„Prymicje” à la Smarzowski
Ten sam świat można opisać na wiele sposobów. Dla jednych prymicje będą świętem wiary, rodziny i lokalnej wspólnoty, dla innych staną się symbolem religijnej obłudy. Jednostkowe doświadczenia nie powinny przesłaniać bogactwa i wartości polskiej religijności ludowej.
Mówią, że każdy sądzi według siebie. Nie wiem czy to ludowe powiedzenie zawsze się sprawdza (żaden ze mnie psycholog), ale zdarza mi się, że słuchając ludzi opowiadających o doświadczeniach przeżytych wspólnie ze mną, zupełnie, ale to zupełnie nie odnajduję się w ich opowieściach. Owszem, kojarzę omawiane miejsca, wydarzenia i osoby, ale obraz, jaki się wyłania z tych opowiadań, to jakaś rzeczywistość równoległa, nijak nie przystająca do tej, w której żyłem i żyję.
Według znanego scenariusza
Coś takiego zdarzyło mi się, kiedy 16 czerwca br. przeczytałem na Deonie tekst mojego współbrata, Jakuba Kołacza SJ, zatytułowany „Ech, dawniej to były prymicje…”. Autora znam i cenię od wielu lat (to nie tylko mój współbrat i niegdysiejszy bliski współpracownik, ale także mój były prowincjał), a i na różnych prymicjach też bywałem. Wydawałoby się więc, że tekst Kuby (tak się zawsze do niego zwracam) w naturalny sposób wzbudzi we mnie wspomnienia, nostalgię i wdzięczność za to, co w moim i jego życiu dokonało się wiele lat temu. Nic z tych rzeczy. Czytając kolejne akapity czułem coraz większy niesmak, smutek, a nawet ból. Ten tekst (niech nikogo nie zwiedzie tytuł!) nie jest bowiem ani refleksją, ani wspomnieniem. To raczej ‘autorski’ szkic scenariusza do kolejnego filmu Smarzowskiego, tym razem zatytułowanego „Prymicje”. Znajdziemy tam bowiem wszystko, czym Smarzowski zwykł nas ‘obryzgiwać’ (by nie powiedzieć inaczej) we wszystkich swoich filmach: hipokryzja, chamstwo, alkohol, obżarstwo, zaściankowość, dwulicowość, zakłamanie, chciwość, rozwiązłość i powierzchowność, czyli mówiąc krótko: zohydzona do granic ludowa, zwłaszcza katolicka pobożność i polskość. Negatywna ocena polskiego ludowego katolicyzmu to lejtmotyw całego tekstu, a obraz prymicji namalowany przez Kubę pełni rolę soczewki skupiającej w sobie wszystko, co w tym katolicyzmie złe. O tym, co dobre, nie ma ani słowa.
To nie jest moje doświadczenie
Nie, nie będę polemizował z autentycznością zaprezentowanych przez Autora – że się tak wyrażę – prymicyjnych obrazków. Jak niby mógłbym sprawdzić i stwierdzić, że nigdy nie zdarzyły się prymicje, na których działy się takie rzeczy? Podobnie jak nie można stwierdzić, że nigdy nie było takiego wesela, takiego kleru czy takiej drogówki, jak te pokazane przez Smarzowskiego. Chcę jedynie nawiązać do tego, o czym wspomniałem na początku, a mianowicie, że choć od dziecka chodziłem i chodzę na wesela; choć od czterdziestu pięciu lat jestem zakonnikiem, a od trzydziestu pięciu księdzem, czyli członkiem kleru w sensie ścisłym; i choć bywałem na wielu prymicjach (na polskich wsiach i w polskich miastach, a także w Italii, w Hiszpanii i w Portugalii) to nigdy nie spotkałem się z żadną z tych obrzydliwych sytuacji przedstawianych czy to przez Wojciecha Smarzowskiego, czy to przez Kubę Kołacza. Jeszcze raz powtórzę: nie twierdzę, że takich sytuacji nie ma, ale ja – stary chłop – nigdy się z czymś takim nie zetknąłem. To nie jest moje doświadczenie. To nie jest rzeczywistość, w której żyłem i żyję. Co więcej, znam bardzo wielu takich, którym – podobnie jak mnie – nic takiego się nie przydarzyło.
Skąd ta słowna agresja?
Dlatego właśnie tekst Kuby uważam za niesprawiedliwy i nieobiektywny. Jeśli bowiem spotkał się z przywołaną w tekście prymicyjną obłudą i ohydą, to ma prawo je opisać, ale nie może – na ich podstawie – formułować generalizujących wniosków. Jednak najbardziej zasmucił mnie fakt, że zarówno w warstwie językowej, jak i treści sam tekst jest bardzo agresywny. Nie wiem, dlaczego go napisał i nie chcę snuć domysłów na temat jego uświadomionych czy nieuświadomionych motywacji. Nie mogę jednak nie zareagować. Z szacunku do Autora i do siebie, z szacunku do innych księży i do kapłaństwa, ale też, a może przede wszystkim, z szacunku do ludzi, którzy powodowani szczerą wiarą od samego początku otaczają nas – jak owe dorodne panny, o których Autor pisze z takim przekąsem – wieńcem troski, modlitwy i szacunku. Nie mogę nie zareagować, bo zasmuca mnie i boli ten prześmiewczy ton i agresywny, zohydzający język tekstu o prymicjach. Rozumiem, że ktoś może nie lubić wystawnych imprez, rozumiem, że źle się czuje w dużej grupie ludzi czy w ogóle wśród ludzi (tak też bywa), rozumiem też, że z jakichś powodów mierżą go wszelkie religijne celebracje, poza prywatnie odmawianym brewiarzem. Różni wszak jesteśmy. Ale nie rozumiem tego – pozwolę sobie użyć wyrażenia, które na trwałe weszło do słownika języka i kultury jezuitów polskich – „sikania octem dookoła”.
