skutecznej odpowiedzi na proces sekularyzacji.
Nie wszystko w Kościele mi się podobało i podoba. Są kwestie, które mnie bulwersują i ranią. Dlatego bardzo cenię ludzi, którzy krytykują Kościół, ale jednocześnie nie zatrzymują się na samej krytyce, lecz biorą odpowiedzialność za naszą wspólnotę i szukają dróg wyjścia z kryzysu.
To, co dokonało się w Uroczystość Serca Pana Jezusa w krakowskiej Bazylice poświęconej kultowi Serca Bożego jest ważnym i historycznym wydarzeniem. Nie tylko dlatego, że to okrągła, 100-tna rocznica aktu poświęcenia narodu polskiego Sercu Jezusa, ale też słowa, które tam padły, mają moc współcześnie.
Wciąż, jako ogół Kościoła, żyjemy w przekonaniu, że problem wykorzystywania seksualnego to nie nasz problem. Już wiemy, że to w ogóle możliwe, choć jeszcze jakiś czas temu nie mieściło się w głowie. Ale wciąż duża część wspólnoty wierzących widzi sprawę tak, że to problem osoby skrzywdzonej, sprawcy, wymiaru sprawiedliwości, a naszym jedynym zadaniem jest cieszyć się, że nas to nie dotyczy.
Marzy mi się świat, w którym nikt nie czuje się zmuszony do wierzenia w to, co narzuca dominująca kultura. Tęsknię za krajem, w którym nikogo nie wytyka się palcami dlatego, że wierzy w wartości, które nie mieszczą się w odwiecznych kanonach. Brakuje mi przestrzeni na debatę nieograniczoną dogmatami i stereotypami. Dlatego jestem fanem laicyzacji.
Kościelne prawo jest tak skonstruowane, że każdy może złożyć zawiadomienie o ewentualnych zaniedbaniach, a Watykan ma obowiązek doniesienia sprawdzić. To kolejny w ostatnich miesiącach dowód na to, że motu proprio Franciszka „Vos estis lux muni” (VELM), które opisuje procedury działania w przypadku podejrzenia zaniedbań ze strony biskupa, działa.
Jaka jest różnica między dziewczyną a kobietą? Gdzie przebiega ta magiczna granica? Kiedy jestem tylko kobietą, a kiedy już tą prawdziwą? Czy konieczne jest do tego urodzenie dziecka?
Rezygnacja kard. Reinharda Marksa to wydarzenie symboliczne. Pierwszy raz w historii najnowszej Kościoła do dymisji podał się metropolita, którego nikt nie tylko do tego nie zmuszał, ale który ma chlubną kartę w kwestii obrony ofiar i oczyszczania Kościoła z przestępstw seksualnych i ich tuszowania.
Rezygnacja kard. Reinharda Marksa z kierowania archidiecezją Monachium i Fryzyngi ma ogromną wymowę dla Kościoła i dla świata. A zgoda Franciszka na ujawnienie całości jego listu to bardzo ważny sygnał skierowany do biskupów w całym Kościele powszechnym. I nie tylko do nich.
Chcemy żyć świadomie, wybierać mądrze i mieć poczucie, że nasze decyzje mają sens i prowadzą do szczęścia. Ale jak to zrobić? Uczmy się od najlepszych! Ten potencjał drzemie w każdym z nas.
{{ article.description }}