Musimy się na nowo uczyć przyjaźni, która wytrzymuje rozczarowania. O relacjach w czasach głosówek i Instagrama

Musimy się na nowo uczyć przyjaźni, która wytrzymuje rozczarowania. O relacjach w czasach głosówek i Instagrama
Zdjęcie ilustracyjne. Fot. Osama Madlom / Unsplash

- Technologia może być niesamowitym wsparciem w relacjach, szczególnie tych na odległość. Ale jeśli przyjaciel nie ma u mnie żadnego „pierwszeństwa” i o tym, co ważne, dowiaduje się z mojego Facebooka, trudno się dziwić, że może poczuć się jak jeden z obserwujących, bez prawdziwej relacji... Do tego łatwiej jest napisać SMS niż pójść i pogadać osobiście, nawet jeśli mamy taką  możliwość. To sprawia, że zamykamy się w domu, ograniczając relacje do lajków na Facebooku i szybkich głosówek nagranych na Whatsappie. A przyjaźń tego nie lubi. Musimy się dziś na nowo uczyć przyjaźni, która wytrzymuje rozczarowanie, spóźnioną odpowiedź i trudną rozmowę, bo jej fundamentem jest obecność, a tempo reakcji ma znaczenie drugorzędne - mówią Magda Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku cyklu "Katoliczka w sieci", poświęconym przyjaźni. 

Magda Urbańska: Rozmawiamy dziś o przyjaźni i uśmiecham się pod nosem, bo przypomniało mi się właśnie pisanie listów... Był czas, gdy jako dziecko i nastolatka pisałam je do mojej przyjaciółki Ani, która mieszkała na drugim końcu Polski. Pamiętam, jak listy od niej mnie cieszyły! Jaką radość dało mi to, że mogę do niej odpisać. Dziś mamy szybkie komunikatory i mało kto wysyła prawdziwy list. Ach, zatęskniłam! [śmiech]. Myślę jednak, że to jest - przynajmniej dla mnie - głębszy obraz dzisiejszego tematu. Łatwo powiedzieć, że technologia zamknęła nasz świat w małym oknie powiadomień i widzieć same relacyjne minusy, a ja powiem na przekór, że ona może być niesamowitym wsparciem w relacjach, szczególnie tych na odległość. Pytanie, czy potrafimy dziś w ogóle o jakiekolwiek relacje mądrze dbać i je kształtować…

DEON.PL POLECA

Gdy oglądam czyjąś codzienność na Instagramie, łatwo mi uwierzyć, że mamy kontakt

Agata Rusek: Tak, to byłoby nieuczciwe, gdybyśmy dziś snuły tu wyłącznie tren nad przyjaźnią zabitą przez smartfony, tym bardziej, że same jesteśmy dowodem na to, że mimo kilkuset kilometrów dystansu dzięki nowym mediom da się zadzierzgnąć kapitalną przyjaźń przez komunikator. Zatrzymałabym się jednak przy Twoim pytaniu o mądre dbanie, bo mam wrażenie, że technologia podsuwa nam w tej sferze bardzo zgrabną iluzję. Kiedy oglądam relacje jakiejkolwiek przyjaciółki na Instagramie i wiem, co ugotowała na obiad, gdzie była z dziećmi na spacerze i jaką książkę akurat czyta, łatwo mi uwierzyć, że jesteśmy w kontakcie. Ktoś kiedyś trafnie nazwał to „intymnością w tle”, czyli poczuciem bliskości, które bierze się z regularnego podglądania czyjejś codzienności. Tyle że to jest bliskość jednostronna: ja wiem o niej sporo, ona o mnie niekoniecznie, i żadna z nas nie musiała w tym celu powiedzieć drugiej ani słowa. Nie musiała też powiedzieć całej, nieinstagramowej prawdy o swoim życiu.

A przyjaźń, przynajmniej tak, jak ją rozumiem, karmi się tym, co sobie nawzajem mówimy, autentycznością i czasem, który sobie dajemy. Więcej! Przyjaciel to ktoś wtajemniczony, ktoś, komu mówię rzeczy, których nie mówię wszystkim. Muszę Ci wyznać, że za każdym razem mnie to boli, gdy o życiu kogoś, kogo uważam za bliskiego, dowiaduję się czegoś ważnego z internetu. Dlatego sama mocno pilnuję, by najbliższe mi osoby o tym, co istotne dla naszego życia - np. że spodziewamy się dziecka, że zmieniamy pracę, że ktoś bliski odszedł - dowiadywały się bezpośrednio od nas, a nie z takiego posta na Facebooku, który może odczytać tysiąc innych osób. Bo jeśli przyjaciel nie ma u mnie żadnego „pierwszeństwa”, to trudno się dziwić, że może poczuć się jak jeden z obserwujących, bez żadnej relacji.

