Szukasz wielkopostnego wyzwania? Zaproś do domu kolegów swojego dziecka
Zapraszanie dzieci do domu nie jest już takie oczywiste jak kiedyś. Wiele rzeczy nas, dorosłych, powstrzymuje. Czasem wstyd przed nieporządkiem, czasem przekonanie, że najmłodszym trzeba koniecznie jakoś atrakcyjnie zorganizować czas, czasem zwykłe zmęczenie i wizja, że nie wiesz, kto przyjdzie i jak go ugościć, ale jednego można być pewnym – będzie głośno i poza rutyną. Łatwiej spotykać się gdzieś „na mieście” - kawiarni, w sali zabaw, w miejscu, gdzie ktoś inny posprząta po wszystkim i z którego łatwo wyjść wtedy, kiedy się chce.
W sobotę po południu w naszym przedpokoju pojawiło się kilka dodatkowych par butów. Jedne niedbale rzucone pod ścianą, inne ustawione bardzo starannie. Ktoś od progu piskliwym głosikiem wołał, czy może przytulić któregoś „kotecka” (mamy dwa kocury, całkiem rozsądne, bo słysząc ów głosik, szybko ewakuowały się w najciemniejszy kąt pod łóżkiem). Ktoś inny nieśmiało stanął przy drzwiach i z wyraźnym skrępowaniem rozglądał się po domu. Jeszcze inny malec od razu przypadł do stołu i dobrał się do miski z chrupkami, głośno zaśmiewając się z jakiegoś wyszeptanego z innym dzieckiem żarciku. Jak się być może domyślacie, w tym dniu jedno z naszych dzieci zaprosiło kolegów i koleżanki na urodziny, a dom przez kilka godzin zamienił się w fascynujący gabinet osobliwości.
Patrzyliśmy na powoli zbierających się gości z ogromną ciekawością. Niektórych widzieliśmy pierwszy raz w życiu, bo przejście z etapu przedszkolaka na szkolniaka łączy się często z nowymi relacjami w życiu naszych dzieci. Innych znaliśmy z widzenia z sąsiedztwa. Byli też tacy, o których słuchamy regularnych opowieści z cyklu „jak ci minął dzień”, zaczynające się od: „bo Stefka mi dzisiaj powiedziała, że …”, „a Karolek przyniósł znowu kanapkę z żelkami …”. Dobrze ich było zobaczyć wszystkich na żywo pod jednym dachem w swobodnej zabawie - taka wyjątkowa okazja, by poznać kawałek świata naszego dziecka.
Od lat mamy w rodzinie taką tradycję, że wszystkie urodzinowe imprezki naszych pociech organizujemy w naszym mieszkaniu (tak, w bloku i nie, nie mieszkamy w dwupoziomowym apartamencie). Za każdym razem przekonujemy się, że to jest świetny sposób, by dowiedzieć się czegoś nowego o swoim własnym dziecku, choć dynamika takich spotkań dość często przypomina potyczkę Hunów i Wizygotów w Lasku Bulońskim popołudniową porą, a cały pion mieszkalny, chce czy nie chce, słyszy nasze gromkie „sto lat” wyśpiewywane co chwila jubilatowi.
Ludzie, którymi się otaczamy, mówią o nas więcej niż się spodziewamy
Kiedy patrzysz, z kim twoje dziecko chce spędzać czas, zaczynasz dostrzegać różne rzeczy - bo ludzie, którymi się otaczamy, mówią o nas więcej niż się spodziewamy. Widzisz, że wobec kogoś twoje dziecko jest wyjątkowo opiekuńcze, a z kimś innym ewidentnie rywalizuje o uwagę. Zauważasz, co mu imponuje, a co ono uważa za własną mocną stronę. Widzisz, co je śmieszy i że to nie zawsze jest humor rodem z Kabaretu Starszych Panów, a także to, jak bardzo kontaktowe są zabawy twojego nieśmiałego (dotychczas) introwertyka. O emocjach takich jak pierwsze zauroczenie czy zazdrość nawet nie wspominam. To nie są rzeczy, które zawsze widzi się wyraźnie, gdy obserwuje się pociechę (nawet bardzo uważnie) w komfortowych rodzinnych warunkach. Koledzy i koleżanki są specyficznym lustrem, które pomaga nam się przyjrzeć własnemu dziecku. I sobie samemu – dorosłej osobie, która na te małe, niespokrewnione istoty w jakiś konkretny sposób reaguje.
Kiedy zapraszamy inne dzieci do własnego domu, musimy mieć przecież świadomość, że z nimi przyjdą pod nasz dach też zupełnie inne niż nasze przyzwyczajenia i zasady. Każde dziecko przyniesie ze sobą swój własny świat. Inne nawyki. Inny temperament. Czasem też inne trudności. Jedno nie może jeść połowy rzeczy, które stoją na stole i z miną a la Najwyższa Izba Kontroli zrobi inspekcje zawartości koszyka z owocami. Drugie wyciągnie wszystkie zabawki, ale żadnej nie odłoży na miejsce. Trzecie będzie mówić tak dużo i tak szybko, jakby chciało zapełnić każdą minutę ciszy. I zazwyczaj ten słowotok nie popłynie do rówieśników, ale do ciebie, rodzica, któremu będzie perorować o wyższości „kremu malinowego nad galaretką cytrynową”. W efekcie dom, na dwie czy trzy godziny, stanie się miejscem spotkania bardzo różnych światów. Jakie to jest niesamowicie ewangeliczne doświadczenie!