Uproszczone interpretacje
Żeby nie być gołosłownym, kilka przykładów: „nie dbano o formację, w znacznej mierze ograniczając ją do zewnętrznej dyscypliny”; „motywem ‘umacniającym’ powołanie było ‘co ludzie powiedzą’”; „wielu więc – nawet wbrew sobie – wytrwało, a wszyscy dokoła traktowali ich jak bohaterów”, „w jednym momencie ktoś, kto był prawie nikim (świeckim, na próbę ubranym w sutannę!), stawał się kimś”. Serio? Czy naprawdę Autor ma takie doświadczenie naszej formacji? Czy może to tylko słynna jezuicka pokora, która nie pozwala napisać wprost, że „u nas jest oczywiście inaczej, ale u pozostałych, zwłaszcza u diecezjalnych, to tragedia”? Czy naprawdę uczono nas głównie zewnętrznej dyscypliny i teraz, po iluś tam latach kapłaństwa wszyscy rzeczywiście uważają nas za bohaterów? I ostatnie pytanie: czy naprawdę pozostaliśmy księżmi dlatego, że baliśmy się tego „co ludzie powiedzą”? Zupełnie nie odnajduję się w tym opisie. Owszem, moje wstąpienie do Towarzystwa przypadło na szczyt boomu powołań. Jednak właśnie przez to, że było nas tak wielu, doszło do zmian w naszej formacji, do jej wydłużenia i pogłębienia. Dzięki temu, tamte czasy wspominam nie tyle z rozrzewnieniem, co przede wszystkim z wdzięcznością. A że musieliśmy mierzyć się z presją otoczenia? A kto nie musi? Przecież ona wpisana jest w jakikolwiek rodzaj życia i na drodze ku dojrzałości każdy musi stawić jej czoła. Nie, po ponad czterdziestu latach życia w Towarzystwie nikt nie „uważa mnie za bohatera”, ale też – inaczej niż twierdzi Autor – zarówno przed wstąpieniem, jak i w czasie formacji, nigdy nie byłem „nikim”, a po święceniach nie stałem się „kimś”. Co to w ogóle za język i co to za sformułowania?!
Zohydzone prymicje
Wiele lat temu nie znaliśmy się z Autorem na tyle dobrze, więc, podobnie jak on na moich, i ja nie byłem na jego prymicjach. Będę więc pisał tylko o własnym doświadczeniu, ale znów zacznę od cytatu: „Wiadomo, że wszystkie polskie imprezy mają dość prosty scenariusz, który symbolicznie można zamknąć w hasłach: muzyka, żarcie, tańce i swawole”. Że co?!!! Naprawdę nie chcę się pastwić nad tymi słowami mojego współbrata, ale bardzo mnie smuci, że w ten sposób pisze o – jak by na to nie patrzeć – również swojej własnej kulturze. „Żarcie”?! A czemu nie „jedzenie”, „posiłek” czy „poczęstunek”?! Czemu ma służyć to słownictwo deprecjonujące starą jak świat i znaną w każdym zakątku globu tradycję świętowania ważnych wydarzeń również wspólnym posiłkiem? Tak, na moich prymicjach też było przyjęcie. Tak, co do wielkości porównywalne z weselem mojej młodszej siostry, które było rok później. A niby czemu miałoby być mniejsze? Przecież dla rodziny to tak samo ważne wydarzenia. Moje przyjęcie prymicyjne odbyło się w stołówce sąsiadującej z kościołem mojej szkoły podstawowej. Nie było wystawne i nie było na nim żadnego alkoholu. Wbrew felietonowemu scenariuszowi à la Smarzowski „w butelkach po oranżadzie” też go nie było, ale mimo tego braku wystawności nikt się z mojej rodziny nie śmiał, nikt nie „patrzył na nas ze współczuciem” i nie nazywał „biedakami”. Co więcej, kiedy tydzień po oficjalnych prymicjach, na wiejskiej działce pod Radomiem zorganizowałem swego rodzaju „poprawiny” dla moich przyjaciół – ministrantów i bielanek z parafii – których ze względów lokalowych nie mogłem zaprosić do stołówki szkolnej, to świętowaliśmy tam całą noc według scenariusza: muzyka, poczęstunek i tańce, ale bez alkoholu. Tak samo bywało na tylu innych prymicjach w całej Polsce (jezuickich i diecezjalnych). A kiedy potem brałem udział w wiejskich prymicjach na południu Europy, to oczywiście było wino, ale nie było żadnych ekscesów ani swawoli, o których Autor wspomina znacząco przymrużając oko. A piszę to wszystko, by dobitnie zaznaczyć, że moje prymicje nie były i nie są żadnym wyjątkiem. To coś absolutnie zwyczajnego, czyli – w najlepszym tego słowa znaczeniu – tradycyjnego.
Dedykacja
Bo ludowa pobożność, również ta polska – Autorowi znana z jego rodzinnej podkarpackiej Wrocanki, a mnie z podradomskiego Ludwikowa, gdzie spędzałem wszystkie wakacje i ferie w dzieciństwie i młodości – to coś niezwykle pięknego, mądrego i cennego. Pod warunkiem jednak, że patrzy się na nią sercem. Sercem szeroko otwartym, czyli bez uprzedzeń i bez wstydliwego wypierania się jej.
.webp)
.webp)
Skomentuj artykuł