Magda Urbańska: Fakt jest jednak niezaprzeczalny: Internet daje nam szansę słyszeć i widzieć osobę, która aktualnie jest na drugim końcu świata. Możemy jej migusiem wysłać zdjęcie czy filmik. Dzielić się w ten sposób naszą codziennością, mimo dzielącej nas odległości. I to uważam za ogromny plus. Z drugiej jednak strony nie ma co się oszukiwać. Łatwiej jest napisać SMS niż pójść i pogadać osobiście, nawet jeśli mamy taką realną możliwość. To sprawia, że zamykamy się w domu, ograniczając relacje do lajków na Facebooku i szybkich głosówek nagranych na Whatsappie. Nie mamy szansy spotkać się na spokojnie przy kawie, bo sobie jej po prostu nie dajemy. To zawsze jest nasz wybór, choć sami sobie często wkręcamy, że to brak czasu. Pytanie, ile tego czasu marnujemy codziennie z telefonem w ręku i jaką różnicę w przeżywaniu codziennych kontaktów z ludźmi byśmy odczuli, gdybyśmy poszli do koleżanki zamiast marnować czas na przeglądanie kolejnych aplikacji. Widzę sama po sobie, że pokusa zostania w ciepłym domu i pogadania przez Whatsapp jest niezwykle kusząca.

W przyjaźni nic nie zastąpi spotkania na żywo

Tymczasem moje doświadczenie mocno mi pokazuje to, że nic nie zastąpi prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem, który siedzi obok mnie. Nic… Bardzo lubię spotkanie mojej wspólnoty małżeństw. Mamy taki czas w ciągu spotkania formacyjnego, gdy bierzemy kawę, kawałek ciasta i ze sobą rozmawiamy. To są bardzo swobodne, luźne rozmowy - kto z kim aktualnie potrzebuje. Dla mnie to jest bardzo cenny czas, niejednokrotnie cenniejszy np. od konferencji naszego duszpasterza. Wracam po tych spotkaniach umocniona, napełniona, wypoczęta - pomimo tego, że jest nas tam bardzo dużo, a ja lubię ciszę i spokój [śmiech]. Te rozmowy i to, jak się po nich czuję, pokazują mi, jak ważne są relacje na żywo. Trochę zazdroszczę Jezusowi, że gdy chodził po ziemi, nie było Instagrama. Ludzie przychodzili do Niego, siadali obok, słuchali, On ich dotykał, patrzył im w oczy. Jezus sam odpoczywał często w domu swoich przyjaciół. Nie było pokusy zamknięcia się w czterech ścianach i oglądania kazania przez YouTube [śmiech]. I to, co było oczywiste za czasów Jezusa, dla nas jest czymś, czego musimy się na nowo nauczyć, nie sądzisz?

Agata Rusek: Sądzę, i to bardzo! [śmiech] Wiesz, co mnie uderza, kiedy czytam o Betanii? Że nawet tam, w domu, w którym Jezus odpoczywał, jest scena, którą można odczytać zaskakująco współcześnie. Marta i Maria wysyłają do Niego posłańca z krótką wiadomością: „Panie, oto choruje ten, którego kochasz” (J 11,3). Jest powiadomienie, jest prośba, jest więź, a Jezus… odczekuje jeszcze dwa dni, zanim wyruszy w drogę. Gdyby działo się to dziś, siostry miałyby na ekranie „wyświetlono” i ciszę, i z dużą dozą prawdopodobieństwa sarkałyby na Jezusa, że co to za przyjaciel, który nie reaguje! A potem następuje coś, co uważam za jedną z najpiękniejszych lekcji o przyjaźni w całej Ewangelii. Marta mogłaby się obrazić i zamknąć w domu, a jednak wychodzi Mu naprzeciw i mówi wprost, z całym swoim żalem: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł” (J 11,21). Jezus zaś, zamiast się tłumaczyć, płacze przy grobie przyjaciela.