Czego zatem uczy mnie, dorosłą katoliczkę, zetknięcie ze dziecięcym światem moich dzieci? Ot, choćby ćwiczy mnie to w praktykowaniu wielu cnót chrześcijańskich: pokory, cierpliwości, łagodności, hojności, wrażliwości na potrzeby innych, tych najmniejszych, ale też tych większych (czasem zaproszenie kolegów i koleżanek staje się uczynkiem miłosierdzia dla innych rodziców!). Takie spotkania czasami w zupełnie nieoczekiwany sposób pomagają mi zobaczyć, gdzie jeszcze chrześcijańsko niedomagam. Mierzą mnie bowiem z pytaniem, czy naprawdę potrafię dostrzec Chrystusa w każdym, nawet tym najmniejszym. Pomagają mi też w szlifowaniu umiejętności dostrzegania szans na błogosławienie w przestrzeni chaosu i harmidru oraz polecania się Bożemu Miłosierdziu w każdych okolicznościach (o ćwiczeniu się w zaprowadzaniu ładu i porządku w zamęcie świata nie wspominając). Pozostając w nieco żartobliwym tonie: za każdym razem jest to również szansa na odkrywanie w sobie daru języków (nawet sobie nie wyobrażacie, do jakich Bożych dzieł można zainspirować dzieci, umiejętnie używając dziś hasła: „67”) i okazja do weryfikacji, na ile potrafię w praktyce realizować biblijne wezwania do gościnności wobec każdego (Rz 12,13).
Tak wiele rzeczy nas powstrzymuje
Kiedy nasze dzieci rozdają zaproszenia na swoje „domówki” albo po prostu, gdy przychodzą ze swoimi koleżankami i kolegami po lekcjach pobawić się chwile w naszym mieszkaniu, często dostaję sygnały od innych rodziców, że w ich oczach nasze zaproszenie urasta do rangi serwowania sobie doświadczenia na miarę średniowiecznych praktyk pokutnych (wiecie – włosienice, biczowanie i te sprawy). Okazuje się, że zapraszanie dzieci do domu nie jest już takie oczywiste jak kiedyś. Wiele rzeczy nas, dorosłych, powstrzymuje. Czasem wstyd przed nieporządkiem, czasem przekonanie, że najmłodszym trzeba koniecznie jakoś atrakcyjnie zorganizować czas, czasem zwykłe zmęczenie i wizja, że nie wiesz, kto przyjdzie i jak go ugościć, ale jednego można być pewnym – będzie głośno i poza rutyną. Łatwiej spotykać się gdzieś „na mieście” - kawiarni, w sali zabaw, w miejscu, gdzie ktoś inny posprząta po wszystkim i z którego łatwo wyjść wtedy, kiedy się chce. Zgadza się, łatwiej. Ale, my, chrześcijanie, wiemy przecież, że nic co wartościowe łatwo nie przychodzi. Więc gdyby tak zaproszenie dzieci moich dzieci potraktować jak malutkie wielkopostne wyzwanie?
W Wielkim Poście często myślimy przecież o tym, z czego zrezygnować. Może zatem w ramach ćwiczeń duchowych zamiast cichego, spokojnego popołudnia zaryzykować gwarne spotkanie z koleżankami i kolegami swoich pociech? To nie musi być ani organizacja konkretnej imprezy tematycznej, ani drobiazgowo zaplanowany „planszówkowy maraton” ogłoszony na rodzicielskim komunikatorze. Wystarczy zachęcić swoje dzieci: „może zaprosicie Kasię/Krzysia/swoją paczkę do domu po lekcjach, zrobię więcej zupy, jeśli będzie trzeba”. Jest szansa, że ta mała jałmużna z rodzinnego spokojnego popołudnia, zaowocuje gwarną przestrzenią śmiechu, rozmów i – a jakże - małych konfliktów, które przecież są częścią dorastania. Ale tu chodzi o prosty gest pokazania, że obecność najmłodszych („innych”) nam naprawdę nie przeszkadza.
Gościnność nie dotyczy tylko dorosłych
Ewangelie bardzo mało mówią o dzieciństwie Jezusa. Ledwie kilka scen (choć papież Benedykt XVI, jeszcze jako kard. Joseph Ratzinger, potrafił napisać na tej podstawie całą książkę). Oczywiste jest jednak, że Jezus nie dorastał sam. Można bez trudu wyobrazić Go sobie wśród chłopców biegających po uliczkach Nazaretu, wspinających się na drzewa, wracających do domu wtedy, kiedy ktoś w końcu zawoła ich na kolację. Nie dorastał też w sterylnym świecie, wypełnionym przestronnymi czystymi pokojami oraz specjalnymi przestrzeniami przystosowanymi do tego, by mali chłopcy mogli oddawać się z zapałem wspinaczce po ścianach i grze w boule. I nie sądzę, by Maryja z Józefem animowali czas małemu Jezusowi i jego kumplom, wykładając na stolik kolejne gry czy kolorowanki! Jednocześnie nie mam wątpliwości, że Jezus na pewno dorastał wśród bardzo, bardzo różnych ludzi. Skądś ta Jego dorosła otwartość na innego musiała się wziąć! Kiedy więc ogarnia mnie zniechęcenie i nieodparta pokusa, by powiedzieć dzieciom, że „dzisiaj nie ma nikogo w domu”, myślę właśnie o tym okresie, który ukształtował naszego Mistrza, a o którym relatywnie mało dziś wiemy. I przypominam sobie, że Ewangelia wciąż zaczyna się od zaproszenia. Od drzwi, które gdzieś ktoś decyduje się bliźniemu otworzyć. Niezależnie od tego, ile ten ktoś ma lat.


Skomentuj artykuł