Zaczął się nowy rok szkolny czy wyścig po osiągnięcia?
zdj. poglądowe / depositphotos.com
W nowy rok szkolny wjechałam tym razem z przytupem. Dwoje moich dzieci wróciło do placówek, ja zaczęłam nową pracę. Dużo myśli, emocji, trosk i zmartwień, ale też sporo radości i poczucia spełnienia. Na grupach rodzicielskich wrze jak w garze, w którym wszystko bulgocze. Rodzice się martwią, troszczą, zabiegają o to by ich dzieciom było jak najlepiej. Z racji nowych wyzwań zawodowych stoję w tych rodzicielskich dyskusjach trochę z boku. Kołyszą się jednak we mnie pewne myśli, bo zależy mi nie tylko na tym, by jakoś przetrwać, ale by najbliższy rok szkolny przeżyć jak najlepiej.
Zapytałam moje dzieci co czują na myśl o nadchodzących zmianach. Polecam zrobić to samo wszystkim rodzicom, z którymi ostatnio zdarza mi się rozmawiać. Odpowiedź młodzieży może zaskoczyć, ale warto się w nią wsłuchać. Nie negować, naprawiać siłą, ale po prostu wysłuchać. Tak, by młody człowiek wiedział, że ważny jest dla nas on sam – to co przeżywa i czuje - a nie to jak szybko przyniesie ze szkoły pierwszą szóstkę. Wiem, że pytając o uczucia, łatwo jest wpaść w pułapkę bagatelizowania lęku. „Nie ma się czego bać” raczej nie przyniesie ulgi, więc zdecydowanie lepiej powiedzieć: „widzę, że się martwisz. Chcesz mi o tym opowiedzieć?”. Tyle, że to wcale nie jest łatwe. Chcemy przecież znaleźć rozwiązanie, rozwiązać natychmiast problem, zaradzić. Przecież wiemy z perspektywy dorosłego, że ten lęk ma duże oczy, że to, czego boi się nasza latorośl pewnie nigdy się nie wydarzy. Łatwo wtedy wejść w moralizatorski ton, by uciąć sprawę i pójść dalej, ale czy tobie - drogi rodzicu – pomagają słowa usłyszane od innych: „czym się przejmujesz, to głupstwa”, gdy wali ci się świat, który znasz? No właśnie…
Dorośli często potrzebują dużo czasu, by wejść w nowy rytm pracy, czy innych życiowych zmian. Od dzieci wymagamy jednak niejednokrotnie czegoś odwrotnego. By zaraz w pierwszym tygodniu szkoły były w pełni zaangażowane, ogarnięte, zdyscyplinowane, odważne i osiągające spektakularne sukcesy. Jak cytryna, z której wyciska się ostatnie kropelki soku. A może łatwiej byłoby poświęcić wieczorem spokojny kwadrans i usiąść przy dziecku, które pakuje do plecaka nowe podręczniki. Pobyć w nim, tak po prostu. Pomóc, wytłumaczyć, a jednocześnie nie wyręczać i nie oceniać, że o czymś zapomniał. Nam przecież też się to zdarza, nie tylko gdy wchodzimy w nowe trybiki… Nie jestem zwolenniczką robienia czegokolwiek za dziecko, uważam, że to co jest w stanie zrobić samo, powinno zrobić – nawet jeśli wykona to wolniej, czy mniej estetycznie niż dorosły. Nie odbieram dziecku sprawczości i radości, którą sama czułam 30 lat temu, gdy w przeddzień powrotu do szkoły podpisywałam nowe, pachnące zeszyty, ale w tym roku po prostu usiadłam obok, z kubkiem kawy.
Bardzo chciałabym być taką mamą, która jest dla dziecka bezpieczną bazą. Kimś do kogo może przyjść, pogadać, przytulić się. Podzielić troskami i radościami. Tym, czym rzeczywiście żyje, a nie z czego musi się przed rodzicem skrupulatnie rozliczyć. Mam jednak świadomość, że to się nie zadzieje samo i że wcale nie jest takie łatwe, jak w teorii. To od mojej dojrzałości i podejścia w codzienności zależy, czy dziecko do mnie przyjdzie czy nie.
To drobne gesty w codzienności decydują czy będzie chciało się przytulić, czy może zacznie nas unikać. Pozwólmy naszym dzieciom wejść w ten nowy rok szkolny bez presji. Dajmy też na to szansę samym sobie. Świat się nie zawali, jeśli o czymś zapomnimy, albo zrobimy mniej perfekcyjnie już na starcie. Dajmy dziecku siłę i naszą cichą obecność. Być może właśnie tego ono teraz najbardziej potrzebuje.
Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.


Skomentuj artykuł