Musimy się na nowo uczyć przyjaźni, która wytrzymuje rozczarowania

Myślę, że właśnie tego musimy się dziś na nowo uczyć: przyjaźni, która wytrzymuje rozczarowanie, spóźnioną odpowiedź i trudną rozmowę, bo jej fundamentem jest obecność, a tempo reakcji ma znaczenie drugorzędne. Dla mnie osobiście robi się to bardzo trudne na wielu frontach, bo sposób komunikowania między nami bardzo nasze relacje zubaża. Technologia z kolei sukcesywnie przyzwyczaja nas do relacji, w których dostępność myli się z głębią więzi. Odpisuje szybko, więc mu zależy; odpisuje późno, więc pewnie się obraził. A przecież przyjaciel ma prawo do własnego życia, do milczenia i do zajętych rąk… - jego brak reakcji nie zawsze jest komunikatem.

Magda Urbańska: Tak, rozmowy przez komunikatory rodzą pewną trudność, którą dostrzegam bardzo na jednej z grup, do której należę. To grupa związana z Kościołem, mamy więc wspólne wartości, podobne spojrzenie na wiele tematów, a mimo to łatwo jest tam kogoś urazić czy źle odebrać jego intencje. Nie dlatego, że ten ktoś napisał coś niewłaściwego, ale dlatego, że my tak to zinterpretowaliśmy! Bo to jest przecież tak, że słowo pisane nigdy nie odda do końca naszych emocji. Nie widzisz mimiki, spojrzenia, nie wiesz do końca, kiedy ktoś żartuje, a kiedy mówi obrażonym tonem. Słowo pisane tego nie odda! I to jest ogromne pole do nadinterpretacji i niewłaściwego zrozumienia tego, co mówi mój rozmówca. Gdy kogoś widzę, zawsze mogę od razu zapytać, dlaczego się uśmiecha bądź skąd ten nagły smutek w oczach. I wtedy od razu wyczuwam, jak zareagować tak, by nie ranić. Przez komunikator nie jestem w stanie tego zrobić…

Tak obrażamy się w komunikatorach: wyciszyć, zarchiwizować rozmowę, przestać reagować

Agata Rusek: Otóż to! Do tego technologia dała nam całe instrumentarium do obrażania się bez słowa: można kogoś wyciszyć, zarchiwizować rozmowę, zostawić wiadomość „na przeczytanym” i po prostu przestać reagować. Da się to zrobić bezgłośnie i bez ryzyka, że trzeba będzie komuś spojrzeć w oczy. Tyle że takie ciche wycofanie nikogo nie uczy przebaczania, a uraza, której nikt nie nazwał, potrafi latami tlić się pod warstwą współdzielonych memów. W tego typu relacyjnych kanałach komunikacji naprawdę kapitalnie działa prosta zasada: jeśli coś w wiadomości kłuje, warto, zanim się odpisze, odłożyć telefon do rana albo po prostu zadzwonić i porozmawiać. Głos danego człowieka w słuchawce w dziewięciu przypadkach na dziesięć rozwiewa wątpliwość, z której w konwersacji na komunikatorze wybucha dramat.

Magda Urbańska: W szkole mojego starszego syna jest też taka zasada, myślę, że bardzo ważna, że na grupie klasowej albo są wszyscy uczniowie, albo ta grupa musi zostać zlikwidowana. To reakcja dyrekcji na sytuacje, gdy nielubiany kolega zostawał usunięty z klasowej grupy najpierw na komunikatorach, a później dodatkowo stygmatyzowany na inne sposoby na żywo. I choć mój syn oficjalnie jest na tej grupie, wyłączył wszystkie powiadomienia i zagląda tam tylko wtedy, gdy sam tego potrzebuje. Przyszedł kiedyś zdegustowany i powiedział, że przez jedną noc pojawiło się tam 300 wiadomości i tak jest praktycznie cały czas. Moje pierwsze pytanie brzmiało wtedy: czy wy w ogóle gadacie ze sobą w szkole, skoro później jest tyle tych wiadomości? [śmiech].

Agata Rusek: Wiesz, a mnie nieustająco boli, że mimo iż teoretycznie tego typu komunikatory są w regulaminach dostępne od wieku 13 lat, to nikogo nie dziwi, że - dajmy na to - klasa 4 w podstawówce ma swoją grupę na whatsappie (tu myślę o moich dzieciach i ich klasach). Bardzo oswoiliśmy i znormalizowaliśmy to naginanie zasad także przez nas, dorosłych. I nie ma się co łudzić, dziś młodzi właśnie przy pomocy tego typu technologii budują swoje więzi.

DEON.PL POLECA


Z perspektywy dzieci przyjaźń dorosłych "przez smartfona" jest niewidzialna

Magda Urbańska: Młodzi często właśnie na tych komunikatorach znajdują jedyne towarzystwo, bo w domu każdy siedzi wpatrzony we własne urządzenie. Rodziny nie spędzają czasu ze sobą, ale obok siebie; ludzie oddzieleni murem z niebieskiego światła. Nie ma też co ukrywać, że - niestety - nawet małe dzieci mają dostęp do mediów społecznościowych. Mimo, że prawo tego zabrania, pozwalają im na to rodzice. Nie wiem, czy nie są nieświadomi spustoszenia, jakie to może zrobić w głowie dziecka, czy po prostu chcą mieć spokój, więc dają smartfon i dziecka nie ma, problem z głowy. Tyle, że tu właśnie może się narodzić najgłębszy problem… Jeśli dziecko nie słyszy i nie doświadcza w domu, że jest chciane, kochane, mądre i potrzebne - będzie tego szukało gdzie indziej. Kolejne godziny śledzenia czy ktoś mi dał lajka czy nie, mogą przerodzić się w obsesję, która ma zaspokoić głód akceptacji i miłości. Tej, której nie dostali we własnym domu. Widzę już u moich 8-letnich uczniów taką narrację, że jak ktoś czegoś nie ogląda albo nie gra w jakąś konkretną grę, jest gorszy i jakoś wykluczony. A co będzie za kilka lat, gdy zaczną spędzać czas w mediach społecznościowych? Kto nauczy ich tego, że lajk pod zdjęciem nie jest wyznacznikiem wartości, a to, że ktoś mnie nie obserwuje, nie oznacza wcale tego, że mnie nie lubi?

Agata Rusek: Swoją drogą, muszę powiedzieć, że bardzo mądra jest ta zasada w szkole Twojego syna. A na Twoje pytanie, kto ich tego nauczy, odpowiedź jest tylko jedna: my, i to raczej przykładem niż wykładem [śmiech]. Zwróć uwagę, że dziecko, które patrzy na mamę piszącą na whatsappie z przyjaciółką, widzi dokładnie to samo, co wtedy, gdy mama bezmyślnie przewija rolki, czyli pochyloną głowę i ekran. Mnie to szalenie uderza, że z perspektywy dzieci przyjaźń dorosłych stała się w dużej mierze niewidzialna. Kiedyś dzieci widziały, jak przyjaciółka mamy wpada na herbatę, jak dorośli się sprzeczają i godzą, jak pomagają sobie przy przeprowadzce albo pilnują sobie nawzajem dzieci. Dziś bardzo wiele z tego dzieje się w telefonie albo na kliknięcie i blika, więc nasze dzieci zwyczajnie nie mają skąd podpatrzyć, jak wygląda przyjaźń, która trwa latami.

Magda Urbańska: Coś w tym jest, co mówisz… Pamiętam pewną rozmowę z dorosłą już kobietą, matką trójki dzieci. Była obrażona na swoich znajomych, że nie lajkują jej profilu i recenzji książek, które tam wrzuca. Odbierała to jako zaprzeczenie przyjaźni, ich zazdrość o jej pasję czy złośliwość. Tymczasem ja sama mało czytam, jeszcze mniej lajkuję i wcale nie wynika to z braku sympatii, ale z tego, że zwyczajnie nie mam czasu na czytanie recenzji, albo po prostu najzwyczajniej w świecie mnie one nie interesują, więc dlaczego mam marnować na to swój czas i siły? Z drugiej strony zauważyłam na Instagramie jeszcze inną rzecz, moim zdaniem niezwykle trudną zarówno dla twórców, jak i dla odbiorców. To, że twórca oczekuje, że skoro korzystasz z moich treści, to MUSISZ mnie obserwować, reagować na wpisy, pisać komentarze, udostępniać itd. Tymczasem ja wychodzę z założenia, że nikt nic nie musi. Tworzę z pasji, a jeśli ktoś uważa to za coś wartościowego, niech puszcza dalej w świat. Jego wybór. Po ignacjańsku można by to nazwać świętą obojętnością [śmiech]. A skoro my, dorośli, nie radzimy sobie z tak podstawowymi rzeczami, jak mają radzić sobie nastolatkowie, którzy czasem na wszelkie sposoby szukają akceptacji w grupie… A jak Ty to odbierasz?

Media społecznościowe chcą sprowadzić nasze przyjaźnie do "potencjału współpracy"

Agata Rusek: To rzeczywiście trudny temat. Z punktu widzenia kogoś, kto prowadzi publiczne konto i tworzy treści niejako zawodowo, w związku z czym wie, jak działa mechanika algorytmów, to rozumiem frustrację płynącą z braku reakcji aż za dobrze [śmiech]. Natomiast jasne jest dla mnie, że trzeba wyraźnie rozgraniczać porządek prywatnych relacji i bycia twórcą publicznym. Doskonale wiem, jak łatwo pomylić dziś dwa czasowniki, które w aplikacji wyglądają podobnie, a w życiu znaczą coś zupełnie innego: obserwować i widzieć. Obserwowanie to funkcja w mediach (nie)społecznościowych, jedno kliknięcie, które nic nie kosztuje. Widzenie jest postawą serca. Kiedy Ewangelia mówi o bogatym młodzieńcu, że Jezus „spojrzał z miłością na niego” (Mk 10,21), to wiemy, że nie chodziło o serduszko pod postem; to musiało być spojrzenie, które objęło tego konkretnego człowieka razem z jego tęsknotą i jego ograniczeniem. Jestem Panu Bogu bardzo wdzięczna, że mam przy sobie blisko ludzi, którzy mnie nie obserwują, a zawsze widzą. Ich obecność przy mnie bardzo ukorzenia i stabilizuje, ale pytanie, ile młodych ludzi dziś ma ten luksus trwałych relacji, które oplatają ich rzeczywistość. Śmiem twierdzić, że technologia w tym aspekcie nam nie sprzyja.

Jest też druga strona: coraz więcej z nas, kobiet, prowadzi w sieci jakąś działalność: sklepik, kanał, gabinet, wydawnictwo. Lajk przestaje wtedy być niewinnym gestem sympatii i staje się walutą wsparcia. Przyjaciółka prosi: „skomentuj, tylko napisz więcej niż cztery słowa, bo algorytm to lubi”, i nagle moja życzliwość zostaje zaprzęgnięta do karmienia maszyny. Pomaganie przyjaciołom w ich pracy jest czymś dobrym i sama jestem ogromnie wdzięczna za każde udostępnienie, łatwo jednak po drodze przestać rozróżniać, kogo naprawdę kocham, a kogo potrzebuję do zasięgów. Ta pokusa przyjaźni na pół etatu, przyjaźni „z potencjałem współpracy”, wydaje mi się jedną z subtelniejszych pułapek naszych czasów.

Na drugim biegunie jest coś, co niepokoi mnie jeszcze bardziej, czyli aplikacje oferujące „przyjaciela” opartego na sztucznej inteligencji. Taki przyjaciel odpisuje w sekundę o każdej porze, nie miewa gorszych dni i z reguły przyznaje nam rację, co na pierwszy rzut oka brzmi jak spełnienie marzeń, a w praktyce jest relacją, która prowadzi donikąd. Prawdziwa przyjaźń zawsze coś kosztuje: czas, wygodę, czasem dumę. Przyjaciel, który nic nie kosztuje, bardzo szybko przestaje być przyjacielem, i to chyba dotyczy w równym stopniu czatbota, co znajomych, z którymi łączy nas tylko wzajemne obserwowanie. A skoro my, dorośli, mamy z tym rozróżnieniem tyle kłopotu, to rzeczywiście trudno wymagać, żeby nastolatki poradziły sobie z nim same.

Magda Urbańska: Problem w tym, że my sami jesteśmy na etapie nauki i to na samym jej początku.... A o czym pogadamy za tydzień? 

Agata Rusek: Przyjrzymy się kwestii naszego ślepego zaufania i bezkrytycznego podążania za tym, jak jest zaprojektowana wzajemna komunikacja albo zwykłe zakupy w sieci... Zapraszamy! 

 

Z wykształcenia pedagog i doradca rodzinny. Z wyboru żona, matka dwóch synów. Nie potrafi żyć bez kawy i dobrej książki. Autorka książki "Doskonała. Przewodnik dla nieperfekcyjnych kobiet". Prowadzi bloga oraz Instagram.

Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha. 

Tworzymy DEON.pl dla Ciebie
Tu możesz nas wesprzeć.

Skomentuj artykuł

Musimy się na nowo uczyć przyjaźni, która wytrzymuje rozczarowania. O relacjach w czasach głosówek i Instagrama
Wystąpił problem podczas pobierania komentarzy.
Nikt jeszcze nie skomentował tego wpisu.